Start arrow Spis wierszy arrow WÓZEK Z ZAKUPAMI ŻYWNOŚCI
WÓZEK Z ZAKUPAMI ŻYWNOŚCI
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
19.05.2010.

WÓZEK Z ZAKUPAMI ŻYWNOŚCI

Jest w nim tyle aby zjeść. Mnie ojczulek Stalin oduczył jeść i abym miał chleb i kartofle to już mam, aby wyżyć. Zajęctwo też nie obżartuch, wiec nasz wózek, gdy robimy zakupy bogato nie wygląda.

Obserwuję powtarzające się zjawisko. Im biedniejszy samochód i tacysz właściciele tym więcej mają w wózku. Mięsa, boczku i chleba jak na wojnę, a plastików z Coca Cola i czipsami też nie mniej. Oczywiście są i pomarańcze i banany bo... „pan wie, kartofle to dla świń..." Tak słyszałem nie raz.

Coś jest w tym dziwnego? Pozornie, ale tylko pozornie, bo oto wytłumaczenie. Biedny, czytaj zawodowo zależny od bogatszego człowiek całe życie musi słuchać poleceń, nigdy nie decyduje o sobie i raptem wchodzi do sklepu... Halleluja bracia i siostry! Hallelluja... NIKT mu nic nie rozkazuje i nikogo nie musi słuchać,wreszcie jest panem samego siebie i może robić co chce. Więc kupuje, kupuje i czuje się, ważny, a przynajmniej nie gorszy...

Skąd ja to znam? Może nie dosłowne ale podobne... Gdy pracowałem jako socjal worker na Bronxie w Nowym Yorku to między innymi obowiązkami miałem sprawdzać, czy lodówki naszych podopiecznych żyjących z odwiecznych zasiłków Welfare (czyli z podatków innych, pracujących obywateli) są pełne.

Były. Do tego stopnia, że na co dzień pełniejsze od naszej na święta... Również mięsa, boczki, kiełbasy...

Murzyni i Portorykanie, bo to było 90% żyjących z Welfare, otrzymywali również kupony żywnościowe, za darmo oczywiście. Kwitł specyficzny handel takimi kuponami. Nazbierałeś sporo, to szedłeś' do sklepu z alkoholem, do perfumerii czy telewizyjnego i następowała wymiana czyli handel wymienny. Cena była doskonała bo... za darmo.

Z agencji Cardinal McKloskey na Bronxie przeszedłem do pracy dla stanu New Jersey w Newarku, do agencji D.Y.F.S. Obowiązki podobne,a miasto jak po bombardowaniach wojennych, sporo domów spalonych na zasadzie: Dasz smarkaczowi dwie dychy by podpalił i zgłaszasz szkodę do ubezpieczenia... Tak też robiono kasę, DUŻĄ kasę!

Moją główną szefową była pani Nuta Sutkover rodem z... Baranowicz. Szybko dogadaliśmy się, jako że mój wujek Mikołaj Zabiełło miał przed wojną (i w czasie wojny) willę „Zabiełłówke". Jadali w niej niemieccy oficerowie i ukrywały się w niej... żydowskie rodziny przez okres całej wojny. Dalecy krewni pani Sutkover też przeszli przez ten "azyl" i zostali przerzuceni przez Rumunie do Włoch i dalej do Stanów. Wspominaliśmy "dawne czasy", każde po swojemu, bo dzieliła nas różnica pokolenia.

W Zabiełłówce „jakiś czas" ukrywali się krewni Jerzego Borejszy. Po wojnie został on „carem i Bogiem" "Czytelnika" i literatury w ogóle, a z wdzięczności za pomoc w "Zabiełłówce" dał memu wujkowi szefostwo „Czytelnika" na Wielkopolske. Ale to osobny temat, jednak przypomnij mi internauto bym na ciut do niego wrócił. 

Pewnego dnia mieliśmy konferencje na szczeblu stanowym, właśnie w Newark. Temat normalka, czyli jak wydatniej udzielać pomocy naszym podopiecznym, którzy muszą być dowożeni służbowymi samochodami do lekarzy, do sklepów i w ogolę bez pomocy social workers nie potrafią nie tylko funkcjonować, ale wręcz poruszać się po mieście...

Była to swoista polityka maksymalnego uzależniania człowieka od darmowej pomocy, czyniąc go faktycznie zdanym na taką, czyniąc go na poziomie funkcjonowania nieomal niemowlaka...

Dlaczego? Co za RASISTOWSKIE pytanie! Jak śmiesz internauto - czytelniku! Wiadomo dlaczego! Przecież biała, rasistowska polityka białej Ameryki trzyma czarnego człowieka w niewiedzy. Wierzysz lub nie, ale tak dosłownie mawiano na takich konferencjach... Że hipokryzja i obłuda? To twoja opinia, bo w każdym szaleństwie jest jakiś cel i metoda.

Czy nasi podopieczni rzeczywiście byli na poziomie „niemowlaka" i co myśleli o naszych konferencjach? To już osobny temat...

Ja nie byłbym sobą, gdybym nie wyskoczył z czymś takim... Jak wytłumaczyć fakt, że gdy w supermarketach z odzieżą są przeceny, że gdy jest jakiś mecz lokalnej drużyny lub koncert rapistów, to autobusy są przepełnione naszymi podopiecznymi... 

- Kto go zatrudnił! Raptem, a wcale nie przyjaźnie wysyczała na złą nutę pani Nuta... Tak oto straciłem dobra pracę dla stanu New Jersey...

Wracając do Jerzego Borejszy (dziękuję...). Był to dziwny człowiek, który lubił się śmiać z tego co mówił. O tyle dziwniejsze, że inni też się śmiali. Jako 9 letnie dziecko uważałem coś takiego za cechę starych ludzi, ale że Mama bardzo go lubiła, to ja też...

Pewnego dnia przyniósł kupon materiału mówiąc, że to dla mnie. Mieszkaliśmy wówczas u bardzo życzliwych ludzi „kątem” w Warszawie na Bielanach, ul. Barcicka... (Usabiny i Feliksa Pokrzywów).

Jak dziś pamiętam co powiedział pan Borejsza... To jest resztkówka po materiale dla Juliana Tuwima. Krawiec „Czytelnika” uszyje mu jesionkę, to będzie dla Kazika...

Ten sam krawiec uszył dla mnie. To był piękny materiał, granatów w paski. Słyszałem, że to było z UNRY, nie wiedziałem co to takiego, ale było mi ciepło, bo Mama podszyła to watoliną na zimę.

Dziś wiem, że nie w kolorze materiału było jego jedyne piękno... Oto nosiłem na grzbiecie to samo co po jakimś czasie nosił Wielki Julian...

Nie powiedziałem, że cholera wie skąd, bo jakaś kulturę języka mam, powtarzam, jakąś, ale może dlatego nawiedzają mnie "złoto-lila rymy"...

Może wiec dobrze się stało, że zdenerwowałem panią Nutę, bo zacząłem życie bez zaglądania do cudzych lodówek...

10/10/2007