Start arrow Spis felietonów arrow POLSKA WAŻNOŚĆ
POLSKA WAŻNOŚĆ
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
03.02.2008.

Czy to Słowacki powiedział, że „polska jest pawiem i papugą?" Ktoś tak powiedział, a przyznam, że wolę Pawlikowską-Jasnorzewską od Słowackiego, wiec nie pamiętam... Że mam babski gust? Pewno mam i nawet gustuje...

Polska ważność... Widać ją w każdym biurokracie, w każdym urzędzie. Widać jakby nadmuchanych ludzi. To prawda, że gdy przekłujesz to nadmuchanie uśmiechem, lub jak to u mnie czymś, co potrafi upuścić tego nadmuchania, to okazuje się, że nadmuchani są, żywymi, a nawet miłymi ludźmi. Tylko na jaką cholerę ta zaczepno-obronna mentalność, pytam się. Przecież taki ważniak odczuje ją, gdy sam będzie coś załatwiał. Obłęd durnego pinpponga ponuractwa!

Od czasów Słowackiego zmieniło się bardzo wiele w ... ilości. Polska obecnie to prawie 40 milionów ludzi i może nie milionów ale setek tysięcy ton nadmuchanych balonów...

Zaczyna się to już na lotnisku w Warszawie. Mordy, po prostu złe, zacięte mordy panów „pograniczników” Warknięcia zamiast powitania i pytań. Gdy wracam z Polski do Stanów to pierwsze co słyszy od celnika - Jak mi minęła podróż, lub po prostu - Welcome home, witaj w domu... Czy trzeba dużego wysiłku by celnik w Warszawie upuścił ciut nadmuchania? Widocznie trzeba.

Taką oto rozmowę miałem z porucznikiem „zielonych" jesienią 2002 na lotnisku w Warszawie. Przyznam, że może, może sprowokowałem, ale nawet gdyby, to chyba stać ważniaka na ciut poczucia humoru?

- Od dawna jest pan w Stanach?

Naprawdę zabrzmiało to jak warkniecie. Miałem za sobą: 4 godziny lotu z Tucson do Chicago, dwie godziny czekania na samolot LOT i dwie następne, bo się spóźnił. Prawie 10 godzin lotu z wrzeszczącymi dzieciakami obok (jeden głośno smrodził) i nadąsanymi minami księżniczek stewardes. Najmłodszy nie jestem, a jak dorwie mnie ból głowy, to siadam...

- W tej chwili nie potrafię obliczyć, ale dawno, chyba dłużej niż pan żyje... Powiedziałem to na uśmiechu i może właśnie ten uśmiech zadecydował, że przez następne pół godziny odpowiadałem na pytania ni go w de ni go w oko, bo innego celu nie było.

Pytania skończyły się, gdy zapytałem kto weźmie odpowiedzialność za moje spóźnienie na lot do Gdańska. Usłyszałem... - Może pan iść.

Nie, to naprawdę nie ma ma nic wspólnego z tytułem tego zapisku o polskiej ważności, bo jest tylko mini, mini przykładem. Życie na co dzień dostarcza mi tego nadmuchania przy każdej wizycie w urzędzie. Unikam takich i na szczepcie nie muszę mieć ich wiele, ale Renata, która jest zameldowana na stałe ma ich sporo, bo ma trochę spraw, jak to mieszkający w Polsce. Ja?

Oto nie wiem czy bzdura, bo może po prostu numer do kabaretu, ale podaję fakt. Może najpierw wstęp (jak to u mnie, zgoda?)

Uzyskałem potwierdzenie polskiego obywatelstwa i mogę mieć dowód osobisty i polski paszport. Mam zamiar mieć oba.

Gdy zamieszkaliśmy w tym „nie bardzo podłym mieście" (ciekawe jaki głupol tak określił Betlejem) poszedłem się zameldować do urzędu, URZĘDU, przepraszam...

Poszedłem z amerykańskim paszportem, na którym oczywiście jest moje zdjęcie i który, co jak co, ale NAPEWNO JEST dowodem tożsamości, prawda?

Gdybym nie miał tej kultury, którą mam, to powiedziałbym, że gówno prawda. Może nie nadmuchana, ale ponura pani zameldowała mnie na pobyt czasowy (na 3 lata, a gdy zechcę z możliwością przedłużenia na następne i tak dalej). Na jakiej podstawie ktoś zapyta i słusznie. Na podstawie poświadczenia o obywatelstwie wystawianego przez URZĄD w Gdańsku, oraz dlatego, że Renata ma dowód i jest właścicielką domu (tak, jestem grzeczny pomimo, że też figuruję na akcie notarialnym...) Ale oto kabaret... Tak „brzmi” moje zaświadczenie o zameldowaniu w tym mieście, nie, nie kpię.

Dowód tożsamości - Nie posiada.
Miejsce stałego zamieszkania - Nie posiada.
Zameldowany na okres czasowy od...do...

Że nie mam miejsca stałego zamieszkania? Przez naście lat ten sam adres w Tucson i widać to na prawie jazdy z Arizony, gdzie pisze może nie po polsku bo - address, ale to chyba przypomina polski - adres?

Polska ważność widoczna jest, by nie napisać - najwidoczniej, ale aż się „prosi” w nadęciu polskich biznesmenów i ludzi interesu. Wiem, wiem, nowobogaccy na całym świecie są, tacy sami. No, skoro, Ty Internauto - czytelniku tak dobrze znasz cały świat...

Z amerykańskim kongresmenem (konkretnie Jim Kolbe z Arizony), każdy rozmawia jak ze starym znajomym. Tak samo rozmawia się z krezusami, przy których polski nowo, a nawet bardzo bogacki, to nie pikuś lecz pikusiek.

Oczywiście, że od takiego dzieli Cię cały śwuat i pół kosmosu, ale NIE czujesz się nikim, małym, zlekceważonym. Po 35 latach życia w Stanach, mam coś do powiedzenia o Stanach.

Skąd to ważniackie nadmuchanie, powiedzmy, że z tych czy innych powodów, nazwijmy to ważnych ludzi w Polsce? Ty mi powiesz, mój krytyku.

W najbardziej europejskim, ba, światowym mieście w Polsce, w Poznaniu o takich ważniakach mówi się, że „sra z wysaka”.

Nie wiem, czy istnieje inny kraj, gdzie zanim telewidz dowie się co ma do powiedzenia zaproszony do studia lub „zaczepiony” do wywiadu, to słyszy: Panie doktorze, panie profesorze, panie ministrze, panie przewodniczący...

Zaraz jest powiedziane - Wy, zwyczajni głupole i on, profesor... Czy mam pominąć fakt powstania w ostatnich latach 400, CZTERYSTU /! !/ wyższych uczelni w Polsce, gdzie aż roi się, od „profesorów” (wielu bez doktoratów).

W masowej produkcji absolwentów tak zwanej... "Wyższej Szkole Stosunków Socjalnych" (i temu podobnych) Polska nie jest w czołówce światowej, jest numer jeden! W Bździnie Górnym i Dolnym autentycznie dążący do poprawienia poziomu życia, naiwni nazywani studentami „wyższej uczelni”, oddają lata złudnych oczekiwań. Imponujące togi „rektorskie" i panie profesorze... panie profesorze, mają zastąpić przygotowanie do życia, do zawodu. Smutne i tyle, a do tego nie za darmo.

Masz koleś kasę? Otwieramy wyższą uczelnie!

03/02/2008