Start arrow Spis felietonów arrow PIOSENKA W POLSCE (tych dni)...
PIOSENKA W POLSCE (tych dni)...
Oceny: / 1
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
20.03.2008.

Piosenka zawsze była nie tyle niefortunnym dzieckiem (by nie szpanować niby znajomością francuskiego, z mojej strony...) co w jakimś sensie kompleksem nieomal narodowym. Ty, młody Internauto o tym nie możesz mieć nawet najzieleńszego pojęcia, ja pamiętam, to była moja Polska lat 50 i 60-tych. Toczyły się wtedy boje o... wesołą, pogodna piosenkę, bo co pojawiła się nowa to prawie, że łzawa. Nic z tym wspólnego nie miał wspaniały tekst „narodowo-czerniakowski”... „Wszyscy tam tańczy żałosne tango, takie, że choć bierz pod kran go...”

Wiec jak media głębokie i szerokie leciał głos o radosną piosenkę. Czy autorom tekstów, kompozytorom i wykonawcom było wtedy smutno? O Nie! Należeli do elity, a w tym i finansowej. Wtedy nie było importów z wówczas zgniłego zachodu i nie było z kogo kopiować, aby wyglądać jak Christina czy Britney. Prawda, polska, tleniona imitaczko? (Gratuluję odwagi).

Wtedy jedynym importem było ciut z nad Sekwany, bo Ives Montand (czy jak mu tam), był wiernym zwolennikiem Francuskiej Partii Komunistycznej, a sycylijski Domenico Modugno (czy jak mu tam) też pochodził z kraju którego Komunistyczną Partię miała w (oficjalnym) obowiązku utrzymywać PRL.

Prawda, była też Edytka z Paryża, (na szczęście dla takie kudłatej z Krakowa, która krzycząc myśli, że edytuje...)

Ale w Polsce smutno artystom nie było. A pisarzom?! Boh ty mój jakby powiedział sąsiad z Ukrainy, ci to dopiero mieli El Dorado! Było im tak jak wtedy... malarzom, co nic nie robią tylko łażą... Oni też regularnie leźli po wypłatę. Pisał taki jedną książkę przez parę lat, a ojczyzna ludowa drukowała ją w bywało, że i 100.000 sztuk. Tacy to byli ...sztukmistrze!

A autopsyjna ciekawostka. W 1956 zdawałem na dziennikarstwo w Warszawie. Było wiadomym, że gdy nie masz kogoś przynajmniej z KMPZPR dużego miasta, a dostaniesz dwa z jakiegoś przedmiotu, to spadasz. Ja nie miałem, ale również miałem, bo wujka Zabiełło, ówczesnego Dyrektora Czytelnika na Wielkopolskę. Wujek był w super układach z Jerzym Borejsza, a to był ktoś i kropka.

To naprawdę, nie będzie nudne. Mieszkaliśmy w akademiku przy Kickiego, słuchaliśmy „Kickie Radio” i miło było (zwłaszcza wieczorami...). Kandydatów setki i pierwsze podejście: Wszedł facet do sali i przez ponad godzinę pier... o wszystkim i niczym. Trzeba było z tego zrobić 21 linijek „streszczenia". Odpadły setki. Mnie się udało. Następnie egzamin pisemny, wybrałem „ocena dowolnie wybranej książki”. Wybrałem „Obywateli” Brandysa i przejechałem się po drewnianej książce, drewnianych bohaterach, drewnianego pisarza. Było 5 piątek. Ja dostałem 4 plus. Może by i 5 ale wujcio wolał pojechać (dosłownie) na rybki, niż zawracać sobie głowę moim egzaminem. A potem celująco z pozostałych przedmiotów. Nie, nie szpanuję. Tak było. Było też, że dostałem dwóje z historii. Prosto i zwyczajnie, a na egzaminie maturalnym (w Elblągu) inspektor z Warszawy nieomal wyściskał dyrektora szkoły, że ma takich maturzystów. Że dwója? Zapytano mnie o powstania śląskie. Huk w głowie i zero odpowiedzi. NIE było w szkole NIC o takich.

Spadłem wiec i tyle. A, że wolno było przejechać się po towarzyszu Brandysie? Dziwne? Tylko w pewnym sensie, bo był to czas, gdy towarzysze partyjni nie wiedzieli co ich czeka. W Poznaniu ludność powiedziała NIE władzy partyjnej, w całej Polsce NIE było coraz głośniejsze.

Ale piosenki... Pamiętam piękne teksty, że tylko zazdrościć. Pamiętam prawdziwie śpiewających (nie „aktorskim” udawaniem śpiewu) takich jak Połomski, a nie sposób wymienić wszystkich i nie sposób nie wymienić Ireny Jarockiej, gdy trzeba słodkiej i dramatycznej.

Dziś'?... Właśnie dziś moje Zajęctwo robi super pychotę o nazwie jabłka w cieście... Normalka? Nie, po stokroć nie, bo Zajęcze to są z bananem, rodzynkami, wiśniami i siemioczką. Robi te cuda i słucha radia. Ma szczęście mieć ucho będące ofiara rozdeptania przez słonia, więc słucha i nawet coś nuci. A z radia leci przez parę minut takie oto coś... „Tego lata, tego lata, tego lata"... I tak na okrągło, niby refrenem. Zastanawiam się, kto takie gówna puszcza w obieg, ale zastanawiam się jako naiwniak, bo masz prasę - masz kasę. Czyli jeszcze raz zasada: Weź durnia i zrób z niego artystę.

A wracając do towarzysza Brandysa oto jak "zwalczał" chuligaństwo w swoim występku „Obywatele” ... „Sflaczały brzuch chuligana...” Kto jak kto, ale chuligani nie mieli sflaczałych brzuchów. Może myślał o swoim i kolegów towarzyszy literatów ze spatifowskich obiadków!

Dziś też są piękne teksty i melodie, że wymienia tylko „Za młodzi na sen, za starzy na grzech, wypijmy przy stole"...Tak mi się to podoba, że zasłuchany nie potrafię zapamiętać słów, a mądre, piękne.

Ale nie byłbym sobą, aby znowu nie zanarcyzić, że się znam, a dwa żeby nie dostarczyć jeszcze więcej żertwy moim krytykom. Dziś dobiorę się do tak zwanej piosenki aktorskiej oraz takowych festiwali, będących niczym innym, niż żałosnym widowiskiem udawania śpiewu.

Cwaniak, który jako pierwszy powiedział „Piosenka aktorska” chyba dostał jakaś kasę w łapę od aktorów. Że co? Że dał im możliwość chałtury za forsęrozgłos. Pierwsza sprawa to chyba coś tak oczywistego jak: Każdy może być aktorem, bo jest to sprawa tresury w szkole tresury akademią zwanej, ale nie każdy może być śpiewakiem (maści różnej), ale ciągle za pomocą głosu i SŁUGHU muzycznego. Druga sprawa dla mnie równie oczywista to, że każda piosenka MUSI być wykonywana jak aktorska kwestia na scenie! Nie dziś Oczywiście, że nie dziś, bo i tak nic nie słychać...

Piosenkarz musi być aktorem, a nie mechanicznym odtwarzaczem ruszającym nogami i rękami i otwierającym usta. Że tak jest? Oczywiście, że tak jest i może dlatego stworzono piosenkę aktorską, aby uprzywilejowani mogli udawać śpiew robiąc, przy tym udawanie aktorstwa. Co to jest aktorstwo? Na pewno nie to samo co KAŻDY na widowni POTRAFI nie gorzej niż ci na scenie. Piosenka aktorska jest niczym innym niż zielonym światłem dla muzycznego bezgłosia i beztalencia wokalnego i niewiele różni się od bzdury nazywanej teatrem mimów. Wydawać by się mogło, że w teatrze liczy się słowo i gest, a nie tylko gest i kabotyństwo min mających zastąpić słowo i niech się frajer na widowni domyśla...

Że ja jestem staromodny i że tylko odkurzyć? Być może, ale jak wytłumaczyć niezmienny zachwyt nad jeszcze starszymi kwiatami, przyrodą w ogóle? Spokojnie, spokojnie... bez durnej analogii domysłów.

Jest coś takiego jak rzetelność wykonania i tak jak szewc nie robi butów „artystycznie krzywych”, tak nie powinno się wykrzywiać tego co Stwórca dał w głosie wybranym spośród nas...

20/03/2008