Start arrow Spis felietonów arrow 19. Miałem wtedy dziesięć lat
19. Miałem wtedy dziesięć lat
Oceny: / 1
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
24.04.2008.

Jest rok 2008 dziesięcioletnie dziecko wie o świecie nie dużo mniej niż maturzysta z 1956. Lawina postępu technicznego i dostęp do informacji, biegłe pływanie w komputerze, wystarczy?

Mając 10 lat byłem w trzeciej klasie. Nie miałem kolegów, ale miałem mocnego zeza i okulary. Mój polski był ciągle ubogi, bo w Kazachstanie nie miałem z kim go ćwiczyć. Ciągle byłem dla dzieci ten ruski...- W ryja TEGO rUSKA! oraz - cztery oczy, piąty nos (okulary) i w ryja zyzolca... Dzieci to skarb narodu, ale bywa bardzo okrutny. Ale dość o trudnym dzieciństwie, bo Ty czytelniku też takie miałeś, prawda. Tak to już jest, że w Polsce nikogo niczym nie zadziwisz.

W klasie była gruba dziewczynka i też nosiła okulary. Smrodziła na głos ale mnie to nie przeszkadzało, bo była moim kolgą... To znaczy była też kimś gorszym. Zaprzyjaźniłem się z Olą. Przylgnęliśmy do siebie jak dwa odrzutki. Ona też miała zeza.

Pochodziła ze wsi pod Olsztynem, ale mieszkała u ciotki, ulicy nie pamiętam. Ja mieszkałem na ulicy Warmińskiej chyba 26. Była z obu stron wysadzona drzewami, które w czerwcu kwitły piękną czerwienią, a potem miały małe, słodko - cierpkie jabłuszka.

Rodzice Oli prowadzili duże gospodarstwo i Ola zaprosiła mnie na wakacje. Zaczęły się wspaniale, bo od pierwszego dnia towarzyszył nam w zabawach młody cielaczek. Był śliczny, nazwaliśmy go Kasztanek, jako że na wołanie, a gdy jako szybszy prześcigał nas, to czekał i lizał po twarzach jakby przepraszał, że wyprzedził...

To były cudowne chwile i pomyślałem, żę mam nowego kolege i że nawet gdyby tu byli chłopcy, którzy bili mnie, to on omnie obroni, taki silny, szybki.

Lato dobiegło końca i zaczął się nowy rok. Dzieci już przyzwyczaiły się do mnie, a ja już potrafiłem tak samo jak one odgryzać się słownie.

Nie mogłem doczekać się następnych wakacji wiedząc, że znowu będę z Kasztankiem i tak się stało, bo Ola znowu zaprosiła mnie do rodziców.

Od pierwszego dnia padał deszcze i było zimno. Nie wychodziliśmy z domu, ale wreszcie zaświeciło słońce więc pierwszy wybiegłem wołając Kasztanka. Nie było go. Ola dawała nijakie odpowiedzi i dobrze, że znowu zaczął padać deszcz. Wiedząc, żę może jutro przestanie ciągle pytałem o Kasztanka, ale Ola jakoś dziwnie uśmiechała się.

Jedliśmy obiad, a ja jeszcze raz zapytałem o mego kolegę. Ojciec Oli uśmiechnął się i powiedział, żę - Właśnie jesz Kastzanka...

Płakałem całą noc, a rankiem pieszo poszedłem do autobusu. Znowu byłem sam.