Start arrow Wiersze arrow "Patrol Sprawiedliwości" cz.10
"Patrol Sprawiedliwości" cz.10
Oceny: / 1
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
17.03.2019.

JESZCZE NIE KONIEC


Przekleństwo powiedzenia, że nieszczęścia chodzą parami, spełniło się, gdy umarła babcia Cacusia. Teraz Bysio, Cacuś, Hanka i Asia, oraz pan Henryk byli rodziną, a to jest olbrzymie słowo...

Albo działalność „Patrolu Sprawiedliwości” była tak skuteczna, albo jak to zwykle bywa jej wyolbrzymiona wersja, tak zwaną szeptanką, powszechnie się rozeszła, faktem jest, że media nie pokazywały okrucieństwa zadawanego zwierzętom. Przemoc domowa? Trudno było Bysiowi rozróżnić, oddzielić sporadyczność i przypadkowość od rutyny...

„Awantura rodzinna”, tak najczęściej policyjne notatki określały coś ukryte w czterech ścianach było w rzeczywistości biciem i wyżywaniem się silniejszego nad słabszym. Niestety, bardzo często były nimi dzieci, co Bysio doświadczył na sobie z ręki ojca pijaka.

Często maltretowane kobiety wstydziły się i jak to się idiotycznie nazywa, „prać swoje brudy publicznie”. Często były w stu procentach finansowo zależne od męża sadysty. Kto tak naprawdę oceni motywy, zwłaszcza, gdy bardzo prywatne.

Oczywiście, że było to „poletko socjologów”, którzy poza robieniem doktoratów z kolejności dni tygodnia i telewizyjną elokwencją powinni nie w mediach, ale w takich podwórkach, jak te, co „wychowało” Bysia i Cacusia, zbierać materiały do prac naukowych.

Czyż nie są pracownikami „nauki o społeczeństwie”?... A społeczeństwo sięgało planet, sąsiadów planety Ziemia. Niestety, to, co było na odległość ręki, było najwidoczniej za daleko dla tak zwanych profesorów nauki o społeczeństwie.

W jakiś sposób Bysio mający zaledwie kilka klas zawodówki i Cacuś, dopinający pracę habilitacyjną z fizyki, wiedzieli o potrzebach społeczeństwa więcej niż mieściło się to w katedrach socjologii...

A wiedza była prosta jak dwa plus dwa. Czyż już wieszcz Adam Mickiewicz nie głosił, że „Gwałt niech się gwałtem odciska”. Czynem, a nie słowem.

Z polskością Mickiewicza Bysio nie miał problemów, ale rozczytany i oczytany Cacuś nie mógł zrozumieć, jakim cudem a Litwina zrobiono Polaka...

Czy ojczyzna, to nie jest miejsce urodzenia? Jakie inne miejsce zasługuje na tak olbrzymie i piękne określenie?

Nikt nie zaprzeczy, że Adam Mickiewicz napisał, nie powiedział, ale napisał... „Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie”...

Coś tu nie gra. Nie gra? Zgrzyta, a nie nie gra. Facet urodził się na Litwie, tam wychował, a Polska ubrała go w polskie spodnie. Skoro tak pasowały, to może z Kolumba też zrobić Polaka? Bez sensu? Naprawdę? Czyż kolumb nie skorzystał z mądrości Kopernika, a ten to kto, Hindus?...

Słowo – Hindus – zawierało dla Bysia cały świat egzotyki. Taki jeden, gdy Bysio był w podstawówce, miał wierszyki na każdą stronę geografii. Nie znaczy, że zbierał same piątki w tym przedmiocie, ale pięknie rymował, a jedno było właśnie o Hindusie...


...”Siedziałem pod bambusem

bawiłem się z Hindusem

a Hindus jak to czasem

zabawiał mnie kutasem”...


Czy ten od rymowanek spotkał w swoim życiu Hindusa, pozostawało tajemnicą.

-Panie Leszku, czy w procesie resocjalizacji metodą bólu (Boże, jak to się okrutnie słyszy,, nawet, gdy skutecznie...) spotkał pan przypadek kwalifikujący się na leczenie psychiatryczne? Pana metoda chyba nie będzie wtedy skuteczna?

-Każdy z tych skurwieli był cwanym przytomniakiem. Czy miał coś z głową? Musiał mieć, bo normalny człowiek nie robi to, co oni robili. Czy to znaczy, że byli, jak się to mówi...

-Niepoczytalni?

-No właśnie. Nie wiem. Ja ich rozliczałem za poczytalność i niech mi pan wierzy, była bardzo oczywista. Nie sprawdzałem wszystkich przypadków i nie prowadzę statystyki, może szkoda, że nie, ale jest, jak jest. Jednak z tego, co do mnie dotarło wiem, że bicie zmieniło ich w normalnych ludzi bez ciągotek to sadyzmu. Czy kryli się z takimi? Czy tylko udawali? Nie wiem. A co by pan zrobił, będąc takim skurwielem, jeżeli powiem, że gdy nie będzie poprawy, to nie będziesz pan miał całych palców. Takie przemeblowanie ręki jest za trudne, nawet dla najlepszego lekarza. No co by pan zrobił?

-Trudno się nie zgodzić...

-Każdy coś umie albo udaje, że umie. Ja umiem tak zadać ból, że nikt nie chce repety, smaczny nie jest... Muszę lecieć do Piotrusia. Chyba wiem, co czuje. Moja matula była jak jego babcia, całym światem. Niby ma tą panienkę, ale jak mówią... Czy z tej mąki będzie chleb?

-Dlaczego pan tak myśli?

-Co tu myśleć. Piotrek w żałobie, a ona właśnie załatwia tydzień wyskoku do Chorwacji. Hanka uważa, że to mogło zaczekać.

-Ile oni się znają? Miesiąc?

-No, może ciut do przodu. Ale Piotrek tyle wie o panienkach, co ja o jego fizyce. Robi dobrą kasę, a Aśka już mówi, że do naszyjnika będzie pasować bransoletka. Jak ja słyszę coś takiego, to przypominają się szczylowate lata, gdy brandzlowanie się było normalką...

-Kobiety i biżuteria... Panie Leszku. Nie warto nawet ruszać tego tematu. Jest za duży dla nas. Niech mi pan wierzy.

-Czy pan wie, co to jest groźba karalna?

-Ma się, że tak. Zwłaszcza w tym, co teraz robię. To jest głupota frajera, który nie ma jaj, żeby coś zrobić, a tylko straszy, że zrobi. O takich mówi się – nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz. Zgadza się?

-Obrazowo to ujmując, jak pan to zrobił, tak, zgadza się. Ale gdy kogoś nienawidzi, a nie ma sposobu, by go uderzyć?

-To i tak trzymam mordę w kubeł. A wie pan, dlaczego? Bo gdy go tylko postraszę, a nic nie zrobię, to on dopierdoli mnie. Kulturalnie to nazywając.

-Absolutnie kulturalnie... Dlaczego zapytałem? W tym, czym się pan zajmuje, bo nie powiem, że jest to zawód...

-Dlaczego nie?

-Bo zawód, to jest coś wyuczonego, tak jak stolarz, krawiec, piekarz, lekarz. Nie wystarczy tylko mówić i pisać, jak to jest z dziennikarzami. Mówią o sobie, że są w zawodzie... Pomijając to, że często po prostu zawodzą, to tylko zajmują się gadaniem i pisaniem, tak jak pan zajmuje się ochroną ludzi, którzy pany za to płacą. Zgadza się?

Czyli dlatego zapytałem, o kurde, starzeję się, już zapomniałem, dlaczego...

-Nie ma sprawy.

-Aha... Już mam... Bo gdy panu się tylko wymsknie...

-Panie Henryku. Wymsknąć się, to maże panience... Wroga nie można uprzedzić o akcji. Wroga trzeba uderzyć. Tak kiedyś mawiał mój ojciec. Prawda, pił, ale gdy trzeźwiał, to mądrze mówił. Był żołnierzem. To chyba jest zawód?

-Najnieszczęśliwszy z nieszczęśliwych. Uczy umierać...

Pański ojciec jednak przeżył wojnę.

-Udało się.

-Właśnie to słowo pasuje do żołnierza – udało się nie umrzeć. Jak to się stało, że wojsko pana nie interesowało.

-Miałem dość po tym o czym ojciec opowiadał. Kiedyś powiedział, że na wojnie ciągle biega się po polu minowym, nawet tam, gdzie nie ma min. Nie zrozumiałem. Dopiero później. Ale zaraz, zaraz... Gdy pan miał osiemnaście lat to o ile wiem, wtedy do woja brali każdego, chyba na dwa lata?

-Tak. Nie uciekłem, po prostu zdałem na studia. Studentów omijała zasadnicza służba wojskowa. Zamiast tego raz w tygodniu mieliśmy takie niby wojsko. Wie pan, co było w tym najgorsze? Nie zgadnie pan. Jasne, że mieliśmy mięczaków, takich mami synków, a to szkolenie, czyli Studium Wojskowe prowadzili zawodowi oficerowie i nie bardzo lubili studentów. Najgorsze było to, że trzeba było mieć krótko obcięte włosy. Ja wtedy nie byłem łysy i miałem piękne, gęste włosy. Co myśmy nie robili... Jednym ze sposobów było podwiązywać do góry, aby ukryć pod czapką lub hełmem. Po trzecim roku mieliśmy kilka tygodni obozu w terenie, w prawdziwych koszarach z prawdziwymi kapralami. To byli sadyści. Do dziś pamiętam – No, panienki, dupy ściągać, wyprostować się! Od dziś, to jestem wasza mamusia i tatuś. W tył na lewo!

-To znaczy?

-Maszerowaliśmy z pełnym obciążeniem i mieliśmy iść tylko dziesięć kilometrów.

-To było za dużo dla niektórych? Nie wierzę!

-Nie o to chodzi. My maszerujemy i śpiewamy, a kapral idzie obok.

Idzie, wszystko gra, a on krzyczy: W tył na lewo! To znaczy w tył zwrot i trzeba maszerować do tyłu.

-No i co z tego?

-A to, że on dalej idzie do przodu, gdy my zostajemy z tyłu.

Gdy już dojdziemy do niego, to razem idziemy do przodu, ale znowu on swoje: W tył na lewo!

W ten sposób te dziesięć kilometrów stawało się jak dwadzieścia.

-Nikt mu nie spuścił wpierdol?

-Po służbie kilku próbowało, już bez munduru, tylko tak było wolno.

Nie mieliśmy w plutonie takiego, jak pan. Kapral był lepszy...

O kurwa!

-Panie Henryku!...

-Zmęczyłem się gadką. Naprawdę się zmęczyłem. Nie jest dobrze. Radzi pan siłownię?

-Nie i jeszcze raz nie. Ma pan mięśnie niegotowe nawet do małych hantli.

-To chyba dlatego ludzie idą na siłownię.

Tak, i mają szczęście, gdy trafią na trenera, który nie uczył się od kogoś, kto uczył się od kogoś, tylko zawodowca najlepiej po Awuefie. Na pana miejscu zacząłbym chodzić. Ale nie tylko chodzić. To się nazywa chodzenie siłowe. Idzie pan, ale ręce pracują, jakby pan boksował... Łatwe? Silniejsi od pana tak „poboksowali” kilka minut i ręce im odpadły... Takie boksowanie w marsz jest jak ćwiczenie hantlami. Ręce, ramiona ważą więcej niż pięciokilowe hantelki...

Ze dwa miesiące takiego boksowania w marszu, a ta ruda, ja jej tam?

-Gosia.

-Do domu pan weźmie i będzie gotować obiadki, już nie mówię o śniadankach po pracowitej nocy... Viagra nie będzie potrzebna.

-Panie Leszku... Hance naprawdę się udało!

-O nie! Bez Hanki robiłbym na budowie i po robocie przewracał flaszkę. Ale czy ona nie przestanie się uczyć?

-Niektórzy nigdy nie przestają. Taki Piotruś...

Przyznam, że ja też kiedyś miałem ambicje. Nawet byłem wykładowcą na uniwerku. Koledzy pokończyli studia, żyli, rozumie pan, żyli wśród prawdziwych ludzi, a ja wypisywałem zaliczenia do indeksów. Miałem dość. Jak długo do emerytury? Wie pan... Adwokat chyba nigdy nie odejdzie na emeryturę. W znaczeniu fizycznym. To wyjątkowy zawód. Tak, zawód, bo nie tylko wymaga studiów, ale trzeba się nauczyć ludzi, a to jest trudniejsze.

Widział pan te okropności w dzienniku?

-Nie oglądam w telewizji, bo co?

-Facet przywiązał psa do drzewa w lesie...

-Gdzie?! Dawaj pan!

-Gdzie? Gdzieś w powiecie, ale pan się spóźni ze swoim patrolem.

Dostał wysoką grzywnę i nie uwierzy pan. Wyjątkowo nie zawiasy, ale trzy miesiące pozbawienia wolności. Co za kpina. Albo wpierdol, albo nic.

-Od tego nie jestem ja. Kiedy to było?

-Jakiś czas temu. Piotrek na pewno znajdzie w komputerze. Hanka też potrafi.

-Ale co z psem! Co z psem?!

-Zmienili na inne wiadomości. Można chyba ustalić?

-Ustalić? Można zaczekać! Zaczekamy...

Tego czekania było ponad dwa miesiące. Cacuś już dochodził do normy. Zwyrodnialec mieszkał w Mławie.

Pan Henryk radził odczekać. Dać zwyrodnialcowi jeszcze kilka miesięcy, niech poczuje się pewniej. Dobra rada, i tak postanowili.

Ni z tego, ni z owego Hanka zrobiła awanturę ojcu, bo lekceważąco wyrażał się o dziennikarzach, że to żaden zawód, że żadne umiejętności poza gadaniem i pisaniem.

-Bo tak jest. A w ogóle o co ci chodzi.

-Albo się za szybko starzejesz, albo ciągle pamiętasz podchody Jurka do mnie. Próbował jak każdy facet, a że parę razy powiedział ci, co myśli o adwokatach? To cię ugryzło?

-Gówniarz bez zawodu, bez doświadczenia w prawdziwej pracy.

-A ty co? Różnisz się? Może kiedyś siwymi włosami, a teraz, to nawet włosów nie masz. Jurek jest szanowanym fachowcem, nie tylko w swoim środowisku. Nikt nie zbiera, nie bierze na siebie tyle krytyki, powiem wprost – tyle gówna, co dziennikarze. A przecież tylko dają społeczeństwu to, co społeczeństwo produkuje.

Skoro o zawodzie... Twój jest tak określany, a przecież nie inaczej niż dziennikarze gadacie, nawet pisać nie potraficie! Macie te swoje książeczki, kodeksy. Bez nich jesteście jak kulawy bez laski...

-No, no... Może ty zaczniesz pisać. Taka erudycja!

Sytuacja Aśki tak cię wnerwiła?! Leszek jest dobry na wszystko, jak kiedyś śpiewano w piosence.

Sytuacja Aśki... Jej dawny kolega jeszcze z ogólniaka. Lata nieobecny w Warszawie, nie tylko, że pojawił się, ale zauważył Aśkę. To zauważenie szybko zamieniło się w prześladowanie. Facet metr dziewięćdziesiąt parę i jakby spał w siłowni, bez trudu zniechęcał kolegów Aśki do jakiejkolwiek interwencji. Nie chciała zgłaszać na policję, chociaż pan Henryk powiedział, że prześladowanie jest karalne.

Cacuś chodził jak struty, zwłaszcza, gdy Aśka powiedziała, że jej prześladowca to kawał przystojniaka. Co robić. Bić? Ale za co. Na dodatek złego Bysio wybił rękę w nadgarstku, przytrzymując stu kilowego pijaka, pomagając swemu pracownikowi. Co robić...

-Cacuś... Ta fizyka zaćmiewa ci mózg. Moja fizyka jest naprawdę fizyczna. Mój nadgarstek? Kolego, konia nie biję od czasu, gdy poznałem Hankę, więc spoko. Dawaj namiary...

Same namiary nie wystarczyły. Prześladowca może nie miał wykształcenia Cacusia, ale serwował zwroty, jakby był po prawie... Taki język, taka pewność siebie. Ze startu powiedział, że za samą ich obecność, a czuje się nią zagrożony, mogą trafić pod celę.

-Coś ty powiedział?

-Słyszałeś...

-Pod celę? Normalny facet powie, że do kicia, do pierdla. Zaraz, zaraz, a to pod prawym okiem?... Koloru nie ma, tak, jakbyś wywabiał. Kropeczka?... No, koleś, przypucuj. Gitowiec? Nie ma wstydu, każdemu się zdarza...

-Gówno ci do tego. Nie takich jak ty wysyłałem do naprawy...

Teraz mam dobrą robotę. Szanują mnie. Nauczyłem się najlepszej ślusarki. A ta lalunia? Ten zdechlak to jej przydupas? Co on ma? Dwadzieścia centymetrów?

-Szanują cię, mówisz. Powiem tak... Przypucujesz do nas i powiesz, za co, poza niewinnością, siedziałeś pod celą. Powiesz, a ja obiecuję, że to zostanie u nas. Dodasz, że odpuszczasz jego panienkę i będziesz cacy? No? Nie? W robocie będą mniej szanować kryminalistę...

-Bysio. Tak nie można. Nie wolno dwa razy karać za to samo. On swoje zapłacił.

-Bysio? To niby ty?Może podrośniesz trochę. Nie biję kurduplów.

-Kto tu mówi o biciu. My tylko opowiemy o twojej przeszłości. Dziwne, że firma nie sprawdziła. Więc co to było? Molestacja nieletnich? Usiłowanie zabójstwa i gwałt? Uwierzą we wszystko.

-No dobra. Dwa, osiem, dwa... Zadowolony?

-O czym on mówi?

-Wymuszenie rozbójnicze. Super sposób, aby nie dotykając ofiarę, zmusić, by oddawała kasę, zegarek, portfel, telefon...

-Jak? Bez siły fizycznej?

-Tak. Mój kolega, jeszcze z zawodówki, tak zarabiał na życie. Waldek był jak on. Gigant i napakowany. Morda jak ze straszenia kreskówką dla maluchów. Wystarczy, że poszedł do gościa i powiedział... Masz coś, co ja lubię? Grzecznie i patrząc prosto w patrzałki gościa. Ten robił w gacie i oddawał, a Władzio nawet dziękował. Tak to pracuje?

-Dokładnie. Ale kiedyś gościu się postawił, a miał czym. Musiałem go uspokoić, ale nic nie zabrałem. Pobicie to mały pikuś, ale wyszły takie podchodzenia „po prośbie”. Swoje odsiedziałem, a tą lalunię? A chuj z nią i z Duchem Świętym. Odpuszczę. Zadowoleni?

-Nawet deseru nie trzeba...

Po spotkaniu Cacuś nie przestawał kręcić głową...

-Chcesz sobie odkręcić? Coś nie tak?

-Bardzo tak, tylko dlaczego tak łatwo...

-Bo ten amant Aśki chciał, aby było łatwo. On już ma dość tego, co trudne. Dał się złapać, że go zakapujemy, a to gówno prawda, bo każdy może nawijać na każdego każde gówno. Ale on pękł i dobra jest.

-Kawał byka. Do tego na pewno doszkolił się w pierdlu.

Nie bałeś się?

-Cacuś, obrażasz przyjaciela. Na pewno? Ja znam tylko dwa: pierwsze to musimy się załatwić. Tego nie przeskoczysz... Drugie to umrzemy. Tego też nie oszukasz. Innego na pewno nie ma. Czy bałem się? Mam dość szarpania się. Nigdy nie wiesz, czy nawet taki jak ty, nie da ci kosą po nerach. Na to nie na silnych. A twoja panienka jest jak pączek, taki na tłusty czwartek...

-To ma być komplement?

-To jest fakt. Nic dziwnego, że przyciąga uwagę, delikatnie to nazywając. Chyba cię trochę poduczę, jak nie bać się takiego jak ten gigant. Grałeś niegdyś w nogę?

-Każdy szczyl grał. Bo co?

-To umiesz kopać.

-Nawet podobno byłem dobry. Pamiętasz nasze mecze, więc nie pytaj, czy grałem.

-Ma się, że tak. Patrz... Nie z czuba, bo nie trafisz! Nie tak! Lekko się odchylasz i bokiem buta dajesz kolesiowi albo w kolano, albo w udo. Dasz w kolano? Koleś ma wizytę u ortopedy i bardzo długą rehabilitację. Trafisz w udo? Koleś siada na dupie. Jutro kupujesz worek bokserski. Nie, Cacuś, nie rękami, nie wiesz jak więc to ty odwiedzisz ortopedę. Codziennie Cacuś, codziennie i po pół roku przewracasz każdego giganta.

-Ty też tak trenowałeś?

-Kopać? W takich lakierkach? To pięć stów po znajomości. Hanka lubi takie.

Dni mijały i Asia już tylko wspominała te, gdy słyszała, że „takie ciało by się pchało” i podobną literaturę.

-Cacuś, czas najwyższy się zastanowić, czy Aśka i ty będziecie mieszkali jak jakieś koleżeństwo. Ona, jak się przekonałeś, może mieć więcej takich adoratorów, a ty jesteś na innym biegunie. Tak naprawdę, to w innym świecie, z tą swoją fizyką. Twoja babcia i ty mieszkaliście właściwie w komórce.

-Było szczęśliwie...

-A mówię, że nie? Ale Aśka potrzebuje łazienki większej niż klatka dla królika. Jestem po przeszkoleniu... Moje dawne mieszkanko to duże pokoje, zresztą znasz je na pamięć. Co ty na to?

-Gdy byliśmy szczylami, było nam dobrze i nie przeszkadzało, że w bramie odlewały się żury. Ja mogę tak mieszkać, ale wstyd mi przyprowadzać Aśkę. Nic nie mówi...

-Pewno dlatego, że zatyka nos... Żoliborz to nie Mariensztat, wiem, ale nasz blok jest naprawdę cacy, a ta wariatka z parteru wyprowadziła się i piękne trzy pokoje są jak dla was. Kasa? Wiem, że Aśka jest na dokształcaniu, a ty na tym profesorstwie też cieniutko. Co ty na to, by właśnie teraz ruszyć coś z dorobku u prosiaczkowatego dyrektora? Sporo zostało.

-Sporo? Żartujesz. Siostrzyczki dostały trochę od Świętego Mikołaja. Chyba starczy na dużą wpłatę. Dzięki Bysio... Znowu będziemy jak wtedy, na jednym podwórku. Muszę cię zapytać, ty się znasz...

-Na tym i tamtym tak...

-To jest o panienkach...

-Na tym nikt się nie zna. Cacuś, gramy w ciemno i tyle. Ale konkretnie, o co idzie?

-No właśnie... Idzie... Gdy Hanka idzie obok budowy, to czy obraża się na gwizdy i uwagi?

-Przerabialiśmy to na samym początku. Wiesz, co powiedziała? Że gdy przestanie słyszeć takie numery, to zamówi wizytę u chirurga od odmładzania. Tak, ma koleżanki, którym to, jak mówią, ubliża. Znaczy się obraża je, ale tak mówią tylko brzydkie zołzy. Bo co, Aśka też słyszy gwizdy?

-No właśnie. Pytała, co ja myślę.

Powiedziałem, że jeżeli uwagi to chamstwo, no wiesz, wulgarne chamstwo, że ja bym też się obraził, ale faceci lubią popatrzeć na super laskę, zwłaszcza budowlańcy. Cały dzień beton i cegły, a tu idzie coś pięknego...

Oni mogą sobie pozwolić na coś takiego. W mojej pracy zapanował strach. Przyszedł z USA, gdzie jeden z kolegów kończył studia i mieszkał sporo lat. Tam zaczęło się delikatnie. Najpierw szlaban dla komplementów, potem facet mógł mieć zaproszenie do adwokata, bo się uśmiechnął do panienki. Seksizm opanował życie, to znaczy strach przed seksizmem. Kolega mówi, że jeszcze trochę, a w Stanach ludzie nie będą mówili sobie, jak się czujesz, tylko wręczali wizytówki adwokatów. To zaczyna się u nas. Tak jak normalne Święta Bożego Narodzenia zaczynały się w sklepach w grudniu, ale ze Stanów przyszły nie tylko żywcem naśladowane programy rozrywkowe, to już w październiku świąteczne wystawy w sklepach.

-Cacuś, jest jak jest. Nie wygramy. Hanka uważa, że każda kobieta ma prawo brać takie gwizdy i uwagi, jak chce. Powiedziała też, że jej szefowa ma sześćdziesiąt lat i już dawno gwizdów z budowy nie słyszy. Kiedyś o tym rozmawiały. Ta pani ze smutkiem powiedziała Hance, że dała by dużo, aby znowu usłyszeć gwizdy. Nie wulgarne uwagi, ale gwizdy, że jest zauważona, pożądana. Czyż każda kobieta nie chce być pożądana?

Asia kiedyś powiedziała, że koleżanki i znajome, które oburzają się, gdy budowlańcy gwiżdżą i nawet rzucają propozycje przechodzący kobietom, to są te, na które nikt nie gwiżdże...

Czy można uogólnić każdą opinię? Oczywiście, że nie, ale w każdej jest sprawdzona racja.

Ojciec Hanki dodawał, że jeżeli społeczeństwu narzuci się, wręcz nałoży, co wypada, a co nie, co jest miłe każdemu, a co nie, to praktycznie można i niech się panie nie obrażą, wsadzić wolność słowa do dupy.

Nie jest wolnością słowa zasada, że można mówić tylko to, co nikomu nie przeszkadza. On, doskonały adwokat z trzydziestoletnią praktyką miał chyba najwięcej do powiedzenia w tym temacie.

Miał wiele pomysłów, jak radzić z problemem tak zwanej mowy nienawiści. Od wieków zawsze ktoś nienawidził, nienawidzi i będzie nienawidzić kogoś. Jeżeli pozwolić ludziom się wykrzyczeć, nawet w najokrutniejszych słowach, to wiadomym będzie, kto ma jakie zamiary.

Jeżeli te zamiary są ukryte, zamknięte polityczną poprawnością, to są prawdziwe i praktycznie niebezpieczne.

-Panie Leszku... Mam ogromną ochotę pana zabić...

-Czyś pan zwariował?!

-Nie i nie o to chodzi. Pan jest, powiedzmy, daleko od Polski, a ja mam ochotę pana kropnąć, a przynajmniej pobić, Nie będę o tym głośno mówić, bo gliny mnie zwiną i jest na to odpowiedni artykuł w kodeksie karnym. Ale... Zastosuję mowę... ŻYCZLIWOŚCI, mówiąc: Życzliwie nie radzę wracać do Polski, bo w Polsce jest wielu panu bardzo nieżyczliwych... Przecież nie powiedziałem – nie wracaj – bo chcę, a nie tylko ja cię ukatrupić, prawda? Życzliwie ostrzegłem... Ciekawe, jak coś takiego otrzyma kwalifikację karną i czy w ogóle. Nie można chyba karać za życzliwość?...

-Ależ pan to wymyślił! Jakby to było do mnie, to jasne, że bym się przestraszył!

-Bo widzi pan... W postępie technicznym nazywanym również cywilizacją człowiek zrobił nie milowy, ale milion-milowy skok, ale w relacji człowieka do człowieka, nie wyszedł dalej niż poza jaskinię. Nie w kagańcu leży niebezpieczeństwo gryzienia, ale w niechęci do gryzienia. Proste? A jednak za trudne...

-Panie Henryku, może pan to zrozumieć, bo ja za Chiny nie. Co włączę telewizor, aby zobaczyć, co w sporcie nowego, to słyszę, że słowa zabijają. No, znaczy się, że słowo może zabić. A najwięcej mówią o tym baby.

-Niech pan nie używa tego słowa, proszę mówić – kobiety...

-Może być, ale co z zabijaniem?

-Panie Leszku, jest pan bardzo młody i usłyszy pan jeszcze więcej kłamstw i bzdur takich jak ta. Przyzwyczai się pan... A co pan tym zabijaniem? Powiem tak... Gdyby słowa naprawdę zabijały, to na planecie Ziemia już dawno zabrakłoby miejsc na cmentarze. Jest to zwyczajna, jak mówią szczyle – ściema, wygodna dla tych, co chcieli, by zabić, ale nie mają do tego jaj...

Nie chcę pana wpuszczać w politykę, chociaż... To nie ja, ale wy, Hanka, pan, Piotrek i Aśka jesteście przyszłością tego domu, co się nazywa Polska. Nie chcę, aby to zabrzmiało za kolorowo, ale jak umeblujecie ten dom, tak będzie się wam mieszkało. A polityka? Niestety, to część umeblowania...

-To co, mam w telewizji oglądać nie tylko sport?

-Teraz tak?

-Dlaczego teraz?

-Panie Leszku... Nasz dom, Polska, jest obecnie jak niedawno odmalowane mieszkanie, ale do remontu... Problem w tym, że namnożyło się brygad remontowych, a każda, jak to mówią...

-Że każdy chuj ma swój strój?

-Sam bym lepiej nie powiedział. Niesamowite, ile jest logiki w powiedzonkach uznawanych z ordynarne.

-No dobrze, ale jeżeli tacy jak ja, Hanka i to znaczy, że młodzi oleją ten remont, to nie możemy mieć do nikogo pretensji, że zrobiono fuszerkę. Zgadza się?

-Dokładnie tak. Pan potrafi bić, co tylko wydaje się jak dwa plus dwa, ale przegra pan z tymi, co potrafią bić słowami. Nie, żeby zabijały, ale słowo po słowie osłabiały pana, aż w końcu pan odpuści, oleje. To są gracze klasy mistrzowskiej. To jedna sprawa. Druga, to , że oni, że ich słychać, bo mają media. A pan? Pańscy przyjaciele? Możecie jedynie pokrzyczeć między sobą... To dlatego oni mówią, że słowa zabijają. Coś ja walka na czas, na wyniszczenie.

-Z takimi nie wygram...

-Na to liczą. Na to, że pan odpuści, zniechęci się.

-O kurwa... Przepraszam... Ale gnój! Kto to może wyczyścić!

Czy w ogóle można?

-Wie pan, co to jest rewolucja?

-Każdy wie...

-Nie, panie Leszku. Rewolucja to obrotowe drzwi... Obrót i co?

-No właśnie co?

-Takie same gówno z inną nazwą...

A tymczasem blok, w którym urodzili się i mieszkali, otrzymało nowe życie. Na mocy mądrej ustawy mieszkańcy otrzymali prawo wykupu, sprzęgli się i odmalowali, otynkowali i wyczyścili, co trzeba, a przede wszystkim z cwaniaków żerujących a nieruchomościach...

Dawne mieszkanko Bysia było całkiem zachęcające i znajomy Hanki wyszedł z propozycją dla Cacusia i Aśki. Bysio jako właściciel sprzeda, a ewentualną nadwyżkę dołoży się do mieszkania na Żoliborzu. Jak sobie przyjaciele to uregulują, pozostanie drugorzędnym.

No i w ten sposób Cacuś i Bysio znowu byli sąsiadami. Dawne mini mieszkanko Cacuś postanowił zatrzymać na zasadzie, że nigdy nie wiadomo...

Jeszcze raz sprawdziła się głupota tak celebrowanego powiedzenia: „Ludziom dobre woli”... Bez dobrych czynów było zwyczajnie, kulturalnie mówiąc – gówno warte.

A przecież od niepamiętnych czasów ludzkość mówiła: Słowa tylko życia połowa. Co to za życie, gdy warte tylko w połowie, prawda?...

Pan Henryk powinien być z kimś bardzo ważnym w polityce. Nie miało to nic wspólnego z pracą, jaką wykonywał. W absolutnie każdej pracy najważniejszy jest tak zwany zdrowy rozsądek. W tym duchu wychował córkę, gdy rak za szybko zabrał żonę i matkę Hanki. Faktem jest, że w mądrości tego wychowania dużą zasługę miała matka Hanki i to jej słowa, a więc praktyczne odczucia kobiety, Hanka uwierzyła i pamiętała...

-Haniu... Jeżeli słyszysz, że jesteś kurwą, słyszysz wulgarne uwagi o sobie, to czy cię to razi?

-A ciebie, mamusiu, nie?

-Nie, Haniu, bo nie jestem kurwą i to, co o sobie słyszę, jest, jak nie o mnie. Nie może mnie urazić coś, co nie ma ze mną nic wspólnego. Nie łatwo było Hance uwierzyć w coś takiego, zwłaszcza, gdy była nastolatką. Ale uwierzyła i nic tak nie wnerwiało tych, którzy chcieli ją obrazić, jak jej spokój i obojętność.

W pierwszych dniach i tygodniach znajomości z Bysiem, parokrotnie wyhamowała go, gdy chciał zareagować na wyzwiska.

-Bysiu... Przecież to nie o mnie. Wiesz, że nie jestem kurwą, a twoja matka też kurwą nie była, prawda? Wyluzuj... Niech się wykrzyczą.

-Już czas...

-Czas na co?

-Nie na co, ale na kogo.

-Tak szczerze, to już odzwyczaiłem się od bicia. Nie damy rady nawrócić całego świata.

-Cacuś, miękniesz i to chyba jest wpływ Aśki. To prawda, że wszystkich skurwieli nie nawrócimy na człowieczeństwo.

-Zaraz, zaraz... Czy nie ustaliliśmy, że nie będziemy używali takiego określenia jak człowieczeństwo? Bo niby co to znaczy? Że ludzie? A kto, jak nie ludzie są tymi skurwielami, z którymi walczymy. Pies nie przywiązuje człowieka do drzewa w lesie. O tego skurwiela ci chodzi, że już czas?

-Dokładnie tak. Jak to mówią, że gwoli ścisłości, to nie ty bijesz, więc nie mów, że masz dość bicia.

-Działamy bez dziewczyn?

-Absolutnie tak. Tym razem widzę to nie tylko źle dla skurwiela, bo dla nas też. Nie chcę wciągać w to dziewczyny. Jeżeli się zesramy, to kto będzie przynosił pączki do kicia...

-Aż tak, myślisz? Dlaczego niby mamy się zesrać?

-Bo to, co planuję, jest na granicy przynajmniej dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności. Nawet ojciec Hanki nam nie pomoże.

-Bysio! O kurwa! Już się boję...

-Możesz kpić, nie ma sprawy. Przestaniesz, gdy poznasz plan. Na razie jednak trzeba ustalić MO...

-Milicję Obywatelską? Bysio, tego już nie ma!

-Może nie, ale co gliny, to gliny. A to MO, to nie milicja, tylko Modus Operandi. Wiem to od ojca Hanki, czyli plan działania. Skurwiel mieszka z rodziną. Tym razem nasza przebieranka może nie wypalić. Musimy go zwinąć na ulicy. To znaczy jak zawsze. Ja go zachęcam do samochodu, ty przy kierownicy.

-A jeżeli gościu się postawi? Kiedyś może ci nie wyjść.

-Zgadzam się. W takim przypadku zagramy jako przypadkowe pobicie. Bez zatrzymania. Dam mu w ryja i odjedziemy. Jednak będę wiedział, jak zadziałać następnym razem. Ma sens?

-Nawet ręce i nogi. Połamiemy mu?

-My? Nie, Cacuś, to nie jest mój plan. Z samo połamanie nikt nie dostaje więcej niż parę lat.

-Teraz to już naprawdę się boję. No, gadaj...

-Zrobimy mu to, co zrobił psu.

-Przywiążemy do drzewa w lesie! A jeżeli umrze, bo nikt go nie znajdzie?

-Dlatego dziewczyny nie mają prawa wiedzieć.

-Jakim sposobem nie? Że co, wyskoczyliśmy na kurwy?

-Jeszcze nie wiem. Coś musimy wymyślić.

-Ja uważam, że prawdę. Przecież pojedziemy dać mu łomot, ciężki. Tak będzie najlepiej. Aśka ma nawał roboty, a Hanka ugrzęzła w tym doktoracie.

-Cacuś, miała rację twoja babcia, gdy mówiła, że Bóg ci nie dał tego, co ja mam, ale dał ci głowę...

Dzwoni Hanka...

-Ohydna sprawa. Znajoma skarży się, że jej brat bije ich matkę.

-Co?! Syn bije matkę?!

-Słyszałeś...

Tym razem nie będzie czekał na Cacusia. Sam załatwi zwyrodnialca.

Niski facet powstrzymał Bysia.

Bysio uderzył... Potem jeszcze raz i jeszcze raz, ale facet nie ustępował. To się nie miało prawa zdarzyć! Bił mocno. Mocniej nie potrafił.

Ale co tu robi Cacuś, i krzyczy...

-Bysio! Przestań! Przestań! Zabiłeś go!...

Szukał pulsu u bitego. Nic nie znalazł. Oprzytomniał...

Siedział na podłodze opierając się o wysoki fotel. Obok stała Hanka w podartej koszuli. Wycierała zakrwawioną twarz...

-Co tu się dzieje?! Kto cię uderzył i dlaczego włożyłaś podartą, nocną koszulę...

-Bysio... Boje się...

-Kogo? Przecież tu jestem!

-Boję się, że któregoś dnia kogoś zabijesz...

-O czym ty mówisz?!

-Biłeś ten fotel, aż upadłeś...Chciałam cię powstrzymać, ale jak widzisz, oberwałam. Koszula też...

-Biłeś ten fotel?! Zwariowałam?!

-Nie wiem, ale byłeś jakby w jakimś transie.

-O kurwa! Jak mnie boli ręka! Chyba złamałem...

-To jest koniec waszego patrolu sprawiedliwości. Jesteś po drugiej stronie... Nie potrafię tego lepiej nazwać, ale przekroczyłeś coś, czego nie można. Nie uratujecie wszystkich psów, kotów i bitych matek, ale musisz uratować siebie. Gdybyś siebie słyszał. Tyle nienawiści!...

-Aż tak źle?

-Aż tak. To jest za ciężkie, za duże, abym udźwignęła, a przecież ktoś musi. Ktoś, kto cię kocha. Tak dalej być nie może. Byliśmy bardzo blisko... Pamiętasz tego drania uwiązanego w hali fabrycznej? Jeszcze dzień, dwa, a on by naprawdę zwariował. Tak, zamęczył psa, ale czy my byliśmy lepsi?

-Nie zrobiliśmy tego z przyjemności. To jest ogromna różnica.

-Może jest, ale koniec byłby tak sam. To byłby i nasz koniec. Dopiero teraz widzę, jak byliśmy tego blisko.

Nic nie decydujemy. Niech zrobi to czas. Jest mądrzejszy od nas i to on zadecyduje. Zgoda?

-Dziękuję! Bo to, że cię kocham, to jasne, ale teraz dziękuję, że jesteś w moim życiu. Oczywiście, że zgoda.

Wiosna zdawała się rozsadzać przewidzianą dla niej przestrzeń. Żaby tak prawie z mrozu skakać do gorąca? Ludzie jeszcze nie zdążyli rozebrać się z zimowych okryć, a co dopiero inne stworzenia.

Bysio obserwował ptaszki bez zmian oblegające karmnik, który zrobił dla nich obok okna biura, bo tak nazywał małe pomieszczenie na piętrze.

Oto sikorka. Żaden mocarz, przeciwnie, maleństwo mniejsze od wróbla, więc co w niej dziwnego? Bysio, nigdy nie byłeś filozofem zastanawiającym się nad światem, w którym przyszło ci żyć, prawda? Ale jak masz zrozumieć, że cała, ta ludzka technika gówno znaczy przy szybkości sikorki, z jaką odrywa się od gałązki, startuje... Tego nawet nie można opisać, nazwać. Szybkość? Czegoś brakuje w tym słowie... Może tylko kula wystrzelona z karabinu jest tak samo szybka, ale „zawodów” między nią a sikorką nie było. Patrzysz i jest, patrzysz i już jej nie ma...

Bokser myśli, że jest szybki i ci od nudy, biegania też tak myślą. A niech myślą.

Teraz trzeba pomyśleć, co zrobić ze skurwielem, by już nigdy nie zabił psa męczeńską śmiercią. Bić? Tak szczerze mówiąc, to jest gówno warte.

Podzielił się z tą myślą z ojcem Hanki i co usłyszał?

-Panie Leszku. Takie pana gadanie jest gówno warte, a nie to, co pan robi. Jedna akcja, tylko jedna akcja wyrównania krzywdy to jest jak załatanie dziury w ubraniu na zimę... Koleżanka Hanki jest socjolożką, bo teraz nie ma kobiet socjologów, tylko socjolożki...

-Wiem, wiem... Dziewczyny kpiły, że ta poprawność polityczna zesrała się, bo zabrakło nazwy na wiele zawodów wykonywanych przez kobiety. Bo skoro określenie pan lub pani jest seksizmem i anachronizmem, to jak mamy tytułować kobietę, która jest ministrem? Ministerka? Ministra?...

-Panie Leszku. Ta poprawność ma szczęście, że się spóźniła, bo gdy pana jeszcze na świecie nie było, to kobiety pracowały na budowie na równi z facetami. Byli więc murarze, ale kobiety to kto? Murarki? To jest choroba, a właściwie nie, to jest cwaniactwo wymyślone, aby na siłę zaistnieć. Ale wracając do tej socjolożki... Opowiada o swojej pracy i nie mówi, że jest gówno warta. O nie! A jakich terminów używa. Jak mądrze nazywa to, co każdy powie, że zaszczane...

Pan pracuje i pomimo że ze startu jest jak pięć do zera dla pana i Piotra, gdy działacie razem, to przecież zawsze musicie się spodziewać niebezpieczeństwa. A ta pani? Że co najwyżej zaczeka jeszcze rok lub dwa z napisaniem doktoratu o kolejności dni tygodnia...

Ale do rzeczy... Macie już plan? Minęło dość czasu, aby ten zwyrodnialec poczuł się bezpieczny.

-Nie mamy i nie wiem, jak to ugryźć, tym razem.

Bić? Ile można. A do tego, gdy ja podpalę się za mocno, to na biciu może się nie skończyć. Nawet po najmocniejszym biciu gościu dojdzie do siebie i jeżeli ma to zboczenie w sobie, to znowu zrobi tak samo. Tego z niego nie wybijemy, prawda?

-Racja. No więc?

-Ja też tak pytam. Przecież nie wstawimy mu gadki, że jest niegrzeczny, że tak normalni ludzie nie robią.

-Zwłaszcza, panie Leszku, że robią jeszcze gorzej. Może Bóg rzeczywiście stworzył człowieka na „obraz i podobieństwo Boże”, może kiedyś, gdy umrzemy, to poznamy tajemnicę stworzenia, ale człowieka chyba gdzieś po drodze ulepił diabeł... Ludzie od niepamiętnych czasów uwielbiają się mordować, gwałcić, kaleczyć. Pan może nie śledzi mediów, i dobrze, ale ja jestem jak medioholik. Wiele lat temu w Afryce, w kraju zwanym Rwanda tylko w ciągu jednego miesiąca maczetami, siekierami jedno plamię Murzynów wymordowało, niech pan słucha uważnie... Wymordowało osiemset tysięcy członków innego plemienia. Podobno w rzece Karenga krokodyle były tak najedzone trupami, że nawet nie spełzały z brzegu po następne. Trzydzieści dni! Bez karabinów maszynowych, maczetami! Gdzie tu jest obraz i podobieństwo Boże! A w Polsce ktoś podpalił kota lub na śmierć zamęczył psa. Okrutne? Tydzień temu młoda matka zatłukła, bo tak należy nazwać bicie, roczną córeczkę... Jak, jakim sposobem można z tej kobiety usunąć ohydę okrucieństwa, zwłaszcza, że zachowuje się tak, jakby nic się nie stało.

-Bo ma ostro popierdolone w mózgu!

-Żeby tak. Właśnie, że nie. Psycholog i psychologiczka stwierdzili, że nie ma „nic, co odbiega od normy”. Tak to nazwali.

-To oni mają sporo odbiegu od normy!

-Ja też tak myślę. Wracają do tego psa. Tak go nazwijmy. A może odpuścić? Podpali się pan i uderzy za mocno. To już nie pobicie, ale takie ze skutkiem śmiertelnym. Może potrafię z dwudziestu pięciu lat zbić do dwunastu, ale to i tak skończy wasze życie, jakie jest przed wami, a ja nie doczekam wnuków...

-Więc co pan radzi?

-Odczekać. Jest takie powiedzenie, że coś rozchodzi się po kościach, a czas bardzo pomaga.

-Zapomnieć?

-Tego nie powiedziałem. Odczekać. Jest też takie powiedzenie, że co się odwlecze, to nie uciecze. Jakaś mądrość w takich powiedzonkach chyba jest. Inaczej by ich nie było.

-Ale, niby dlaczego mamy się zesrać?

-A niby dlaczego ktoś przypadkiem może zobaczyć. Chociażby numery samochodu i nie szkodzi, że wygląda, jak tysiące innych, białych i starych.

-Nie pomyślałem. Kiedyś chcieliśmy pojechać na picnych numerach, ale są zatrzymania wyrywkowe, rutynowe. Ja dużo nie ryzykuję, ale Piotruś to szanowany obywatele i w ogóle.

-W ogóle, to pan też ryzykuję nie tylko swoją firmę, bo nikt uczciwy, bez powodu nie zmienia tabliczek rejestracyjnych. Zaczną się pytania , a gliny w tym są mądrzejsze od pana. To jeden z powodów, jak to pan nazwał – zesrania się. Drugi, to fakt, że nie działacie w jakiejś próżni. Że tylko wy i ten, komu dajecie wycisk. Mówi to panu ktoś, kto całe życie widział takie wpadki. Nie ma pan pojęcie, ile jest nudzących się, starszych pań siedzących w oknie. To okno to ich całe życie. Widzą wszystko...

-O kurde... Teraz, to mogę powiedzieć, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Ale odpuścić temu skurwielowi nie mogę.

-Zbliżają się moje urodziny. Czuję, że Hanka coś szykuje. Może więc zaczekać do tego czasu? Szkoda by było kawowego tortu... Nigdy, nawet jako dziecko nie przepadałem za czekoladą. Dziwne, prawda?

-Bardzo. Ja bym, jak to mówią, ojca, matkę oddał...

-Ale wszystko, co kawowe... Taki kawowy z bezą... Codziennie mogę mieć urodziny. Może jeszcze będą lody kawowe... Można pomarzyć, czemu nie... To przecież okrągła sześćdziesiątka. Coś takiego raz w życiu. Mówią, że po sześćdziesiątce, to już z górki. Tylko nie mówią, do czego...

-Do medalu na olimpiadzie już nie. Ale znam faceta, a ma siedemdziesiąt i ciut do przodu. Gdyby mnie gonił, to bym nie uciekł. Regularnie biega pół maratonu, tylko raz odpuścił i pobiegł na dziesięć kilometrów. Jak się odżywia? Tak, jak mu smakuje.

-Z tym zdrowym jedzeniem, to zwykła ściema i powód do istnienia dietetyczek, a każda szczuplutka...

-No właśnie. Hanka zna jedną. Nawet popisuje się w telewizji. Kiedyś razem poszły do cukierni i na kawę. Pani dietetyczka zeżarła pół tortu...

Kolega w pracy uważa, że najsmaczniejsze mięso, to te, co na czterech nogach, a to na dwóch, to dla dzieci i pedałów. Moja świętej pamięci małżonka była z domu, gdzie jadano ryby. Nazywałem ją „Śledź pomorski”, bo była z Gdyni. Od pokoleń z rybackiej rodziny i wie pan ,co mówiła?

-Że ryby to samo zdrowie?

-To nawet dzieci wiedzą. Żebym nigdy nie jadł flądry i ostryg. Polska flądra zjada każde gówno, co opada na dno i tylko to potrafi złowić. A ostrygi. W Polsce, głównie w sklepach, ale tam, gdzie żyją, są jak flądra. Też oczyszcza dno ze śmieci.

-To co oni jedli, znaczy jej rodzinka?

-Dorsze... Kiedyś, gdy była dzieckiem, polski dorsz był polski i prosto od rybaków. Głupi ludzie, co jak mawia mój znajomy Poznaniak, są z tych, co „srają z wysoka”... Mawiali... Jedz dorsze, by tylko gówno gorsze. Dzisiaj dostać świeżego dorsza to marzenie.

-Pamiętam, co mówił mój ojciec, gdy był trzeźwy, że najlepsza ryba, to która kwiczy...

-Jak długo żył?

-Za długo... Gdyby nie pił i palił, to może ze sto lat. Ojciec mi się nie udał i tyle. Szkoda śliny na więcej gadki.

-Rozumiem, ale mówiąc normalnym językiem, to gówno rozumiem, bo u nas alkoholu nie było. To znaczy, jak to bywa, że z okazji, przyjęć, rocznic, ale tylko tyle.

Ja nawet tyle nie ruszam, a Hanka jedynie wino i tylko czerwone, bo znajomy lekarz, gdy miała anemię poradził, że jest lepsze na krew niż łykanie pigułek. Chwała Bogu, nie przyzwyczaiła się do wina.

-Ja piłem. Co ja mówię, chlałem, aż do zarzygania się. Czy mogę winić ojca? Byłoby najłatwiej. Piłem, bo mi smakowało, nie piłem, gdy nie czułem. Mama to był anioł, bo tylko anioł mógł wytrzymać z takim mężem. Tyle razy chciałem bić ojca, ale skończyło się na biciu mnie, a może i gorzej, bo stary miał łapę jak łopatę. To chyba po nim mam naturalną, wrodzoną siłę.

Odstawiłem wódę, jak pierwszy raz zobaczyłem Hankę, i tak już zostało. Teraz, gdy poczuję wódę, to mi się niedobrze robi. Żadna, jebana psychologia, zapach i tyle.

Dlatego boję się pomagać tam, gdzie ojciec bije dzieci. Mogę nie wyhamować... to co, myśli pan, że zaczekać jeszcze parę tygodni?

-Najmniej. Im później, tym będzie większy szok. A ustalił pan, jak go podejść, bo w domu chyba nie?

-Ma się, że nie. Nie tym razem. To, co ustaliłem, to całkiem normalna rodzina, para dzieciaków w szczylowatym wieku. Aż dziwne, że nie wiedziały, co ojciec zrobił z ich psem.

-Pewno powiedział, że pies się urwał za suczką. Dzieciaki kupią coś takiego. Jeżeli w domu nie, to jak?

-Skurwiel jest mechanikiem w zajezdni ciężarówek. Kończy robotę o tej samej porze. Miejsce idealne, bo bez przechodniów, jako że niby do czego, żadnych sklepów. Tylko ta baza. Byłem raz. On wychodzi zawsze sam. Może nie jest towarzyski, cholera wie, dlaczego, a może tylko raz nie wystarczy? Sobota i niedziela odpadają, więc Piotruś musi mieć wolny dzień. Kiedyś powiedział, że nie pamięta, kiedy miał urlop i nawet nie wie, co to jest urlop...

-Ale taki chuchrak. Na pewno jest potrzebny? Do czego?

-Panie Henryku, skoro gadamy jak wspólnicy. Ktoś musi być za kółkiem, żeby odojechać, gdy ja wciskam skurwiela w siedzenie i podłogę. Rozumi?

-No tak. Teraz rozumiem.

Jest coś takiego jak tropik, tam, gdzie zimą jest plus dwadzieścia. Rozpalona Warszawa nagania tłumy do biur podróży. Kolorowe widoczki palm pochylających się nad białym piaskiem... Obok turkus morza... Jedynie praca zwalnia, bo nie rzeka pieniędzy do różnego rodzaju zachcianek, aby tylko dalej od miasta.

-Bysio, czy byłeś kiedyś w górach?

-Najwyżej, to na trzydziestym drugim piętrze z widokiem na stolicę, bo co?

-Gdy byłam w ogólniaku, to wychowawczyni zorganizowała wycieczkę i pobyt w górach. Dokładnie, to mieliśmy bazę we wiosce Murzasichle. Nie widziałam innych wiosek góralskich, a wychowawczyni mówiła, że nie ma piękniejszej do Murzaschila. Pamiętam jak dziś, że Doliną Suchej Wody poszliśmy w prawdzie w góry, a po drodze jakaś hala, chyba Gąsienicowa. To było jak bajka.

-No i było sto lat temu...

-Ty chamie!

-Przepraszam, nie podliczam ci lat. Chciałem powiedzieć, że to, jak mu tam, dziś na pewno nie takie same. Jak my wszyscy. Ja podobno byłem ładnym dzieckiem...

-Ładne dziewczynki wyrastają na piękne kobiety i to jest jeszcze jeden dowód naszej przewagi nad wami.

-Ty masz tych dowodów kilka, zaczynając od góry...

-Obyś tak mówił zawsze. Nawet, gdy będę stara i brzydka.

-Na starość nie ma sposobu, ale to, co piękne, zawsze będzie, a na pewno dla mnie.

-Kto by pomyślał, ile ty masz zalet...

-Nikt tak nie potrafi bić... Nawet kiedyś mi płacili... Właśnie o biciu. W poniedziałek Piotruś bierze wolne i jedziemy do Mławy. Na gotowe. Wiem, jak skurwiel ma na imię, wiem, o której wychodzi z roboty. Jest plan. Dobry. Nie będę nudził detalami. Ale trzymaj kciuki, bo nigdy nie wiadomo.

A potem? Ojciec niby nic nie mówi, ale ja mówię... Jesteśmy parafianami tego kościoła, gdzie leży Popiełuszko. Rozumi?...

-Nie tylko – bo kolega jest kierownikiem sali w Mariocie. Rozumi?... Mówi, że nigdzie nie ma takiej kaczki po pekińsku, bo mają kucharza Chinola, a przecież gdzieś trzeba przegryźć smak sprzed ołtarza...

-A potem żadne tropiki. Murzasichle wystarczy za wszystkie kolorowe plakaty.

-Pamiętasz, czy mieli wygodne łóżka?...

Łóżka? Bysio, starzejesz się jeszcze przed ślubem?! Trawy w Kampinosie ci nie przeszkadzały...

-O kurde... Ta praca. Rozumiem Piotrka, gdy mówi, że czas na urlop.

-Pod twoją nie obecność kto prowadzi firmę?

-Tadeusz, i jest lepszy niż ja w papierkowej robocie.

-To może już jutro w góry?

-Powiem tak... W ten poniedziałek Mława, a we wtorek może być te twoje...

-Murzasichle...

-Tam chyba też jest trawa?

-No widzisz. Tak mi mów i tego się ucz...

Zaparkowali Toyotkę w cieniu. Dalej od samochodów. Obok stały dwa dawno nie ruszane, więc normalka, ot, inne miejsce do parkowania. Tak na Bysio namierzył, punktualnie wyszedł oprawca psa. Razem z nim paru innych pracowników. Nie jest dobrze. No trudno. Bysio szedł w stronę skurwiela. Przesadnie głośno powiedział...

-No cześć, Zdzisiek. Kopę lat!

Nie zwracano na nich uwagi. Koledzy skurwiela pomachali, że do jutra i poszli na parking.

-Zdzisiek? Czy ja pana znam?

-Żartujesz? Nie poznajesz Krzyśka Walickiego. Szczaliśmy razem do piaskownicy. No, chodź, poznasz moją panią. Jest w samochodzie. Uderzony pod prawy łokieć, na wątrobę, tylko jęknął i bezwładnie zwisnął podtrzymany i Bysio prawie wniósł go do Toyotki.

-Spokojnie, Cacuś, tylko nie pal gum. Jedziemy jak trójka starych kumpli. Nie podpadnie.

-Panie, panie, jak panu tam... Co jest grane, na rany Chrystusa!

-Takiś pobożny? Masz koleś problem, bo Chrystus ci nie pomoże.

-Ale ja nie mam kasy! Pan mnie pomylił z kimś innym. Porywać ślusarza? No żeby tak bić? Co pan w tej łapie, młotek?

-Skoro wołałeś Chrystusa na pomoc, to powiem ci, że mam nie tylko palec boży, ale całą rękę... Niedługo przywitasz się z Bozią...Wybierzemy takie samo drzewo, jak to gdzie przywiązałeś tamtego psa.

-Zabić za psa?!

-Dokładnie tak. Zabić za pas.

-Nie wyjdziecie z pierdla.

-A ty z piekła. Chyba coś takiego istnieje, skoro są tacy jak ty.

-Jakiś jebany pies, a wy chcecie zamordować człowieka?! Powinniście się leczyć!

-Powiem tak. Gdy nas złapią, co może się zdarzyć, nie powiem, że nie. To wyślą nas na leczenie. Ty się zgadzamy, ale na razie, no, co myślisz o tym drzewie? Zwiąż mu łapy z tyłu. Nóżki też. Zatkać pysk taśmą? Koniecznie. Nie tak... Nie za klatę, ale za szyję, krótko, aby tylko mógł ruszać głową. Tamten piesio też był tak przywiązany.

-Panie... Panie... Dzieciaki znalazły go i on żyje!

-Ja też bym tak dupę ratował. Telewizja pokazywała inaczej.

-Kurwa! Mówię panu! Odratowali go!

-Tak? Tylko dlaczego my o tym nie wiemy? Za długi! Skróć sznurek tak, by tylko mógł obracać głowę.

-Dusi mnie! Poluzuj pan!

-Długo nie będzie. Wyschniesz koleś na szkielecik.

Oprawca psa zaczął się głośno modlić...

-Wystarczy. Nie mogę tego słuchać. Nie ma nas...

Dojeżdżali do Warszawy, gdy Cacuś powiedział...

-Chyba przegięliśmy.

-Coś koło tego...

-To co? Wracamy? To był wyrok śmierci. Ja tak nie mogę.

-Myślisz, że ja mogę. Nie mam wprawy w zabijaniu...

-Ja nie żartuję! Bysio... Zawracam!

-Chwileczkę, kolego, chwileczkę... Przez dzień czy dwa nie zdechnie. Zdążymy.

-Tak? Czułeś ten smród?

-Ty byś też się zesrał...

-Nie, Bysio, nie od tego. Media mówią, że jest plaga dzików. A prawdą jest, że dzik to świnia, czyli wszystko zeżre..

-No to nie my, ale świnie wyślą go do piekła.

-Tak nie można. Ja prowadzę i ja zawracam.

Rzecz w tym, że wjechać do lasu było łatwo, aby tylko przedrzeć się przez zarośla, ale nie zapamiętali, przez które, a wszystkie podobne. Suche podłoże nie zostawiło śladów opon. Zaczynali za długo błądzić...

-Teraz jest ostre pogotowie przeciwpożarowe. Pojeździmy tak jeszcze z godzinę, a straż leśna może nas namierzyć. Może głośno zawołać gnoja?

-Jeżeli jesteśmy blisko.

Cacuś po pierwszym krzyku zakrztusił się. Bysiowi poszło lepiej. Drzewa odbijały głos, ale Bysio pierwszy usłyszał... Znaleźli skurwiela. Miał mokre spodnie z każdej strony...

-Nie myśl, że z litości! Nie zasłużyłeś, tak jak tamten pies nie zasłużył na śmierć. Nie słyszałeś, jak prosił, płakał, błagał... Człowieku! Nie odchodź! Nie zostawiaj mnie. Co ci zrobiłem. Kocham cię i wiernie służę. Wybaczę ci, ale nie zostawiaj mnie na śmierć...

-Nie słyszałeś tego?!

-Psy nie mówią...

Nie tylko... Nie mają praw, wybaczają i nawet liżą rękę, która je bije. Czy ty masz jakieś gówno w mózgu, że zrobiłeś coś takiego? Co ci ten pies zrobił, że skazałeś go na męczeńską śmierć! Kurwa! Dla takich ja ty, szkoda powierza do oddychania. Ja go zostawiam! Gdy wyobrażę sobie, jak płakał, jak prosił go tamten piesio, to niech tego skurwiela dziki zeżrą. Ty rób co chcesz.

-Odwiąże go...

-Panie, panie... Dziki. Podchodziły... Może się przestraszyły. Jak ja panu podziękuję...

-Jak? Duży... Daj mu w ryja, daj, żeby nie mógł mówić, niech się zadławi zębami. Jeszcze raz. Że odleciał? A w ogóle, to i tak mu się udało, bo bez bicia jak zawsze.

-Bez bicia, bo miał i tak zdechnąć. Cacuś... Nie mówię, że jesteś mięczak, bo mnie też było dziwnie, jakoś inaczej. Bo gdyby on naprawdę zdechł? Albo te dziki. Myślisz, że zjadłyby?

-Świnia wszystko zeżre. To jest fakt.

-Tylko co on pierdolił, że uratowali tamtego psa.

-A ty? Nie bronił byś się tak?

-Doszedłeś? Że nie możesz mówić? A masz coś ciekawego do powiedzenia?

-Nie zostawicie mnie tu. Nie mam siły uciekać od tych świń...

-Co ty kurwa z tymi świniami! Położymy cię przy szosie. Ktoś zobaczy. Albo będziesz stopował. No, wierzysz w Boga, tak naprawdę?

-Teraz tak...

-O k... Już chciałem się wyrazić, ale nie wypada, bo to o Bogu... Koleś... Nawróciliśmy cię na wiarę. Ale jaja!

-To jest jednak twardziel.

-Jaki twardziel. Zesrał się już w samochodzie. Chyba wiedział, co go czeka. Więc gdzie tu twardziel.

-Może źle się wyraziłem. Kłamał, nawet teraz, gdy dławił się zębami i ledwo mówił, a kłamał, mówiąc, że przegonił dziki krzykiem. Z pyskiem zaklejonym taśmą? Myślisz, że go zauważą i podwiozą?

-Myślę, że to kawał chłopa. Dojdzie do siebie i łaski bez, stopowaniem dojdzie do Mławy. Odjechaliśmy ile? Dychę?

-Coś koło tego. Co powiemy dziewczynom?

-Prawdę. A nie obejdzie się bez krzyku...

Faktycznie. Gdy panienki usłyszały, a Bysio dał z detalami, to było bardzo głośno

-On nie kłamał. No nie zupełnie. W internecie znalazłyśmy detale. Nie są miłe i Aśka się popłakała. Psa uratowali harcerze, ale to nie wszystko. To była suczka, szczenna, Wyobrażacie sobie,, jak prosiła, by ją nie zabijał, by nie odchodził. Przecież ma dzieci do wykarmienia, czekają na mamę. Nie wiedziała, że zły człowiek utopił je w beczce. Jedno miało szczęście, bo wyprosiła je sąsiadka tego zwyrodnialca.

Mama i to szczenię czują się dobrze, ale mama nie ma na karku sierści, tylko nagą, krwawą skórę po sznurku...

-Hanka! Gdybym to wiedział! Dlaczego nic nie powiedziałaś!

-Bo Aśka znalazła to w internecie, gdy już do niego pojechaliście. Dobrze, że nie wiedziałeś. Nawet nie chcę myśleć, co byś zrobił...

-Nic. Dokładnie nic. Zostawilibyśmy skurwiela na żarcie dla świń. Zżarły by go żywcem.

-Czyli jak mawia mój ojciec – nie ma nic złego co by nie wyszło na dobre.

-Starzy ludzie i ich powiedzonka.

-Kiedyś my będziemy w jego wieku. Czy ktoś młodszy tak powie o nas? Wiesz, szafirowa królowo... To jest taka sama gadka, jak pytanie, że co chcesz, żeby mówili o tobie, gdy umrzesz?

-Dlaczego taka sama. Jest naprawdę ważnym, co mówią o nieboszczyku. Jeżeli zasłużył na więcej niż dobre słowo.

-Pierwsza sprawa, to obłuda i hipokryzja. Nawet, jeżeli umarlak był skurwielem, oszukiwał, goniła go prokuratura i wisiało na nim wiele zarzutów, a kwestią czasu było, zanim trafi pod celę, bo nie powie, jak się nachapał tyle milionów, to co powiedzą? Zrobią z niego prawie świętego, a na pewno bez grzechów. Mam rację?

-No tak... „O zmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale”...

-Czyli pierdoła na pierdole, bo nikt nie ma jaj, aby mówić prawdę.

-Bysio, umarłemu ani prawda, ani kłamstwa nie zaszkodzą.

-Właśnie i to jest ta druga sprawa, pytanie, co chcę, aby o mnie mówiono, gdy mi się kalendarz skończy? Powiem ci wprost i kulturalnie: A gówno mnie to obchodzi. Ja i tak nie będę słyszał. Zgadza się?

-Na tyle, co teraz wiemy, to prawda.

Czyli najpierw musimy umrzeć, by się dowiedzieć? Ja się nie spieszę.

-Ale choć tak ciut do ołtarza?

-Już nie mówię o kaczce po pekińsku, nadziewanej orzechami.

-A potem Murzasichle?

-A potem trawy w Murzasichlu..



Luty/07/2019