Start arrow Spis wierszy arrow "Patrol Sprawiedliwości" cz.9
"Patrol Sprawiedliwości" cz.9
Oceny: / 1
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
17.03.2019.


DUŻO BLIŻEJ...


-Panie Leszku, chodzi pan do kościoła?

-Że musi być kościelny, ślub, znaczy się?

-Nie to miałem na myśli. Zapytałem ot tak, przez ciekawość. Ale kiedyś, już jak rodzina... No wie pan, pasterka, te sprawy...

-Chodzić chodziłem, ale tylko na to majowe...

-Dlaczego tylko na majowe?

-Miałem osiem lat, a chłopaki mówili, że gdy dziewczyny klękają, to im majtki widać. Więc chodziłem, ale tylko kilka razy, bo one miały majtki takie jak ja, więc już nie podglądałem.

-Święty Piotr na pewno panu wybaczył...

-Łaski bez, pani Henryku. Każdy, tylko nie on... Kiedyś, gdy żydowscy żołnierze króla Heroda złapali Jezusa i prowadzili go na śmierć, to spotkali Piotra, wtedy wcale nie świętego. Zapytali go...

-Ty, brodaty, znasz tego Galilejczyka?

-A wcale nie Święty Piotr... Pierwsze widzę, a to niby kto?

Popełnił od ręki kilka grzechów na dzień dobry. Skłamał. Wyparł się swego przyjaciela. Zdradził go, kłamiąc...

No i co zrobił Jezus? Ciut później jako Chrystus, zrobił go najważniejszym po sobie. Chyba jakąś opokę Kościoła?

-Bóg wybacza...

-Ja nie. Gdyby ktoś skrzywdził Hankę, no, co, zamurowało pana?

-Przyznaję...

-Ja bym też przyznał... Ortopedę do każdej kości skurwiela...

Ten Święty Piotr specjalnym bystrzachą nie był...

-Dlaczego?

-Dlaczego? Posłuchaj pan... Wrota niebieskie, czyli brama do nieba... Przed bramą niekończąca się kolejka chętnych. Przy bramie Święty Piotr i sprawdza podania, wiadomo, porządek musi być. Nagle do bramy przeciska się paru facetów, bez kolejki, rzecz jasna. Święty Piotr, że tak nie można, że wszyscy są równi, więc w kolejce.

-Nie my. My jesteśmy wyjątkowi złodzieje i chcemy bez kolejki. Idź święty do Boga i powiedz mu to.

Święty Piotr idzie...

-Panie Boże... Para wyjątkowych złodziei chce bez kolejki...

-Od czego ja ciebie mam, Piotrze. Idź i załatw to.

Święty Piotr poszedł, ale wraca.

-No i?

Pyta Pan Bóg.

-Nie ma...

-Złodziei?

-Nie... Bramy nie ma...

Jest tyle ważnych dla ludzkości, dla świata spraw... Ocieplenie klimatu, terroryzm, nacjonalizm, czyli naiwnie dziecinne marzenia narodów do samostanowienia... Nic, tylko ogromna światowa sraczka. Naturalnie, że to nas bardzo obchodzi aż... do dnia, gdy sami dostajemy ostrą sraczkę. Nazwa jest bez znaczenia, bo raptem zdajemy sobie sprawę z tego, jak te wszystkie sraczki świata są mało ważne przy naszej.

Właśnie pan Henryk doświadcza swojej... Niby zwykłe przeziębienie, jakie wszyscy znamy u kogoś innego... Długie godziny „przykucia” do łóżka, łykanie zbawczych, choć prawda, że głównie dla producentów, syropów i jeszcze więcej myśli. Z rodzaju, czy naprawdę doczekam końca świata i jaki on będzie...

Wiadomo, a przynajmniej medialnie, że nie w powodu nuklearnego. Mocarstwa dysponujące tym świństwem na tyle zmądrzały, że nie śpieszą się do wzajemnej eliminacji. Więc jak... Aha... Już nie jest tajemnicą, rosyjski, czyli radziecki „Krasnodar 26”, gdzie od lat produkuje się i ulepsza śmiercionośne gazy, mieszaninę antraksu, eboli plus podobne diabelstwa. Ilość takiego gazu umieszczona w piłeczce pingpongowej może zabić miasto wielkości Warszawy...

Z tym Krasnodarem, to nieomal komedia radzieckiej umiejętności zachowania tajemnicy przed światem...

Pewnego dnia pięknego, amerykański samolot wywiadowczy lecący powyżej pułapu namierzania, nad północną Syberią, zobaczył, że z solidnej pokrywy śniegu i lodu wydobywa się smużka niby dymu, niby pary... W takiej lodówce? W takiej śnieżnej pustce?

No i „genialnie” strzeżoną tajemnicę śmiercionośnej fabryki zdradziła zwykła para przedostająca się przez śnieg i lód... Od tego czasu każdego roku z tej fabryki znikały kilogramy tej śmierci, jako, że za pieniądze można wszystko kupić, nawet śmierć...

Chociaż temat zagłady ludzkości nie był popularny medialnie, to świat nie zapomniał a dla wielu ekspertów było tylko kwestia czasu, aż do Stanów Zjednoczonych przedostanie się doskonały terrorysta właśnie z kilkoma „piłeczkami” tej śmierci zdolnej bez względu na warunki pogodowe zabić na przykład ludność Nowego Yorku.

Powód oczywisty i są nim setki tysięcy okaleczonych dzieci. Bez rąk, nóg, bez rodziców jako skutek „amerykańskiej demokratyzacji Iraku z lufy czołgu”. Coś takiego należało pomścić i śmierć rodem z Krasnodaru 26 była idealnym sposobem.

Ale nie... Coś takiego nie może zabić całą ludzkość, chociażby ze względów geograficznych, Więc co...

-Panie Piotrze. Jak pan jest z komputerem?

-Jestem, i to bardzo, dlaczego?

-Czy trudno jest wpuścić, jak to nazywają, jakiś smród do komputera i unieruchomić na przykład instytut, w którym pan pracuje?

-Dobrze się pan czuje?Wiem, że grypka, ale taka myśl? Czy trudno? Dziś to dziecinada. Polskie media przemilczały numer, jaki zrobiło paru piętnastolatków w Stanach. Wtedy byłem dopiero na studiach. Nasz profesor jakiś czas studiował w Georgia Tech. Co się okazało? Szczyle złamali kod Pentagonu. Wpuścili „bakcyla” i uziemili większość departamentów. Jasne, że FBI ich ustaliła.

-Poprawczak, a potem więzienie?

-Ależ skąd! Nastolatków zatrudnił rząd na okres letnich wakacji. Podobno zarobili przez parę miesięcy więcej, niż ich rodzice przez rok. Pozostało tajemnicą, co się z nimi stało. Prawdopodobnie zostali zatrudnieni w specjalnych zadaniach.

-Idąc dalej... Tylko proszę nie wyciągać żadnych wniosków, zwykła ciekawość kogoś, kto teraz ma za dużo czasu i za dużo różnych myśli. Czy ktoś, może nie pan, ale taki mądrala jak ci nastolatkowie, może wpuścić bakcyla w komputery Warszawy?

-Warszawy? Nie rozumiem. To są tysiące. Każdy dzieciak ma, wszystkie szkoły, biblioteki. No i w ogóle w jakim celu.

-Czy można tak?

-Ja nie potrafię, ale ja jestem fizykiem, a nie programistą. Są bardzo dobrzy w tej dziedzinie, myślę, że potrafią prawie wszystko.

-Zapytam inaczej... Stacje benzynowe, lotnisko, policja, szpitale, sygnalizacja świateł na ulicy, sklepy, pociągi, transport w ogóle... Czy ktoś genialny może to sparaliżować takim bakcylem?

-Makabryczne, ale myślę, że tak.

-Co się wtedy stanie?

-Nie musi pan mnie pytać. Oczywiście, że pełny paraliż.

-Nazywając to po imieniu... Koniec życia, jakie znamy? Koniec kontynuacji, czyli kompletny stop wszystkiego. Szpitale, policja, lotnisko i tym podobna mają agregaty pomocnicze zasilające na wypadek awarii, ale na jak długo, a przede wszystkim zasilające czym, gdy stanie, padnie elektrownia, staną stacje benzynowe...

-Mówi pan jak o końcu świata...

-Dokładnie tak, panie Piotrze. Czy coś takiego jest możliwe?

-Człowiek stworzył diabła i nazwał go przyjacielem. Ten przyjaciel najpierw zabił książkę swego największego wroga, potem, wyrzucił z pracy tysiące ludzi, aż wreszcie człowiek tak, jak go stworzył, tak go zabił...

-Siebie też...

-Właśnie o tym, może za długo, ale rozmawialiśmy. Siebie też...

Czego to ten tak zwany naród nie mówi. Właściwie wszystko. Nie mówi tylko, kto jako pierwszy użył idiotyzmu pod nazwą – prosty naród... Czy są garbate narody? Najwidoczniej są, skoro nie tylko udający pisarzy, ale... Tak zwane prości ludzie powszechnie używają tego wyświechtaka. Nie inaczej jest w opisywaniu świata, gdzie jak wiemy, żyje wiele narodów.

Mając aż za dużo czasu pan Henryk zastanawiał się, gdzie żyją ci niedumni, ta niedumne narody. Każdy opis z niekoniecznie egzotycznej części świata prawie zawsze zaczyna się od... ”Ten dumny naród”...

Polski (choć nie jest pewne, czy tylko) naród mówi, że przeziębić grypę to dostać zapalenie płuc. Słowo – dostać jest ni go w de, ni go w oko, bo nikt nikomu zapalenia płuc nie daje, ale jest, jak jest.

Może rację mają Francuzi, używając powiedzonka – z powodu kobiety... Niejaka ruda o imieniu Gośka, a kumpelka Hanki nieopatrznie wyciągnęła pana Henryka na przedwczesny spacer, z najlepszych intencji, oczywiście. Z najlepszych intencji zrodziło się wiele pomysłów, z wojnami włącznie...

Teraz pan Henryk naprawdę miał dużo czasu, by przemyśleć te pomysły, na zawrócenie których było za późno.

Pierwszy, to „karmienie się hektolitrami” mocnej kawy, jako zasadniczego posiłku zaczynającego dzień. Był po prostu łatwym zerem dla choroby i bardzo trudnym gruntem dla lekarstw. Krótko mówiąc niknął w oczach, jak to się mówi bez sensu, ale skutecznie.

Od dziecka bardzo logiczny, a zawodowo z konieczności wyśmiewał te zwroty w potocznym języku, które może nie są jak oksymoran, ale też były bez sensu. Mówienie, że „w moich oczach to się stało”... „Na moich oczach to się stało”... Dziwne, że ludzie jeszcze mieli jakieś, całe oczy...

Logiki oczekiwał od ludzi nazywanych lekarzami. Ci, najpotrzebniejsi z zawodów, jakie wykonuje człowiek, wbrew logice walczyli z przypadkami, w których decydowała wola pacjenta. Jeżeli chciał walczyć, dołączyć do ludzi walczących po jego stronie, to wygrywał. Na ogół.

Jeżeli uważał, że przegra bez walki, to przegrywał. To, wydawało by się jak dwa plus dwa w przypadku pana Henryka, było na zasadzie... No i czego jeszcze mogę oczekiwać w życiu. W zawodowym niczego, wnuki? Mając córkę, dla której dzieci są na dalekim planie i przyszłego szwagra, który wybrał zajęcie zachęcające najgorszy element, nie bardzo pomagał lekarzom.

-Ojciec odpływa... Bysio, musimy coś wymyślić!

-Powiedz mu, że jesteś w ciąży...

-Zwariowałeś?! No i co... Zgubiłam jak klucze od domu dzieci gubią w piaskownicy...

-Tak. To niewypał. To może powiemy, że bierzemy ślub?

To powinno zachęcić go, żeby wstał za szpitalnego łóżka. To był doskonały pomysł i pan Henryk wstał. Słabiutko, ale wstał.

-No widzi pan! Jeszcze pan doczeka wielu starych lat!

-Starości? Tego mi nie życzcie...

-Dlaczego? To jest naturalna kolej życia. Nie rozumiem...

-Panie Leszku... Tak zwany starczy wiek niesie wiele nieciekawych numerów.

-Mnie się też takie zdarzają...

-Niech pan posłucha...

Emerytowany generał Legii Cudzoziemskiej odwiedza tereny swojej dawnej pracy. Jest w jednym z garnizonów. Przemawia... Ciągle ma silny głos.

Żołnierze... Gdy byłem taki młody jak wy, to właśnie tutaj polowałem na lwy. Skacze na mnie ogromny lew. Podnoszę strzelbę, zacięła się... Zesrałem się. Konsternacja... Ale adiutanci, przydupasy różne, śpieszą z pocieszeniami.

-Panie generale. W takiej sytuacji każdy by się zesrał...

-Tak, tak... Ale ja teraz zesrałem się...

Jak pan widzi, w pewnym wieku nazywanym starością nie jest jak w dawnej piosence, że „wesołe jest życie staruszka, wesołe jak piosnka jest ta”...


Bysio nie wiedział, że można aż tak płakać. Śmierć matki, choć aż nie była niespodzianką, ale nadpełzała powoli, z każdym, coraz mniej sprawnym krokiem, potem z chodzikiem, a potem prawie wcale, uderzyła tak, że chyba cała Wola słyszała ten płacz...

Oczywiście o obiecanym panu Henrykowi ślubie na razie nie mogło być mowy. Do tego Cacuś złamał nogę, co i tak było sukcesem, jako że już dawno lekarze wydali wyrok na jego kości. Albo pan, panie Piotrze, załapie się za sport, a najlepiej siłowy, albo łykać kilogramy budujące wapno i na gęstość tkanki kostnej.

Kolejny kłopot. Znajoma Hanki skarżyła się, że sąsiad zabija koty. Prawdą było, że to nie jego koty, ale również prawdą było, że przy życiu utrzymywała je znajoma Hanki. Narażała się nie tylko sąsiadowi, a był to typ ponury. Koty, zwierzaki milusińskie, ale gdy niewykastrowane i sikają zachęcająco do kocic, to nawet Święty Franciszek zatyka nos, a wiadomo, jak kocha zwierzęta...

Pomijając wydatki na karmę, to spora część kociego Muranowa wiedziała o kumpelce Hanki, to był problem, sąsiedzki.

Z sąsiadami znajoma jakoś układała się bezkonfliktowo, ale groźby ponurego sąsiada, że jej, co było określeniem najdelikatniejszym – nogi z dupy powyrywa, musiała brać poważnie. Mieszkała sama i ważyła może ze pięćdziesiąt plus, co przy stu kilach sąsiada dobrze nie wróżyło.

Zwykle takie sprawy załatwiali razem. Cacuś jako przykrywka i zachęta do nakopania facetom, co pchają się nieproszeni nie do swoich spraw i Bysio, zawsze mocno zgarbiony i coraz wprawniej pociągający prawą nogą. Ot, paru nijakich, co z gadką o miłosierdziu dopraszają się mordobicia.

Zachowując „przebierankę na kulawego garbusa” Bysio zapytał ponurego sąsiada, gdzie tu można jakiegoś kociaka do domu.

-Ty garbusie. Nie masz innych potrzeb. Kociaka? Dam ci kurwa, stówę, pod Mariotem dołożysz swoje dwie i kociak mózg ci przeczyści tak, że się wyprostujesz. Może nie na plecach, ale w rozporku...

-Ja poważnie... Chciałbym jakiegoś kotka, a panienki, nie bardzo mogę...

-Wydusiłem to paskudztwo, może ta z parteru ci pomoże, zanim i ją rozduszę. Cały blok zasrywa.

-Ani jeden nie został, dla mnie?

-Jak ci strzelę z liścia w ucho, to odzyskasz słuch! Przecież powiedziałem, że wydusiłem. Bić cię nie będę, bo garbatych nie biję, ale z liścia dam... No! Wypierdalaj!

Zamachnął się. Bysio złapał rękę, przekręcił w stawie barkowym i pomógł gigantowi przekoziołkować z piętra na pół piętro. Schodów niby nie dużo, bo tylko dziesięć, ale morderca kotów nie podnosił się. Tak zostawić go nie mogę, bo nawet nie wie, dlaczego potrafi tak szybko pokonywać schody... Musi usłyszeć.

-No... Wygodnie ci, będziesz tak spał?

Bysio poprawił kopniakiem w pysk.

Koci morderca zakrztusił się, plunął krwią i zupełnie przytomnie zapytał...

-Kto ty jesteś? Kiedyś pół Pragi rozpierdoliłem i pamiętają mnie do dziś, ale żeby taki garbus tak mnie załatwił. Wiszę ci coś? Kurwa! W prochach nie robię od trzech lat i wszystko pospłacałem. Co jest grane! Żeby tak do spokojnego człowieka i zaraz za schodów?!

-Jak z pamięcią?

-Ochujałeś? Z jaką pamięcią?

-Twoja. Służy ci? No! Jeszcze raz w ryja?!

-Pamięć? Mam dobrą. O co ci chodzi...

-O koty.

-Co ty? Koty? Jakieś pedalstwo mi zakładasz? Ożeniłeś się z tą z parteru, czy co?

-Koleś. Sprawa prosta i krótka piłka. Jeżeli jeszcze raz dotkniesz, kumasz, tylko dotkniesz kota, to ci łapy powyrywam. Żaden ortopeda ci nie pomoże, bo nie będzie miał do czego doczepić. Jestem z Opieki Społecznej od kotów. Że nie ma takiej? Zgoda. Nie ma, ale od dziś już jest. No, powtórz!

-Co mam powtórzyć? O kurwa, jak mnie głowa boli! Chyba coś uszkodziłem.

-Sporo zostało, aby poprawić. No, powtarzasz?!

-Ale co! Panie, pan chyba zwariował! Co mam kurwa powtarzać?!

-A co powiedziałem, co cię czeka, gdy dotkniesz kota. No, słucham...

Ponieważ rozmowa toczyła się na pół piętra pierwszego, więc kilka osób chciało przejść do swoich mieszkań.

-Przepraszam państwa, ale temu panu zrobiło się słabo i ja go reanimuję. Znamy się od dziecka. On miewa takie napady... Że pogotowie? Może pani wezwać, ale kolega już lepiej się czuję, prawda?

-Tak, tak, spokojnie, już mi lepiej. Dziękuję. Zdzwonimy się...

Kocia rodzina w tej części Muranów znowu żyła w pełnym szczęściu. Może rzeczywiście, gdy pan Henryk dojdzie do normy, to powinien iść dalej z pomysłem ustawy o wychowaniu biciem. Jest w stu procentach skuteczne i nie kosztuje społeczeństwo ani grosza.

Czy więc pełny sukces? Nawet, gdy tylko przysłowiowa kropla w morzu zła. A czyż nie mówi się, że kropla drąży skałę?...

Dlaczego więc właśnie w tym czasie śmierć zabrała mu coś, bo nie kogoś, ale właśnie coś, co miał tylko dla siebie, co było wszystkim, co tak naprawdę miał, bo tym była Matka...

Dochodząc do domu poczuł, że „siadły mu nogi”, że nie idzie, ale ciągnie je za sobą.

Schody... Wciągał się, trzymając poręczy. Resztką sił otworzył drzwi, ale nie doszedł do łóżka. Upadł.

Tak zastała go Hanka.

Lekarz w pogotowiu, kardiolog miał dziwną minę...

-Pani narzeczony miał wszystkie, książkowe objawy zawału. Niestety, dziś uderza on coraz młodszych, ale, zrobiliśmy wszystkie badania, koronografię, dosłownie wszystkie i zero uszkodzeń serca, a każdy zawał, nawet najmniejszy, pozostawia jakieś zniszczenia. Ten pan ma ciśnienie zdrowego nastolatka, a puls atlety wyczynowca. Nic nie rozumiem... Czy może przeżył jakiś szok?

-Umarła mu matka...

-Oby to było jedyne wytłumaczenie...

-Panie doktorze. Dla mnie najważniejszym jest, że Leszek jest zdrowy, że nic mu nie grozi. Może medycyna ma jeszcze wiele tajemnic, może to jedna z nich.

-Szafirowa królowo...

-No! Czyli czujesz się normalnie... Ale numer odstawiłeś...

-Wierzysz w sny?

-O szczęściu? Tak.

-Ostatniej nocy śniłem, że, tylko się nie śmiej... Że Piesio miał skrzydła... Ale to nie wszystko. Leżałem i nie mogłem się ruszyć, a on pochylił się, podniósł i włożył na siebie. Machnął parę razy skrzydłami i polecieliśmy w coś, co było tak niebieskie jak twój pierścionek, ale to nie było niebo...

To było ciepłe, miękkie, zupełnie, jakby przytulała mnie mama, gdy dopiero raczkowałem po podłodze. Było mi dobrze tak dobrze, że nie wyciągając ręki mogłem dotykać ciebie i co dziwniejsze... Piesia, który już bez skrzydeł stał obok i lizał mi ręce...

Czy nie dziwny sen?

-Słowo dziwne pasuje najbardziej do snów. Kiedyś był taki cwaniak udający znawcę snów. Nazywał się Sigmunt Froyd. Nawet tworzył teorie snów. Był autorytetem dla milionów wyznawców tych teorii. Wiesz, co się stało? Jeszcze dobrze nie ostygł po śmierci, gdy jego najbliżsi uczniowie i asystenci ogłosili, że owszem „miał ciekawe pomysły, ale jego teorie nie mają żadnego uzasadnienia i wartości...”

-Nie powiem, przyjemniaczki. Tak o swoim mistrzu.

-Mój ojciec uważa, że najpierw musimy umrzeć, a dopiero potem dowiedzieć się, co to są sny.

-Twój ojciec jest mądrym człowiekiem, tylko dlaczego dał się zwariować tej rudej i zgodzić na romantyczną randkę na mrozie...

-Bysio... Bysio... Tak z ręką na sercu... Ile panienek motałeś na mrozie. Pamiętasz? Wtedy też było zimno, ale ja nie czułam...

Mam sygnały od Cacusia, że już jest lepiej. Jutro jedziemy do niego. Aha, bym zapomniała, ta kumpelka karmiąca koty Muranowa powiedziała, że ponury sąsiad przyniósł siedem czerwonych róż. Była bliska ataku serca. Widziałam faceta... Wcale nie ponurak, a Mirka obok wyglądała na bardzo szczęśliwą... Bysio... Masz cudowny, bo inaczej nie mogę nazwać, cudowny dotyk...

-Kiedyś usłyszałem, że dobre sprawy rodzą się w bólu. Tego nie wiem, ale co to jest ból wiem. Ten od róż też wie...

-Pomyślałeś o ślubie?

-Nie teraz, nawet nie chodzi o okres żałoby. Po prostu tak czuję. Zdążymy, ważne, że twój ojciec wie, że będzie.

A Piesio nie potrzebował skrzydeł, aby latać wyskok w psiej hierarchii Żoliborza. Nie żeby z powodu agresji, o nie. Przeciwnie, największe psy, rottweilery, dobermany i jeszcze większe mastify (a były wyjątkiem na skale Polski) z agresywnymi zamiarami, zjeżone, „na sztywnych łapach” podchodziły do Piesia, a on nic, stał, nawet nie ruszył ogonem, tylko stał. Nie pokazywał zębów, nie jeżył grzbietu. Stał. Wystarczyło. Coś musiało być, że psy „miękły”, jakby kurczyły się w sobie i odchodziły. Może czuły, że jeden ścisk szczęk pitbula to imadło, z którego nie ma wyjścia chyba że tam, gdzie psy mają swoje niebo lub piekło...

Był jedynym pitbulem. Czy gdyby nie był jedynym? Bysio wolał nie gdybać. Jeden z ochroniarzy, kiedyś pracujący w policji z psami powiedział Bysiowi, że nie rasa, nie rodzaj psa, ale wychowanie robi z psa albo zabójcę albo pieska na kanapę.

Przekleństwem w rodowodzie Piesia było to, że nacisk jego szczęk był dwa razy większy niż u wilczura lub rottweilera, ale to nie wszystko, bo był pozbawiony uczucia bólu i gdy przyuczony do walki, to walczył okaleczony, nieomal pozbawiony krwi.

Były glina sporo wiedział o walkach psów, a przyszły do Polski ze Stanów Zjednoczonych, gdzie głównie, choć nie tylko, w meksykańskich dzielnicach były źródłem dochodu dla zwyrodnialców. Jednak to nie Stany zapoczątkowały takie walki. Haiti, Santo Domingo były pierwszymi krajami, gdzie walki psów i kogutów były narodowym „sportem” chorych umysłów.

„Pałeczkę” przejął Meksyk, a następnie Stany Zjednoczone. Jak wszystko w Ameryce, tak i pitbule musiały być największe. Podobno w Kalifornii, w mieście San Bernardino, hodowano tak zwane „ pitbule na sterydach”. W rzeczywistości, to nie sterydy, ale drogą odpowiednich krzyżówek, głównie w bulmastifami w wyhodowano pitbule ważące 80 kilo. Nie nadawały się do walk, ale zaspakajały ambicje właścicieli, dla których samochód musiał być najdroższy, a ciężarówka największa. Najbardziej niebezpieczne do walk były pitbule regularnego wzrostu i wagi samców nie przekraczającej 50 kilo. Takie były najszybsze, najzwinniejsze. Ten glina był encyklopedią wiadomości o tych psach. Kiedyś miał dwa. Samca i suczkę, ale nosówka zabrał oba.

Opowiadał Bysiowi, że w Stanach, a słynął z tego Teksas, pitbule zestawiane są z największymi psami, takimi jak Akita. Psy nie miały szans... Jako fakt było zestawienie rysia z pitbulem. Ryś, samiec, wyjątkowo duży, wagi ponad 40 kilo obdarł psa ze skóry do gołych żeber. Wykrwawił, aż pitbulowi udało się chwycić rysia za głowę. Ohydny odgłos jak przełamanego drewna. Pitbul zmiażdżył rysiowi czaszkę... Przeżył i „wylizał” się z tej walki.

Nie tylko dla zoologów wiadomym jest, że nawet największy wilk nie zaryzykuję walki z rysiem. Zresztą, jak wszystkie dzikie zwierzęta mięsożerne, unikają walki nawet z pozornie słabszymi nie chcąc ryzykować ran, które w naturze mogą skończyć się śmiercią nawet, gdy jedynie powierzchowne. Mięsożerne zwierzę zabija, aby zjeść, nie aby walczyć dla samej walki. Od takiej „przyjemności” są ludzie...

Ten policjant miał nie tylko teoretyczną wiedzę o zachowaniu psów. Był kilkakrotnie wysyłany do Stanów Zjednoczonych na szkolenie psów policyjnych w tak zwanych K-9 Units.

Samotny, bez rodziny był jednym z najlepszych pracowników Bysia. Śmierć matki przyniosła myśli, o których istnieniu Bysio nie miał pojęcia. Samo słowo Matka nabrało nowego znaczenia. Matka była wszystkim, co naprawdę miał prawdziwie, tylko dla siebie. Gdy padał, gdy ginął w początkach życia tak czarnego, jak podwórko, gdzie się wychował, matka była tą siłą, która pozwalał iść do przodu. Nie musiał wierzyć w Boga, by wiedzieć, czuć, że to matka jest prawdziwą świętością...

Teraz prosił los, by nie zetknął go z następnym zwyrodnialcem bijącym matkę jego dzieci. Wiedział, że tym razem może nie skończyć na połamaniu palców i rąk, że może zabić... Jeżeli państwo jako organ prawny nie potrafi eliminować takiego zwyrodnialstwa, to ktoś musi.

Rozsmakowani, pewni bezkarności oprawcy znęcający się nad żoną, nad dziećmi są jak nałogowcy. Nie psycholog, nie żadne kursy, ale terapia odwykowa, jaką stosował Bysio, skutecznie eliminowała takie zwyrodnienia. Ironią prawa było, że robiąc to, stawał się przestępcą.

Ojciec Hanki opowiadał o przypadku pewnego pedofila. Postawiony przed sądem słuchał o swoim haniebnym zachowaniu. Zapytany, czy ma coś do powiedzenia, odpowiedział... Proszę wysokiego sądu, jak tak lubię to robić...

Oczywiście przydzielono mu psychologa i tak zwany zespół wychowawczy, bo takie było prawo dla tych, którzy łamali je z przyjemnością i nie wstydzili się o tym mówić.

Do tej pory Bysio nie zetknął się z pedofilem lubującym się stosować swoje przyjemności wobec rodziny. Ale, co by zrobił, spotykając kogoś takiego? Tamten przypadek, gdy ojciec interesował się majtkami swojej dziesięcioletniej córki nie posunął się dalej i wizyta, tak ją nazwijmy, Bysia skutecznie pomogła.

Nie mógł odmówić, gdy ojciec Hanki zapraszał go na długie rozmowy. Przecież któregoś dnia ten człowiek stanie się rodziną, jedyną, jaką Bysio będzie miał. A czyż pan Henryk nie czuł tak samo? Tak, miał córkę, ale Hanka właśnie postanowiła podwyższyć stopnie zawodowe, rozpoczynając studia doktoranckie.

Bysio był cierpliwym słuchaczem, a jego wręcz dziecinne pytania były czymś odświeżającym dla pana Henryka.

-Co to jest naprawdę ten trybunał Konstytucyjny, o którym tyle słyszę, gdy przypadkowo zdecyduję się popatrzeć w telewizję. Co ja z niego mam?... Co rozmawiam o tym z moimi znajomymi, to słyszę, że gówno ich to obchodzi i gówno dotyczy, ale kasa i to duża na to idzie... Jak to jest?

-Leszku... Ani konstytucja, ani Trybunał Konstytucyjny tak naprawdę, na co dzień mogą nie obchodzić obywatela. Nie ułatwiają mu, gdy coś załatwia w urzędzie, nie dają więcej do wózka z zakupami. To prawda.

-A chociaż pomagają, aby nie było wyroków w zawieszeniu, gdy jakiś skurwiel pastwi się nad czymś i kimś bezbronnym, słabszym?

-Też nie... Rozumiem, że to jest trudne do wytłumaczenia.

-Jeżeli takie trudne, to po cholerę w ogóle jest?

-Jest podstawą naszego domu... Naszym domem jest Polska.

Było to bardzo chytre zakończenia pytania. Bo skoro coś jest potrzebne dla Polski? Coś, o czym nie ma pojęcia większość Polaków? Może więc musi być i tyle.

Naprawdę był potrzebny dobry rehabilitant dla Cacusia. Kolega Hanki był po odpowiednich studiach i zgodził się prywatnie pomagać Cacusiowi. Nie miał łatwo, o nie...

Hanka i Bysio usłyszeli, że najgorszymi pacjentami poza lekarzami, którzy w ogóle nie są zdolni do rehabilitacji, jako że i tak wiedzą lepiej... Są faceci w wieku Cacusia i bardzo wykształceni. Jedynie jeszcze gorszymi pacjentami są silni faceci, którzy nigdy nie przegrali, czyli normalnie mówiąc, nigdy nie dostali w dupę...

Najlepsi pacjenci? Starsze panie „pod siedemdziesiątkę”. Biorą każdą uwagę na wagę złota. Posłusznie, cierpliwie, najszybciej dochodzą do pełnej sprawności.

Początkowo Bysio lekceważył takie uwagi, ale kiedyś Hanka zapytała...

Masz złamanie, takie skomplikowane nogi, czy potrafisz cierpliwie czekać i słuchać?

Aha... Tak to jest, gdy dotyka nas. Może dlatego ludzie mówią takie mądrości jak... Bardzo ci współczuję, rozumiem... A gówno prawda z tym rozumiem, bo cudzy brzuch nas nie boli...

 


-Bysio... Do dłuższego czasu chcę ci coś powiedzieć...

-Że będę tatusiem?

-Ni nie, wy, faceci, tylko tego się boicie. Spokojnie, nic z tych spraw. Boję się, bo ty się podpalisz i obaj, ty i Piotrek, zginiecie.

-Ooo. Już się podpaliłem...

-Nie żartuj. To nie tylko poważne, ale bardzo niebezpieczne.

-Zaraz się spalę... Z ciekawości.

-Chodzi o kłusownictwo. Posłuchaj...

-A co robię? Powiesz wreszcie coś konkretnego?

-Zacznę od tego, że rozmawiałam z ojcem. Jak to wygląda od strony prawa. Ojciec powiedział, że sądy najczęściej umarzają ze względu na małą szkodliwość społeczną czynu. Bywa, że sprawca otrzyma grzywnę. Im rzadszy gatunek zwierzęcia, tym większa. Za zająca przykładowo 2 złote, za jelenia dziesięć.

-Dwa złote?!

-Przecież powiedziałam, że przykładowo. A jeżeli wyrok pozbawienia wolności, to zawsze w zawieszeniu i góra dwa lata.

To już, jak mi zrobiłaś wykład, to może powiesz, o co chodzi?

-Bratanica koleżanki, szczylówa wraz z koleżankami, harcerkami, poszła do lasu. Też tak chodziłam. Znalazły konającą sarnę we wnykach. W takich pętlach.

-Wiem, co to są wnyki. Co dalej.

-Chciały pomóc zwierzęciu, ale umarło... Nie wiedziały, co zrobić. Druhna drużynowa zatelefonowała do glin. Zanim policja przyjechała, to zjawił się facet z daleka śmierdzący wódą. Dziewczyny miały gaz pieprzowy w razie, gdyby jakiś zbok, no wiesz... Ale on do panienek kurwami i żeby wypierdalały, zanim im nakopie. Kawał byka, a dziewczynki z piątej podstawowej. Nie mogły patrzeć, jak wyciągał sarnę. Zarzucił na plecy i znikł. Po chwili usłyszały samochód i cisza...

-A policja?

-Nie doczekały się.

-Facet miał broń?

-Tak. Dlatego powiedziałam, że sprawa jest również niebezpieczna.

-Zgadza się. Tak szczerze... Nie wiem, co ci powiedzieć. Dzieciaki przeżyły szok. Pewno pierwszy raz widziały śmierć nie w telewizorze. Do tego sarna... A jeszcze do tego, to gościu nie jest sam. Ma kumpli i żyją z tego. Policja? Tadeusz kiedyś powiedział, że wiejski posterunkowy, to często policjant z nazwy. Że tam wszyscy, to jedna paczka. Jasne, że nie można uogólniać.

-No... Ulżyło mi. Musiałam ci powiedzieć.

-Jasna sprawa... Tobie lżej, więc teraz dźwigam ja.

-A komu miałam powiedzieć? Księdzu?...

-No, niby tak. O kurde... Sam nie wiem. Czy dzieciaki zapamiętały, gdzie dokładnie to było. Jakąś nazwę wsi, no wiesz.

-Mam nadzieję, że druhna zapamiętała, studentka.

-Powiem tak... Niech koleżanka ustali parametry, może uda się rysopis kłusownika. Był z nimi dłuższy czas.

-Mam dobre wajby...

-Co masz?

-Druhna studiuje psychologię. Właściwie, to już pani magister, bo za rok.

-Daj ją tu.

-Pod warunkiem, że nie powiesz, co chcesz zrobić!

-Bo nic nie chcę. Na razie. Ale pogadać trzeba, nie?

-No tak.

Prawie pani psycholożka dokładnie opisała kłusownika. Lekko utyka na lewą nogę, ale to nic przy tym, że na lewym przedramieniu ma tatuaż bardzo cycatej panienki. W kolorze...

To nie wszystko, bo pani psycholożka gotowa była „iść na akcję”...

-Niby na jaką akcję?

-No wie pan...

-Coś trzeba z nim zrobić...

-Jako psycholog nie myśli pani o pobiciu?

-Oczywiście, że nie! Tak mi się powiedziało. Zresztą kto by to zrobił. On jest o głowę wyższy od pana i waży chyba ze sto kilo. Tą sarnę zarzucił na plecy, jakby nic nie ważyła. Ile sarna może ważyć?

-Nie ważyłem, ale lekka nie jest. Dała pani znać władzom?

-Oczywiście! Pan sierżant zapisał i obiecał, że coś zrobi.

-Nie powiedział, że pod siebie?

-Słucham?...

-Nic takiego. Dziękuje pani. Tak, to bardzo smutna sprawa.

-Musiałam się z kimś podzielić, poza policją.

To by koniec tej sprawy. Tak Bysio obiecał Hance. Nawet nic nie powiedział Cacusiowi. Jeżeli już, to Tadeuszowi, bo co, glina to glina. Ale niby co... Ładować się w sam środek wiejskiej społeczności, gdzie każdy mówi – na zdrowie, gdy ktoś kichnie... Obca twarz zaraz wyskakuje, nie pasuje. Jak Polska długa i szeroka, kłusownictwo, pomimo coraz sprawniejszej Straży Leśnej, kwitnie od lat, a każdy wie, że dziczyzna to rarytas, tylko nikt nie zapyta, skąd i jak.

Oczywiście, że są legalni myśliwi i tylko oni „wiedzą”, dlaczego mają znak krzyża w herbacie, a za patrona Świętego Huberta. Mordowanie mieszkańców lasu, to nie tylko polska tradycja, a zaczyna się tak pięknie i melodyjnie...


...”Pojedziemy na łów

na łów

towarzyszu mój”...


Rzecz w tym, że trzeba było być towarzyszem, partyjnym, oczywiście by mieć pozwolenie na broń... Ale to już inna sprawa. Nie inna, ale ważniejsza, że myśliwska społeczność wiedziała, kto jest kto... Bysio mógł nie informacje otrzymać, ale porcję ołowiu. Kiedyś, gdy co prawda krótko, ale wylewał pot na siłowni, spotkał mądrego faceta. Starszy i ostatnio z dużo młodszą panienką, na boku, oczywiście, dlatego gubił wagę. Powiedział, że nawet najsilniejszy człowiek świata, taki, co bez trudu w martwym ciągu podnosi 400 kilo, nie przeniesie na drugą stronę ulicy kilka gram ołowiu...

-Że niby ołów taki ciężki? Każdy to wie.

-Nie, panie Leszku. Nie przeniesie, gdy dostanie taki ołów z lufy i ma go w sobie...

Bysio dobrze to zapamiętał.

Oczywiście, że nie można odpuścić kłusownikowi. Mniej oczywistym jest, jak to zrobić. Facet ma broń. Być może jest myśliwym i dorabia kłusownictwem. Etyka, kodeks moralny? To jest gówno przy cenach dziczyzny w drogich restauracjach, a i sobie samemu dobrze jest wypełnić chłodnię, prawda? Prawdą jest też fakt, że skoro jest myśliwym, to nie on jeden może popełnić błąd postrzelenia lub zastrzelenia, zdarza się to tam, gdzie jest las i są myśliwi...

Kiedyś nie było bractwa Świętego Huberta, bo były rysie, wilki, niedźwiedzie i to one dbały o kondycję lasu, czyli swego prawowitego domu. Ale czyż nie po to człowiek stworzył cywilizację, aby wymordować zwierzęta?

Taak... Bysio, masz myślówkę. Nic nie obiecałeś Hance. Poradzić się Cacusia? Ostatecznie, jeżeli zdecyduję się, to i tak musi powiedzieć przyjacielowi. A niech tam...

-Bysio. Ja w to nie wchodzę.

-Tak z mety?

-Nie z mety, ale ze startu, a nie startuję.

Mam realne szanse na Krzemową Dolinę w Kalifornii. Jestem już po pierwszych rozmowach. Aśka? Ona poleciała by już wczoraj...

-Sam nie dam rady.

-Niby dlaczego? Nigdy nie pomagałem ci w biciu, chociaż bardzo chciałem...

-Cacuś, nikt za kółkiem nie jest tak dobry jak ty.

-Pod siusiu braliśmy się jako szczyle.

-Nie podpuszczam cię, co fakt, to fakt. Kiedyś ojciec Hanki powiedział, że dla towarzystwa Cygan dał się powiesić...

-To jest ni go w dupę, ni go w oko. Musisz odpuścić.

-Kilka dzieciaków do dziś moczy majtki na wspomnienie tamtej sceny.

-Powiedziałeś, że ich druhna, to psycholożka. Mają opiekę...

-Żebyś widział, jak się paliła do napierdolenia temu gościowi. Może psychologia uczy innych metod, ale ona, gdyby mogła, to by mu patrzałki wydrapała. Wyobrażasz sobie, co dzieciaki czuły, widząc, jak sarna krwawi z pyszczka, gdy ten skurwiel zarzucił ją na plecy. Ja widziałam sporo krwi z moją włącznie, ale dziesięcioletnie dziewczynki patrzą na coś takiego inaczej, jakby przez powiększające szkło.

-Nie złamiesz mnie...

-Jasne. Krzemowa Dolina... Kalifornia... Aśka pewno już kupuje letnie ciuchy...

-No... Niby jest sposób. Czaruś jest lepszy w pisaniu scenariuszy, bo to zaczyna, wyglądając jak coś na ekran...

-To znaczy, że widzisz światełko?!

-To znaczy, że rozmawiamy.

-A co ty na to, żeby tak jak ten skurwiel robi zasadzki na sarny, to my też zasadzimy się na niego. Wtedy była niedziela. Założę się, że gościu pracuje i robi to albo w sobotę, albo w niedzielę.

-Jest głupi, jeżeli tak robi.

-Dlaczego?

-Bo w lesie najwięcej ludzi, dzieciaków, no, w ogóle.

-Ale jeżeli pracuje, to nie ma wyboru. Ja to widzę tak:

Zaparkujemy w pobliżu. Najlepiej w nocy z piątku na sobotę. Trzeba będzie całą sobotę? Zaczekamy. On piechotą nie chodzi, a do lasu jest jeden wjazd od szosy.

-Nie zawsze.

-Zgoda. Musimy zaryzykować na jakiś. Stawiam, że facet ma rutynę. Nic z tego? Jedziemy z soboty na niedzielę. Nawet, gdy zobaczy naszą brykę, to pomyśli, że jakaś tirówka dupodajka. On tam się czuje jak u siebie. Dobrze mówię?

-Chwilowo tak.

-A kto tu się śpieszy... Tamto zdarzyło się miesiąc temu. Taka sarna wystarczy na długo. Chyba, że podzielił się z kumplami. Oni robią tak samo, więc spoko. Kiedy ta Kalifornia.

-Jeżeli, to od przyszłego roku. Ale... Mam tam robić za Bóg zapłać... Jasne, że dziadźki, to nie wszystko, ale pamiętam, jak babcia podśpiewywała...


...”Pieniądze szczęścia nie dają

być może

lecz kufereczek stóweczek

daj Boże”...


A konkretnie, to właśnie za rok mam mieć szefostwo w produkcyjnej branży. Po przeliczeniu to więcej niż tamte „Bóg zapłać i łaska pańska, amerykańska”.

-Aśka ci nie daruje...

Bysio nie wytrzymał i zarządził akcję, kryptonim: „Kłusownik”.

Tak ja zaplanowali, zaparkowali samochód w sporej odległości do wjazdowej drogi do lasu. Nie czekali długo... Mała ciężarówka z odkrytą budą, nie śpiesząc się, wynurzyła się spoza drzew. Teraz!

Podbiegli, wymachując rękami. Ciężarówka wyhamowała.

-Panowie, panowie... Nie możemy odpalić naszej bryki...

-Rozumiem, ale nie jesteśmy pomocą drogowa. Paru dorosłych facetów i nie wie, jak to zrobić?

Cacuś głową pokazał na Bysia.

-Kolega jest chory na głowę...

-Aha, rozumiem, ale nic nie poradzę.

Kierowca chciał wejść do szoferki, gdy Bysio krzyknął...

-Cacuś! Pokaż czego cię nauczyłem!

Z lekkiego odchylenia Cacuś kopnął faceta w kolano. Ryk bólu i kopnięty zwijał się na ziemi. Bysio już miał w swoim „imadle” drugiego faceta. Nie mogło być pomyłki. Duża sarna była widoczna zajmując większą część budy.

Pięknym, czerwonym tatuażem pyszniła się mocno cycata panienka na przedramieniu kłusownika.

-Mam coś z głową. Kolega nie kłamał. Wyciągaj łapy przed siebie.

Zanim kłusownik zareagował, Bysio już rozbijał mu ręce kluczem francuskim.

-Teraz nóżki... No, pokaż kolanka...

Wrzucili nieprzytomnych... Teraz sarny nie były same...

-To był pierwszy i ostatni raz. Widziałeś, jaki mieli arsenał? Tadeusz twierdzi, że dubeltówka na gruby śrut robi więcej szkody niż kulka z Kałasza. Ta albo rani, albo zabija. Śrut? Robi z ciebie hamburgera. Ani Aśka, ani tamta psychologiczka nic o naszej akcji nie wiedzą!

-Dlaczego? Ja się nie wstydzę, a dziękuję za lekcje. Facet padł jak pocięty. Myślisz, że go zraniłem?

-Nie, Piotruś, tylko podbrandzlowałeś... Z tego, jak krzyczał, to myślę, że ma kolano do wymiany. Brawo!

-To jest gorsze od uderzenia.

-Lepsze, Piotruś, lepsze. Jest, jak kopnięcie konia. Zwijamy się. W międzyczasie przejechało kilka samochodów w każdą stronę. Żaden nie zwolnił. Niesamowite, jak ludzie nie chcą być świadkami, a przecież widzieli leżącego obok ciężarówki.

-Cacuś, nie uratujemy wszystkich zwierząt od wnyków i kul kłusowników, ale rację ma ojciec Hanki, gdy mówi, że jeden dobry uczynek może być jak kropla wody na skałę.

-Tego nie wiem, ale kopanie bardzo mi się podoba.