Start arrow Wiersze arrow "Patrol Sprawiedliwości" cz.7
"Patrol Sprawiedliwości" cz.7
Oceny: / 1
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
17.03.2019.

KROK DALEJ...


Odezwał się Czaruś. Prze szczęśliwy. Jasne, że praca za kółkiem w Warszawie, to nie wakacje w Bździnie Dolnym, ale codziennie ma nowy materiał do książki. Chyba tylko kelner poznaje ludzi bardziej niż taksówkarz...

Tymczasem spotkania w domu Hanki stały się rutyną. Hanka uważała, że ojciec po prostu chce się wygadać do kogoś innego, niż do klienta, a ma i Bysia i Cacusia.

-Panie Piotrze. Nie mówię, że pan wróży z gwiazd jak Cyganka z ręki, ale czy człowiek kiedyś naprawdę poleci w prawdziwy kosmos? Niedawno telewizja pokazywała zdjęcie, które zrobił teleskop Hubbla, tak, tego samego astronoma, który wytłumaczył Einsteinowi, że ziemia się kręci. To było piękniejsze od kalejdoskopu, te odległe plejady, galaktyki...Mamy szansę to zobaczyć bez teleskopu, tak jak teraz depczemy po księżycu?

-Odpowiedź jest – nigdy i wcale.

-Ale dlaczego... Przecież mamy coraz mocniejsze rakiety, a ludzie potrafią nawet osiem godzin być poza stacją międzyplanetarną i coś reperować.

No i tak zostanie. Panie Henryku. Aby oderwać się od naszego układu słonecznego, który naiwnie nazwane kosmosem...

-Zaraz, zaraz... Dlaczego nazywasz to – naiwnie?

-Asiu, jak myślisz, jak daleko jest każda stacja międzyplanetarna od Ziemi. To znaczy jak wysoko.

-Tysiące kilometrów, każde dziecko to wie. Przecież to się nazywa – międzyplanetarne, czyż nie?

-Tak się nazywa i tyle. Między Ziemią, a każdą stacją międzyplanetarną jest daleko jak z Warszawy do Gdańska...

-Niemożliwe!

-Właściwe słowo... Niemożliwym będzie doskoczyć dalej. Do tego potrzebne nie są super nowe rakiety, ale osiągnięcie szybkości równej szybkości światła. Szybkość dzisiejszych pojazdów, tak zwanych kosmicznych? Bez zanudzania was cyframi jest jak szybkość roweru od właśnie takiej rakiety.

Nie ma, nie było, i nie będzie większego marnotrawstwa pieniędzy, niż tak zwany program kosmiczny. Podparty cwaniakami, reklamami i podpuszczeniem ludzi, że kiedyś jak taksówką polecą oglądać Ziemię z Kosmosu, a w rzeczywistości tak jakby samolotem lecieli trzy razy wyżej. Ludzkość topi miliardy miliardów w coś, co nawet nie potrafi przepowiedzieć dokładnie gdzie i kiedy uderzy jakiś huragan...

Naprawdę, szkoda śliny na dalsze rozwijanie tematu.

-Nie wolno tak odbierać nadziei...

-Na co? Na następnych kilka kilo próbek z Księżyca, czy nawet z Marsa, bo może zawierają coś cennego?

-Właśnie...

-Właśnie co. Co jest na Ziemi, w Ziemi bardzo cenne. Bo to, że ropa naftowa i gaz, to wie każde dziecko. Więc co? Co jest tak rzadko spotykane? Rubiny, których jest coraz mniej, platyna? Nawet, jeżeli próbki będą zawierały obecność tych minerałów, to co, no co. Transport na Ziemię? Tylko pomyślcie. Ile tego może przewieść statek kosmiczny? Tonę ropy naftowej? Kilka kilo złota czy platyny. Cena czegoś takiego pomnożone przez koszta budowy rakiet będą naprawdę kosmiczne i zero opłacalne. Panie Henryku... Od dnia, gdy von Braun, bo to on, nie Einstein dał początek programowi, tak zwanemu kosmicznemu, upłynęło ile lat? Sześćdziesiąt? I co? I nasze rakietki kręcą się dokładnie na tej samej wysokości.

-Może Piotruś ma rację. Za taką kasę dawno można by było zlikwidować raka i HIV-a...

-Zlikwidować głód na Ziemi.

-O nie! Tylko nie głód. Taka likwidacja zacznie błędne koło... Syci ludzie rozmnożą się szybciej, a kto i czym ich wykarmi? Już teraz naukowcy próbują zastąpić mięso ze zwierząt robakami, owadami. Piękne. A te, to co, niewyczerpalne?...

-Nie chcę powiedzieć, że wdepliśmy, jak by się nie wyrazić, ale wdepliśmy...

-Bysio ma rację. Obyśmy dali radę wyciągnąć nogi z tego...

-Czy to prawda, że gdy patrzymy na gwiazdę, to już jej nie ma?

-Tak. Tylko nie wiemy, dlaczego, czy się wypaliła, a była kiedyś planetą podobną do naszej, czy dupnął ją meteor i zagasił... Odległości od nas do prawdziwego kosmosu są takie, że światło idzie nie osiem minut, jak ze słońca do Ziemi, ale milion lat nazywanych świetlnymi. Nie jestem najgorszy ani w matematyce, ani w fizyce, ale to jest za trudne i za mądre. A przecież niedługo będę miał tytuł profesora... Na mniejszą skalę pasożytnictwem nic ludzkości nie dającym są studia i siedziby tak zwanej astronomii. Oczywiście, że dają pracę i to jest ich jedyny plus.

Naprawdę, dość tego. Tak jak do kosmosu, tak nasza rozmowa do niczego nas nie prowadzi. Kiedyś, by zamknąć temat... Miałem spotkanie w podstawówce. Dzieciaki zafascynowane slajdami... Nagle chłopczyk, chyba z szóstej klasy powiedział... Panie profesorze, czy świat jest materią? Dalej było tak...

-Oczywiście...

-A czy świat ma początek i koniec?

-Naturalnie.

-A czy stół jest materią?

Przyznaję, już wiedziałem – przegram...

-Tak...

-Tu jest początek stołu, tu koniec. A gdzie to jest w kosmosie? Te wszystkie teorie o „Wielkim Bum”, z którego zrodził się nasz świat, są tyle warte, co nasza znajomość rozmiarów kosmosu.

-Ale przecież tysiące autorytetów, profesorów, myśli chyba inaczej?

-Może myśli, ale trzyma to dla siebie, takie myślenie. Dla reszty, która pojęcia nie ma o tym temacie, mówi tak by uzasadnić sens swego istnienia. Nie posunęliśmy się dalej, niż następna i następna, i następna tak zwana „stacja międzyplanetarna”. Nazwa poprawna, bo między Ziemią, a innymi planetami naszego układu słonecznego. Coś jednak wiemy, chociażby to, że nasze słońce to tylko karzełek w porównaniu do innych słońc. Gdzie są, jakie są i czy w ogóle są? Panie Henryku... I co z tego, z tej wiedzy ma ludzkość? Pan jest doskonałym adwokatem, a taki musi posiadać równie doskonałą logikę, prawda?

-Po tym, co pan nam tak cierpliwie i długo wykładał, panie Piotrze, to myślę, że jedyną doskonałością są klopsiki w pewnej knajpie...

Jak mawia pewien Wilniuk, znajomy ojca Hanki – dni „minąwszy kilka” i taki oto początek rozmowy...

-Szafirowa Królowo...

-Ooo, to brzmi jak początek czegoś poważnego, mylę się?

-Nie. Nie mamy kota...

-Tak, to jest problem.

-Jest, bo żyjemy na kocią łapę, a kota nie mamy.

-Coś ty... Olśniło cię?!

-Twój ojciec mówił, że finansowo, do podatków i rozliczeń jest łatwiej.

-Z kotem?

-Skoro ma być legalnie?

-Nie pytam, kogo zapraszamy, ale kiedy...

-Piotrek i Aśka, twój tata, a kiedy? Pamiętasz, gdy zaniosłaś moje żelazne ludziki to tego od muzeum?

-Pamiętam ten dzień, oczywiście. Ale nie tylko kota nie mamy, bo tak zwanej chaty też nie.

-Gdy byłem szczylem, to mawiało się...


„Jest nas dwóch

mam pół basa

no to lu

Zdałaby się jakieś szkło

z dzioba się napijesz,ooo

Zdałaby się jakaś chata

a ławka to co, pryszczata?...

To musiało być latem. Teraz nawet bezdomni uciekają z ławek. Zapowiedzieli minus dziesięć. Biedne koty...

-Biedni my. U ciebie za ciasno, u mnie mój ojciec zamęczy cię wykładami. Znajomy pracuje w nieruchomościach. Może na początek jakiś wynajem? Może na Żoliborzu?

-Dlaczego tam, to dla starych pierdzieli...

-Gdy byłam szczylówą, to w radiu leciało o Żoliborzu . Poszłam tam z koleżankami i spotkałam mego pierwszego chłopaka...

-Wcześnie, przyznaję...

-Taak... I mnie, i jemu ciekły smarki z nosa, ale szliśmy ręka w rękę... Ile miałam wtedy lat? Tyle, co w tej piosence. Wczoraj znowu usłyszałam...


...”Na Żoliborzu są ulica taki śliczne

takie topole, a w topolach taki wiatr

gdy przyjdzie wieczór, świecą światła elektryczne

i taki mi dobrze, jakbym miała osiem lat...”


-To zamyka temat lokalizacji. Zaczekaj, coś piszczy jakby płakało. To idzie z tego śmietnika...

W tekturowym pudełeczku małe stworzonko piszczało, ale chyba z radości, że nie umrze, zanim zacznie żyć. Ktoś wyrzucił biedactwo do połowy przykryte śmieciami.

-To jest szczeniak. O Boże, biedactwo jest chore, chyba na, jak mówią, wodogłowie. Zobacz, jaką ma ogromną główkę. No i ten cienki ogonek. Reszta to skóra i kości. Już dzwonię do Weroniki!

-Chyba trzeba go do szpitala?

-Właśnie tam dzwonię... Jedziemy, koleżanka przyjmuje nas od razu. To weterynarka.

-No cześć... Co tu przywiozłaś, a tak w ogóle, to możesz się spotkać bez szczeniaka z „wodogłowiem”... To żadne wodogłowie, pani architekt. To malutki pitbulek. One mają takie głowy.

-Pitbul! To psy do zagryzania!

-Hanka, powtarzasz głupoty, które ludzie uważają za fakty. Jestem weterynarką od dziesięciu lat, znam moje środowisko zawodowe. Jest więcej pogryzień przez małe, domowe pieski, ale... Tak ja dziecko człowieka, można nauczyć pewnego zachowania, tak można psa. Weź małego ratlerka czy jamniczka i od szczeniaka powtarzaj mu: Bierz go! Bierz go! Gryź go! Gryź go! Co będzie robił? No widzisz.

Pitbul ma po prostu większe możliwości do gryzienia, ale to są wyjątkowo inteligentne i lojalne psy. Możesz mieć i obrońcę, którego można tylko zastrzelić, bo nie boi się ani noża, ani bólu, i atakującego mordercę. Durni, chorzy psychicznie ludzie trenują te psy do walki, co nie znaczy, że inteligentni ludzie powinni powtarzać głupoty, jak to właśnie ty zrobiłaś.

Ale ten piesio jest na granicy śmierci. Dostanie kroplówkę. Zostanie tutaj, aż do dnia, gdy wróci do was, żywy, oczywiście...

-Oczywiście... Przepraszam panią doktor, Hanka nie jest wyjątkiem w tym, co powiedziała. Ja myślałem tak samo. A czy ten piesio na szansę?

-Jak pan widzi... Alę myślę, że uratuję go. Jeżeli tak, to wyrośnie na dużego psa i wspaniałego przyjaciela.

Dzwoni Cacuś...

-Czaruś miał wypadek. Jest źle... Taksówkę potrąciła śmieciarka. Pojedynek wagi ciężkiej z muszą. Wygrała ciężka. Czaruś żył, ale jak mawiał cieć – żyje, żyje, ale co to za życie... Prawa noga chyba do amputacji. Oddychał tyle, że ledwo. Lekarz pogotowia stwierdza złamane żebra.

-Jeszcze to?!

-To jest najmniejszy problem. Żebra są bardzo ukrwione i same się leczą, góra dwa tygodnie. Noga... Tak, to jest problem. Kolega jest doskonały w jego specjalności. Zrobi wszystko, aby państwa przyjaciel chodził.

Ewidentna wina śmieciarki, stwierdziła policja.

-Czaruś, jak tuż wyjdziesz z tego, to będziesz milionerem. Odszkodowanie zapewni ci wydawanie książek...

-Bysio! Nie teraz i nie o tym.

-Życie, królowo, życie o tym... Prawda Czaruś?

Coś jak uśmiech i tyle. Przyjaciel zemdlał.

-Nie chcę głupio powiedzieć, ale on już ma dach nad głową i nie będzie płacił czynszu, a my? Jak nie mamy nawet kota, tak, nie mamy. Może rzeczywiście ten twój Żolibórz?


Agent od nieruchomości pachniał nie gorzej, niż pewne panienki spod Mariotu... Krygował się, powiedzmy, że zawodowo...

-Wolno stojący, jakaś miła działeczka w najlepszym miejscu? Pan wygląda na bardzo silnego człowieka, ale silnych nie bije się...

-Gołą ręką, prawda?

-Dokładnie.

-Leszek, o czym on?

-Proszę pani... Miła działka, w miłym miejscu i takiż domek, to trochę za wysoko dla młodego małżeństwa z dziećmi. Starsi ludzie też nie kupią. Tak, są takie wyjątki jak państwo, ale w pierwszym rzędzie sprzedam coś takiego tym silnym od bicia nie gołą ręką... Tacy mają kasę. Czy psują rynek? Ja zarabiam, ale porządni ludzie tracą.

Może na początek, zanim państwo zdecydujecie się na coś na stałe, urocze mieszkanko? Mogę pokazać dwa. Jedno już prawie sprzedałem, bo kuzynce, ale zadecyduje jej bank. Pan, przepraszam, w jakiej branży?

-Naprawczej.

-Ooo... Nie słyszałem. Sprawy mechaniczne?

-Naprawiamy, co zepsute. Skutecznie. Tak, płacimy gotówką.

Dobra wiadomość ze szpitala. Złamanie w kilku miejscach, ale po złożeniu i miesiącach rehabilitacji Czaruś będzie chodził. Urocze mieszkanko naprawdę się takim okazało, teraz pozostawała sprawa kota...

Dzwoni doktór Weronika...

-Piesio zdecydował żyć. Ale, mam kociaka, kotka odrzuciła i karmi go suczka, która straciła szczeniaczki. Za parę tygodni kociak będzie do adopcji. Może by tak dołączył do piesia?

Tak oto, jeszcze bez ślubu, ale z kocią łapką państwo młodzi wnieśli kilka żyć do uroczego mieszkanka na Żoliborzu...

Dzwoni prosiaczkowaty dyrektor...

-Panie Leszku. Albo ten pana nowy agent dla Marzenki, albo zwyczajny cud, ale ona chce z nami na wspólny spacer za miasto... Inna dziewczyna. Ma pan coś z tym wspólnego?

-Nie. Naprawdę nie, chociaż mieliśmy rozmowę, przyznaję...

-Rozmowę? Ja rozmawiałem z nią tysiąc razy.

-Każdy rozmawia inaczej... Marzenka zgodziła się z moim poglądem na życie, tak to nazwijmy i zostawmy.

-Pan jest wart wszystkich pieniędzy...

-Premia dla tego ochroniarza wystarczy. Biedak... Baby ogołociły go do tego stopnia, że musiałem mu pożyczyć na ubranie. Pan, jak to mówić, chwała Bogu, ma wspaniałą żonę, prawda?

-Powiedzieć, że święta, to jak ubliżyć Bogu....

-To znaczy?

-Nic nie znaczy i też tak to zostawimy. Aha... Znajomy potrzebuje ochrony od zaraz. Nie on, ale ma rodzinkę, a rodzinka zdecydowała na przeprowadzkę do Leśnej Podkowy.

-Samo zdrowie...

-Może pan kpić, chociaż naprawdę można tam oddychać, nie tak, jak tutaj, ale mają sąsiada, w tym sprawa.

-Dla mojej firmy za daleko.

-Niech mi pan nie odbiera nadziei!

-Chyba pan nic nie obiecał?!

-No... Znaczy się...

-Znaczy się, że muszę pogłówkować. Jeden z moich ludzi to glina. A jak to glina z gliną, mają długie łapy. Myślę, że nie za krótkie na Leśną Podkowę. Daj mi pan kilka dni.

Dzwoni klinika...

-Piesio do odebrania. Jak go nazwaliście?

-Jeszcze nie, ale... Chyba będzie po prostu Piesio...

Kupy, jakie Piesio walił w uroczym mieszkaniu świadczyły, że doszedł do zdrowia na sto i więcej procent, a pogryzione nogi stolika, że ma zęby jak na pitbula przystało. Życie zdawało się wchodzić w szczęśliwe tory.

Do pełnego szczęścia brakowało obecności matki Bysia w uroczym mieszkanku. Tę jednak nawet nie chciała słyszeć o przeprowadzce.

-Tu się urodziłam i tutaj chcę umrzeć...

Lekarz dodał, że do tego – umrzeć nie miała daleko, niestety chodziła prawie, że wcale i zaczynały się problemy z samodzielną higieną osobistą.

-Bysio, kolega lekarz pomoże wybrać najlepszą pielęgniarkę. Matka musi mieć siedem na dwadzieścia cztery opiekę. Wczoraj może to była nasza obecność i okazja do większej pieprzówki, a uwielbia jak wiesz, ale bez naszej pomocy została by na podłodze. Z tym, że taka opieka kosztuje.

-Jeżeli matkę było stać, aby mnie utrzymać, to mnie musi być stać tak samo. Nawet nie ma o czym mówić.

Pielęgniarka po prostu zamieszkała w dawnym pokoju Bysia. Natomiast w uroczym mieszkanku zamieszkał kot. Właściwie kociak, ale Piesio, który nigdy nie widział kotów i kot, który żył dzięki suczce odnalazły się jak dwa maluchy, bez znaczenia na pochodzenie. Piesio rósł z dnia na dzień. Ważył już 20 kilo, co bardzo odpowiadało Kisiowi, bo takie imię dostał kotek. Po prostu spał na psie, wtulony, szczęśliwy.

-Matka zawsze powtarzała, że nie powinno się za bardzo cieszyć, że coś idzie dobrze i bez kłopotów, bo to przyciąga zło.

-Nie uwierzysz, ale coś podobnego słyszałam od ojca.

-Nie powtarzajmy, aby nie zapeszyć, jak mówią...


Jeżeli nie liczyć drobnych „napraw” w przemocy domowej, niestety zawsze zakończonej w zawieszeniach, to życie tego bloku na Żoliborzu zdawało się potwierdzać opinię spokojnej dzielnicy.

Na parterze mieszkała niezbyt miła pani z naprawdę miłym, ogromnym dobermanem. To – ogromny powinno się i pisać, i wymawiać z dużej litery. Ale pies, a zawsze, jak nakazywało prawo na smyczy, lekceważył inne psy. Większość sięgała mu do brzucha. Podchodziły, niektóre pokazywały zęby i podniesioną sierść, ale on co najwyżej podnosił nogę i jakiegoś obsikał...

Hanka zaczynała pracę później, zresztą nie miała alarmowych telefonów, jakie miewał Bysio, więc to ona wyprowadziła Piesia. Starała się unikać spotkania wrednej pani z miłym dobermanem, Pani była wredna, bo o ileś, a kto by liczył, starsza od Hanki i uroda z tych, którymi zachwyca się tylko jej matka. Było jak było, aż do dnia, gdy „parter” wyszedł nie w swojej porze.

Piesio nigdy nie widział tak dużego psa. Sam nie był maluchem i jako półroczniak ważył ponad trzydzieści kilo, wzrostu dorosłego boksera. Doktór Weronika uważała, że jest z tych dużych pitbuli i będzie ważył pięćdziesiąt kilo i jeszcze podrośnie.

Psy spotkały się na środku alejki. Piesio jak zwykle machał swym „szczurzym” ogonkiem, ale doberman jakby zesztywniał...

To była chwila, za szybko, by człowiek zareagował. Doberman już trzymał Piesia za kark...

To był mokry dzień i Hanka ostrym końcem parasola mocno dała dobermanowi w żebra. Puścił Piesia i jak gdyby nigdy nic, polizał rękę Hanki.

Piesio nie miał śladów ugryzienia. Ale właścicielka dobermana darła się na całą dzielnicę. To ściągnęło dzielnicowego...

-Pitbul, tutaj?!

-Jak pan widzi, ale to szczeniak.

-Jutro może nie być szczeniakiem i pani wie, na kogo wyrośnie?

-Nie. Pan mi powie... Ale to ten duży pies zaatakował Piesia, a ta pani chyba powinna mieć na uśpienie...

-Pani od firmy „Hanka”, prawda?

-Prawda, ale co pan zrobi. Ten doberman to powód, dla którego pan tu jest. Czy nie powinien mieć kagańca?

-Tak jak pani pies. Znam szanownego małżonka, to szef mego byłego kapitana. Pogadam z nim.

Z kapitanem. Pan chyba żartuje. Z panem Leszkiem? O czym, pytam się, o czym. Spotkały się duże chłopaki i bójka. Tym razem nic się nie stało, ale ten cielak, bo nawet chyba tyle waży, może kiedyś zabić mniejszego psa. Każdego psa.

-Nie było meldunków do sąsiadów, a ten doberman to mistrz rasowy, warty tyle, co dobra bryka. Niech się panie umówią tak, aby się nie spotykać.

-Tak było...

-No i niech tak zostanie.

Opowiedziała Bysiowi całe zajście.

-Co ja myślę! Piesio dobrze zapamiętał. Nie daruje. Pogadam z babą, aby natychmiast kupiła kaganiec temu cielakowi. Bestia waży chyba 80 kilo, a że pierwszy raz zaatakował? Tak się zaczyna. Zasmakowało mu.

-Kaganiec dla Piesia?

-Oczywiście. Słyszałem, że chcą wprowadzić zakaz posiadania pitbuli.

-Ale jak udowodnią, że Piesio to pitbul. Zaglądną mu pod ogon?

-Masz piątkę. Zakaz obejmie, jeżeli w ogóle wyjdzie, tylko te tylko te rasowe, z hodowli. Nasz jest z hodowli śmietnikowej i pani Weronika nie ma możliwości, nawet, gdyby chciała, autorytatywnie stwierdzić, że to pitbul. Że wygląda? Jak kiedyś mawialiśmy... „Podobny do lorda, tylko nie ta morda...”

-Więc na razie spoko?

-Młodzieżowo mówiąc, tak.

Czas mijał, pierwsze piętro i parter nie spotykały się. Była piękna niedziela i pani z parteru coś się popierdoliło. Hanka właśnie była z Piesiem na spacerze... Doberman szarpnął panią, wyrwał smycz i już był przy Piesiu. Reszta rozegrała się tak szybko, jak to psy potrafią. Piesio kagańcem, głową „z byka” uderzył dobermana w bok, a ten przekoziołkował. Zanim wstał, to Piesio głową „wciskał” go w trawę. Świadków, powiedzmy, że kibiców, przybywało. Grupa szczyli pokrzykiwała...

Dawaj, mały! Dawaj! Bij mistrza!...

Wycie policyjnej syreny na chwilę zatrzymało Piesia. Właścicielka dobermana zdążyła złapać go za smycz. Piesio spokojnie podszedł do Hanki i jakby nic się nie stało.

Oczywiście nic nie stało się dobermanowi, poza sikaniami, ale co on myślał... Nic się nie stało?! Jakiś gówniarz wycierał mną trawę! To ma być nic?!

-Pani Kownacka... Najpóźniej za trzy dni chcę mieć papiery tego psa na biurku. Z jakiego miotu, rasa, wszystko dokładnie.

-Papiery? W śmietniku nie było papierów.

-Co pani tu o śmietniku. To poważna sprawa. To mi wygląda na pitbula.

-Tylko mówię, że w śmietniku nie było papierów.

Bysio zmartwił się. Nie tyle, że właściciel wypowie im mieszkanie, ale, że durna biurokracja odbierze Piesia. Sytuacje musi ratować pani doktór Weronika.

-Spokojnie... Nie damy się. Pies jest nieznanego pochodzenia, oto, co ja dam do policji:

Rasa? Prawdopodobnie mieszaniec Boksera. Pochodzenie – pojemnik na śmiecie w dzielnicy Wola, jak wynika z zeznań właścicieli, Hanki Kownackiej i Leszka Górskiego. Wszystkie szczepienia w normie. Pies nie ma charakteru agresywnego i doskonale reaguje na kontakt z ludźmi, zwłaszcza z dziećmi. Resocjalizacja zbędna i nie ma podstaw.

-O kurde... Żeby mnie ktoś tak wycenił...

-Musiałbyś być ze śmietnika...

Dzwoni właściciel nieruchomości. Prosi o rozmowę...

-Jesteście państwo wyjątkowymi najemcami. Nie każdy może wyłożyć na rok do przodu. Ta pani z parteru zalega z czynszem od paru miesięcy, więc sprawa, jak to mówią, piłka jest, jak to mówią?...

-Coś tak,ale to nie jest tenis, a nasz pies jest niewinny.

-To on zaatakował. Tam zeznali świadkowie.

-Gdy nasz Piesio był szczeniaczkiem, to ten doberman pogryzł go. Bez prowokacji, bez powodu. Psy pamiętają. Pani jest architektem, musimy nakreślić coś dobrego, a pan, przepraszam? Aha, firma naprawcza... To znaczy naprawcza czego?

-Źle narysowanych planów. Tak to zostawmy. Chce pan kasę na cały rok do przodu?

-Ooo... Przepraszam... Pan jest jak nakreślony z kreskówki, którą ogląda mój wnuk. Codziennie na siłowni? Jeżeli mogę?...

-Nie. Nie może pan. Ale skoro pan taki ciekawski... Mam firmę ochroniarską. Już jest znana i może się przydać. Mój najnowszy pracownik może pozować do kreskówki dla pana wnuka. Ma dwa metry w każdą stronę. Więc jak?

-Jak? Mieszkanko na trzy miesiące bez czynszu. Firma ochroniarska... Wie pan...

Okazało się, że Piesio dał firmie następnego klienta. Czego to ludzie sobie nie robią, a przecież wszyscy wierzą w miłość bliźniego...