Start arrow Spis felietonów arrow "Patrol Sprawiedliwości" cz.6
"Patrol Sprawiedliwości" cz.6
Oceny: / 1
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
17.03.2019.




PRAWIE OD POCZĄTKU...


Komórka aż gotowała się od nieodebranego sygnału. W cholerę. Pewno Cacuś się z czymś zesrał, zaczeka. A niech tam...

-Co się dzieje! Umarłeś?!

-Haniu, chyba, że z pragnienia...

Wiesz, czego dowiedziałem się od gościa? Powiedział, że góra z górą się nie zejdzie, ale pępek z pępkiem tak. Ma być w twoim czy moim samochodzie?

-Najpierw w twoich marzeniach. Ile my się znamy? Kilka miesięcy.

-Ciut dłużej, ale nie wiedziałem, że trenujesz na czas. A kamyczek przyśpieszy?

-Gdybym cię nie znała, to bym powiedziała, że jak kamień w wodę...

-To znaczy? A w ogóle, to „choć się nie znać” i poznać dopiero po meczu...

-Bysio, to jest gadka jak ślepego z głuchym. Zapowiedzieli dwadzieścia parę na łykend. Co ty na trawy w Kampinosie? Takie miękkie...

-Już teraz posuwam!

-Bysio!

-Wskazówki zegarka...

-Nastaw dokładnie na siedemnastą, w tą sobotę.

-Bo?

-Bo ojciec zapragnął wygadać się przed kimś innym niż ja. Starszy pan, współcześnie biorąc, wcale nie był taki starszy i nie była to tylko gra słów, bo do rozmowy dołączyła koleżanka Hanki całkiem, całkiem a w rudym kolorze .

Bysio pomyślał... Biedak, nie wie, na co się porywa. Przecież wiadomo, że rude mają swędzenie w kroku i kulturalnie mówiąc, zajebią faceta.

-Panie Leszku, czy zna pan ten bazar ze starociami? No wie pan, jak to mówią, że kupisz tam gwóźdź, mydło i powidło...

-Ma się, że tak.

-A kiedy był pan tam ostatnio, jeżeli można?

-Kiedy? Dawno. Gliny dorwały nas, bo okradliśmy taką, jedną...

-Pan?!

-Jaki pan. Miałem wtedy osiem lat, bo co?

Wie pan... Gdy mam dość elokwencji moich kolegów i muszę znosić deficyt ilorazu inteligencji większości prokuratorów, to idę doładować akumulatora właśnie tam.

Zaraził mnie tym mój dziadek, bo nie wiem, czy Hanka mówiła, że straciłem ojca bardzo wcześnie.

Ale, ale... Zanim tam pójdziemy...

-Panie Henryku, leje jak cholera!

-W cudzysłowie, rzecz jasna. Hanka wspominała, że zanim założył pan firmę, to z przyjacielem działaliście, jak to ona określiła, w Patrolu Sprawiedliwości.

-Dała detale?

-Dyskretnie wspominała. Akcje, bo to były chyba wasze kilkakrotnie komentowano w mediach i moim zdaniem był to sukces większy od samej akcji. Czy to się skończyło?

-Za Chiny nie! Bez detali rzecz jasna.

-Rzecz jasna, oczywiście.

Opowiem panu opowiastkę z trzema morałami...

Była zima i wróbelek zamarzł, upadł na ziemię. Szedł koń i narobił na wróbelka, a ten poczuł ciepło i zaćwierkał... Szedł kot i usłyszał wróbelka. Jakie widzi pan trzy morały?

-Za mądre...

-Bo za proste... Pierwszy: Nie każdy, kto na ciebie sra, to twój wróg, bo koń uratował wróbelka. Drugi: Nie każdy, kto cię z gówna wyciąga, to twój przyjaciel, bo kot wyciągnął wróbelka z gówna. No i trzeci: Jak już wpadłeś w gówno, to nie ćwierkaj...

-To trzeba gdzieś do książki!

No i tak Bysio po raz drugi naprawdę poznał swoje miasto, bo nie szklane biurowce i coraz więcej neonów, ale właśnie tu, gdzie chyba od pokoleń było tu tak samo szmaciano, a na każdy gust.

Facet w szemranym wieku czarował...


...”Maść na trondzik

maść na trondzik

mucha nie siada

mucha nie tronci

pegi wybiela

zmarszczki pracuje

zaraz o sto lat

młodsza się czujesz

Rozumi...”


Otaczały go kobiety, kupowały, bo która kobieta lubi zmarszczki?


A on do płci mocnej...

...Na ślub się spóźniem

do pracy nie zdażem

randkie zawalem

zanim na rano

krawat zawiążem...


I wszystkie te problemy

usuniesz

przy pomocy gumowego automata

do wiązania krawata

brać i wybierać

trzy dychi

towar dobry...”


Bysio wybrał cacy krawat, ale ważniejsza była gumka. Nic nie wiążesz...


Konkurencyjny szemrawy zachwalał swoje...

…”Można tak, a można tak...

maść na szczuri maść na szczuri

prawa ręka łepiemy szczura za wsiaż

lewa renka, smarujemy go pod pachamy

możebne, że po trzech dniach szczur zdycha...


-Panie starszy... to nie lepiej zaraz zwierzęcie po głowie?


„Można tak, a można tak

maść na szczuri

maść na szczuri!”

 

Ale wszystkich przebijał specjalista od brzytwy.

W jednym ręku trzymał brzytwę, a w drugim kawałek drewna. Niby strugał drewno i zachwalał...


„... I każden z państwa widzi, że brzytwa była całkiem obca i całkiem tempa. I nikt z państwa brzytwą drzewa rombać nie będzie...

Wyciągał czarny kamyczek...


„Magiczny kamień na brzytwe kładziem

trzy raze po brzytwie jadziem

i goli jak Rawa Lux, bezboleśnie...”


Strugał drewno i udawał, że się goli...

Nic, tylko poezja, i Bysio oczywiście kupił kamyczek i brzytwę>

Następnego dnia przykładał na pocięte policzki tuzin plastrów. Ale klął! I wtedy zabrzmiało mu w uszach...

„Jak już wpadłeś w gówno, to nie ćwierkaj”...

Tylko jedwabiste trawy okazały się prawdziwe i Hanka przestała być tylko sympatią Bysia... Ale o tym było głośno tylko wśród drzew Kampinosu...

Przyszedł czas na czerwony kamyczek. Niestety. Znajomy jubiler bezradnie rozkładał ręce. Prawdziwy rubin – taki z Birmy?

-Panie Henryku, dziś już nie ma Birmy i nie ma rubinów. Te, które są, to do końca wykupili Arabowie. Zostało coś, to dokończyli Chińczycy...

Pani Hania ma takie chaberki oczu, że za pozwoleniem mogę zasugerować coś niebieskiego. A jeżeli można zapytać, w którym miesiącu ma urodziny? Wrzesień? Różnie to ułożyli wieki temu, ale na wrzesień jest szafir. Symbolizuje czystość, rozwagę i wierność... Cena? Młody człowieku... Czy miłość ma cenę?

I tak oto Hanka miała na serdecznym palcu niebiańsko błękitny Kamyczek osadzony, jak doradzał jubiler, skromnie, bo tylko w „czterech łapkach” złota, by nie zakrywać kamienia.

Gdy Bysio marudził, że tylko tyle tyle złota, to usłyszał, że najdroższe kamienie na bardzo ważnych palcach tak właśnie są osadzane i nazywa się to Tifany crown, czyli korona Tifaniego...

No i było pięknie, a nawet ładnie, gdyby nie obrazek we „Wiadomościach”, że ktoś oblał kota czymś palnym i podpalony kot jak oszalał biegał, aż umarł...

-Nie, Cacuś. Na pewno nie teraz. Raz, że Tadek ustawia z nowym klientem i chce przy tym być, a dwa, że zaczekamy. Na

dniach skurwiel usłyszy wyrok, a pewny jestem, że w zawiasach, uspokoi się, że tylko tyle i poczuje się pewny siebie. Wtedy, Cacuś, wtedy.

-Wiesz co?

-Każdy coś wie...

-Ale ja poważnie. Może to, co robimy, jest bardzo szlachetne, ale również bardzo nielegalne. Nie musimy o to pytać ojca Hanki i nie trzeba być prawnikiem by wiedzieć, że naruszamy prawo.

-Ale tylko Hanka i jej stary wiedzą.

-Tak? A tamta akcja w lesie i udział Tadeusza?

-Zgoda. Ale każdy może się wkurwić i przypierdolić, gdy ktoś mu zasrywa podwórko. Nawet, gdyby ktoś nas zakapował, to byśmy dostali brawa od sąsiadów, a nie wyrok.

-No i tutaj, jak to się mówi, wchodzi Tadeusz, nie mówiąc o komandosie. Mnie uważają za dupka, ot taki dodatek do ciebie, a sam nie zrobisz tego, o czym już jest za głośno w mediach.

-Za głośno? Cacuś! Właśnie o to chodzi, aby było głośno. Jak to mówią, „Za nami pójdą inni”. Zaczęliśmy dużą sprawę. Nie bój nic, że się skończy.

-Mam nadzieją, Bysio, mam nadzieję, ale od dziś jeżeli coś robimy, to tylko w niedzielę, niech skurwiele już w sobotę wieczorem srają w gacie. Ja odpoczywam w domu, a ty firmę dajesz w opiekę Tadeuszowi. Co robisz? Masz taką panienkę, że nic nie musisz tłumaczyć...

-Czyli ta niedziela?

-Za wcześnie. Chociaż... Ten od kota mieszka pod Kobyłką na nowym osiedlu. Sprawdziłem, dostępu do wody nie ma. Nie ugasi.

-Co my podpalimy?

-To wyjdzie już na miejscu. Mieszka sam. Narazie jest z górki.

-Przebieranko?

-Zbędne. Paru nieznanych facetów i biała, byle jaka Toyotka, jakich tysiące. Ludzie nie patrzą na numery, a staniemy tak, aby było jak najmniej widać. Za tydzień, od dziś...

-Panowie od księdza? Już tu byłe takie dwie.

-Od księdza?

-Nie. Od jakiejś opieki i bardzo ładnie, nie powiem, mówiły, że trzeba kochać zwierzęta. Ja bym pokochał jedną z nich, ale ona w cofanki i że jestem do tego zboczeniec. Co znaczy do tego! A zboczeńcem nie jestem, bo wolę baby. Panowie chyba nie w sprawie tego kota? Gliny?

-Nie. My od tych pań...

-Kochać zwierzęta. Co się dzieje! Pan wygląda jak normalny facet! A ten jebany kot, to spał, gdy myszy oczyszczały jego miskę z żarciem! To cobyś pan z takim zrobił...

-Nie podpalił...

-A więc o to chodzi?! Wyrok dostałem. Dwa latka i trzy tysiacze. Mam zadzwonić po gliny, czy sami wyjdziecie?

-Wyjdziemy sami, ale pan pierwszy. Daj mu pan w ryja, aby nie krzyczał. Ja jakoś nie mogę tak jak Tadek wyłamywać palec po palcu. Może więc zwyczajnie młotkiem po łapach? Na hamburgerka?

-Panowie! Błagam! Ja tymi rekami na chleb zarabiam.

-My też. Chyba każdy, prawda?

Podpalacz kota zemdlał po pierwszym uderzeniu. Cacuś dokładnie rozbił dłonie i... zwymiotował. Nie tylko sama czynność, ale smród, bo bity zrobił w majtki, były wystarczające, aby Bysio wyszedł.

Podpalacz mieszkał w całkiem cacy domku. Jak doniosły media, był doskonałym hydraulikiem, a sądząc, po znacznie skromniejszych domkach sąsiadów, najbardziej lubiany nie był, nie mówiąc o kocie biedaku, który długo się męczył, zanim umarł, co też nie najlepiej świadczyło o sąsiadach skurwiela.

-Teraz nóżki z tyłu. Myślisz, że sznurek za długi?

-Zdecydowanie. Będzie za szybko biegł. Daj jakieś pół metra. Tak wiążą przednie nogi bykom na pastwisku. Nie pobieganie, ale trawką podje.

-To chyba ta sama terpentyna? Oblej mu dokładnie buty. No! Podnieś dupę! Idziemy na spacer. Nie chcesz? Wolisz spalić się w domu. Jak wolisz, ale na dworze może ktoś zobaczy i ugasi...

Obserwowali z samochodu, jak podpalacz niezgrabnie skacząc, dymił z butów i wkrótce zajął je ogień...

Nikt nie zareagował na krzyk, a przecież to nie wrzaski podpalonego, ale widowisko powinno zainteresować sąsiadów.

Podpalacz potknął się o coś, i upadł. Kopał nogami. Widocznie trafił na piasek. Ugasił ogień, ale leżał nieruchomo.

Nikt nie wyszedł, tak jakby nic się nie stało.

-Myślisz, że może dostał zawału?

-Myślę, że raczej zatkało go. Ja bym też się zmęczył.

-Bysio... Czy zastanawiałeś się, ze kiedyś możemy kogoś zabić? Nie, zęby planować. No, wiesz, w wyniku naszej akcji.

-Myślałem nie raz. Jeżeli... To znaczy jeżeli naprawdę ktoś nas rozlicza na końcu naszego kalendarza, gdy odpadnie ostatnia kartka, to chyba ten ktoś jest mądrzejszy od najmądrzejszego prawnika. A taki da nam łagodny wyrok, bo raz, że my nie z pazerstwa, a dwa, że w dobrej sprawie. Może zamiast imprezki z aniołami będziemy mogli tylko przyglądać się przez okno...

-Myślisz, ze naprawdę coś jest?

-Za oknem?...

-Po drugiej stronie...

-Tak szczerze? Myślę, że każdy ma swoje niebo i piekło na ziemi. Ten skurwiel teraz leży i w piekle, i we własnych gównach, bo już wtedy zesrał się.

Rutyna przerywana ustawianiem z nowym klientem. Taka praca i tyle.

Dzwoni Cacuś...

-Nie uwierzysz!

-Przez telefon nie. Muszę powąchać.

Cacuś był ekspresem. Bysio podszedł bardzo blisko...

-Chuchnij...

-Zwariowałeś? Dlaczego!

-Rzeczywiście, nie uwierzę. Nie pijesz, więc co ćpasz? Nie ty.

-Zakochałem się! To znaczy...

-Spokojnie, można tym żyć. A ona? Też doktórka?

-Mówi się, że z doktoratem. Nie, ale ma blisko, lecz nie w tym rzecz. Wspomniałem jej o Hance i tym niebieskim kamyczku.

-Tak ni go w dupę, ni go w oko? Dlaczego...

-Bo ona, że najpiękniejsze są opale. Wiesz, co to takiego? Nie chciałem wyglądać na dupka, więc, że owszem, i tak...

-Jakieś kamyki. Nie uda się bez wizyty u jego jubilera, bo coś mi to pachnie tą melodią...

-Marszem weselnym? Ona jest daleka. Jest z tych spóźnionych dzieci kwiatów. Może żyć na cię kocham i tyle.

-Tyle? Cacuś, to bardzo dużo to tyle. Wiem coś o tym. A panienka, czyli Asia, i jubiler jakby byli z tej samej piaskownicy, takie porozumienie!

-Opale? Pani Joanno... A lubi pani kosmetyki?

-Pan poważnie?

-Temat poważny, prawda? Widzi pani... Kiedyś kosmetyki nie były na bazie alkoholu, a opale królowały na dworach królewskich. Królowie, a w każdym razie moda na takich minęła, ale na kosmetyki dopiero przyszła z wielkimi nazwiskami. Opal, stworzenie delikatne, nie tylko nie lubi alkoholu, ale za dużo słońca też nie. A do tego ludzki pot też nie w jego diecie... To coś jak kropla wody i powietrza skrzyżowana z bańką mydlaną. Delikatne, prawda? By nie zanudzać, bo panowie mają ważniejsze sprawy...

-Spokojnie. Ta jest bardzo ważna, więc?

-Opal, zwierzątko organiczne, tak jak perły, a nawet bursztyny, wszystko, co pochodzenia organicznego. Po czasie traci kolor i blask, a przeszlifować nie można, bo on nie jest kryształem.

-Panie Julianie, więc? Bo to jest ciut za długie...

-Więc a i owszem, mogę dostarczyć, tylko musiałem opowiedzieć, jaki to towar.

-Teraz, to już nie wiem, ale one są piękne. Czerwone kamienie też lubię, bo są symbolem miłości, ale Hanka powiedziała, że czerwonych nie ma.

-i tak, i nie... Nasz mały światek niedawno obiegło, że w Brazylii w Minas Gerias odkryto rubiny! Ale się cyrk zrobił, no i zamówienia. Ja jestem ostrożny.

No i co się okazało? Że te niby rubiny to wyjątkowa odmiana spineli, taka bez wtrącenia fioletu. Młodzi ludzie... Smutno i pusto się robi. Dużych szmaragdów, większych od fasolki, nawet w Muzo już nie ma. Coś pani pokarzę, ale mam to tylko na zdjęciach.

-O Boże! Jakie cudowne opale! Tylko takie ciemniejsze?

-To nie są opale, ale agaty. Dokładnie to są Fire agat, czyli ogniste agaty.

-Też takie delikatne? Niech pan powie, że nie, błagam. Są cudne!

-Nie. To jest odmiana kwarcu, a nasza planeta to w ogromnej części kwarc. W języku jubilera mają twardość 7. To bardzo dużo. Najtwardsza, najostrzejsza stal tego kamienia nie porysuje. Inne kwarce tak, ale ten jest najtwardszy, a stal, to tylko twardość 6. Za dużo by tłumaczyć...

-Nie musi pan. Ja chcę taki mieć!

-Ja też...

-Nie rozumiem?

-Pochodzą z Arizony, to taki stan w USA. Dziś to samolotem i po sprawie, prawda?

-No właśnie.

-Tak, ale Amerykanie zamrozili ich wydobycie i ceny poszły wyżej, niż dziesięć Pałaców Kultury razem jeden na drugim...

-Coś jak z rubinami?

-Nie, panie Leszku, nie aż tak, ale wysoko.

-Kolega ma kasę...

-Inaczej by go tu nie było, prawda, i nie w tym sprawa.

-To można kupić na miejscu.

-Tak. Ale jest problem. Nazywa się wiza. Rzygać mi się chce na te kolejki pod ambasadą USA. Dziewczyny, zatkajcie uszy... Kurwa mać! Dlaczego oni mogą do nas bez wiz!

-Coś w tym temacie wiem, ale nie chcę nudzić.

-Dawaj pan...

-Przylatuje do nas Amerykanin, a nigdy po pracę. Za wszystko płaci. Szpital, operacja, większa sraczka, lekarze, i płaci. Leci polak do USA, powiemy, żeby zwiedzać, a tak naprawdę na robotę u kuzyna w Chicago. Zostaje na długo po upływie wizy. Zachoruje... Szpital, operacja, te sprawy. Kuzyn? On pierwsze słysze?

Nasz człowiek pracuje nielegalnie, bo pozostał nielegalnie, więc nie ma ubezpieczenia, a tu operacja, powiedzmy, że zawalik albo wylew. Kto płaci? Obywatel amerykański, z podatków, rzecz jasna.

-Zaraz, zaraz... Kiedyś znajomy poleciał, bo rodzina podpisała taki dokument, że płaci za utrzymanie i leczenie. Więc jak to jest?

-A tak, że taka operacja, powiedzmy serca, lub pobyt w szpitalu, to więcej niż rodzina może przełknąć, i kto płaci? Obywatel amerykański...

-Bo tylko frajer poleci do USA, by pracować. W Norwegii, czy nawet w Szwabów płacą, i lepiej, i legalnie.

-Zgoda, tylko dlaczego te kolejki pod ambasadą USA...

-Panie Julianie... nie można jakoś tego ognistego agata?

-Wszystko można, gdy jest kasa. Nie! Spokojnie! Nie o tym! Ale i o tym też... To może potrwać. Mam człowieka w Nowym Yorku. Tam też tego nie kupi, a nawet jeżeli, to zapłaci dziesięć razy tyle, co na przykład za najładniejsze, idealnie niebieskie turkusy z Arizony...

-Co z tą Arizoną! Mam monopol, czy co?

-Ne pewno minerały ma. A coś takiego?...

-Co to jest?

-Błękitny agat. Wszystko naturalne, nie tak jak u Niemców, gdzie podgrzewają na lepszy kolor. Ten jest z Australii, prawie, że sąsiad opali. Te liliowe, złotawe i granatowe pasemka dała mu Bozia. Podoba się?

-Nie jest ładny, ale śliczny! Piotrusiu?...

-Nie zgadzam się... Co, zaniemówiliście? Tylko Asia jest śliczna... Czy to się nadaje na pierścionek?

-Można... Ale to wygląda najlepiej, najładniej albo na dużym wisiorku w złocie, bo srebro zginie przy tym, albo naszyjniku z przynajmniej dziesięciu takich krążków.

-Kiedy, panie Julianie, kiedy! Aśka, wytrzymasz?

-Australia bardzo daleko...

-Mistrzu! Piotruś to Francja elegancja, kultura, ale ja człowiek z krwi i kości... Kiedy! Pytanie za milion, jak to mówią.

Chyba nigdy błękitne agaty nie były takie szczęśliwe, w tak gościnnym domu...

-Cacuś, czy taki Czaruś mógłby zrobić książkę z tego, co robimy?

-Szybko i łatwo, ale nikt mu nie wyda.

-Dlaczego, przecież to chyba jest ciekawe.

-Nie dla krytyków literackich, czyli przydupasów władzy. Nie ma tu nic o seksualności dorastającej młodzieży, o tolerancji seksualnej w ogóle. Mogło by też być o tolerancji nawet przyjaźni Araba z naszą dziewczyną jako, że miłość nie zna granic...

-Skrobanki po czymś takim, bo ona się znudziła Arabowi, też nie mają granic. Właśnie taka jedna opłakuje i zapłakuje się, bo Marokańczyk dostał prawa do ich dziecka, a ona tutaj, biedulka.

Musi też być o nietolerancji od antysemityzmu, ale tak bez wykładów, naturalnie, jako, że każdy kocha każdego...

-Ktoś czyta takie pierdoły?

-Bysio, fakt, że nazwałeś to pierdołami, nigdy nie da ci miejsca wśród pisarzy...

-Ja i pisarz? Cacuś, chyba zacząłeś ćpać. Ja nawet gazet nie czytam.

-Dlatego będziesz żył długo i szczęśliwie.

Jak mawia profesor Cacusia, człowiek przeszczepiony ze Wschodu, „minąwszy dzień i dwa”, i dzwoni Bysio...

-Nie uwierzysz!

-Odkochałeś się?...

-Gdybym cię nie lubił! Milion i sto razy gorzej! Pamiętasz prezesa banku, który obrobiliśmy?

-Niby co?

-Niby, że Rapacki polecił mnie jako najlepszą firmę ochroniarską. Nie mogłem odmówić.

-Mogłeś! To śmierdzi!

-Dlatego chciałem zobaczyć, ile tego jest. Umówiłem się.

Dyrektor to przyjaciel Rapackiego, a ten opowiada legendy o naszej firmie, jak skutecznie uwolniła go od tamtych pasożytów. Jutro spotykam się z dyrektorem, przecież mnie nigdy nie wiedział, spokojnie...

Prosiaczkowaty dyrektor w achach i ochach dziękował Bysiowi za spotkanie.

-Panie Leszku, jeżeli tak mogę...

-Oczywiście.

-Jakby to panu powiedzieć...

-Najlepiej wprost.

-Oczywiście, oczywiście, pan musi być bardzo konkretny w takiej pracy. Widzi pan... Jakiś czas temu ktoś nieproszony wszedł do mego domu i bardzo nieładnie się zachował, to tak najdelikatniej mówiąc. Nie, nie, nic nie zrobił, ale bardzo wystraszył moją rodzinę. Tak się złożyło, że w tym samym czasie ktoś oszukał mnie, udając Amerykanina i jak od najgorszego durnia zabrał dużą sumę pieniędzy. Czy to może mieć związek?

-Wszystko może... Czy powiadomił pan gliny?

-Naturalnie, bo to było jak napad na bank, taki niby kulturalny.

-Kulturalny napad? A co gliny?

-Jak to gliny. Chwalą się, gdy kryminalista sam im wpada w łapy. Tym razem nie miały się czym chwalić. Wracając do mojej rodziny... Mam jedyny skarb, moją córkę. Marzenka jest genialnie utalentowana jako pianistka.

-Ma pan również żonę, prawda?

Prosiaczek zacisnął usta w grymasie, który raczej nie był z tych radosnych.

-Mówimy o Marzence. Dochodzi pewien problem... Ona jest seksualnie bardzo rozbudzona.

-Ile ma lat? Piętnaście? Z tego co słyszę, to one wszystkie są...

-Tak, ale to mój jedyny skarb.

-To już słyszałem... W czym rzecz?

-Żeby ktoś pana ludzi na jakiś czas zamieszkał u nas.

-Odpada. Nie dajemy takiej ochrony. Nie sądzą, aby inna firma dawała, zwłaszcza, gdy w domy nastolatka z przekrętem na seks...

-No tak... No tak... Tego się obawiałem. Ale, gdyby pana człowiek dowoził Marzenkę do szkoły, odwoził do domu i towarzyszył na zakupach, w ogóle, no wie pan, w parku...

-To mogę panu zapewnić. Mam odpowiedniego człowieka.

-Gwarantuje pan?

-Dyrektorze... Czy my tu o misiu, czy o Ździsiu? Gwarantuję tylko za siebie, ale sprawdziłem go.

-Sprawdza pan ludzi?

-A pan nie?

-No niby tak. Jak go pan sprawdził?

-Zapłaciłem trzem żulom, żeby dali mu łomot i obserwowałem z ukrycia. Gnoje z bejsbolowymi pałami, nie gówniarze...

-Pobili go? Ryzykował pan...

-To były komandos a Afganistanu. Nie, nie pobili go. Jedno zabrało pogotowie...

-Da mi go pan?!

-Przecież od tego jesteśmy jako firma.

-Nie wiem, jak dziękować!

-Ja wiem... Tyle wynosi stawka godzinna.

Czy Bysio naprawdę sprawdził Jasia komandosa... Tak zwane słuchy chodziły i mówiło, że powracający z Afganistanu mają problemy psychiczne.

-Bysio... Czy nasz komandos na pewno nie ma nic z głową?

-Na pewno, to umrzemy...

-Wiesz, że tak ludzie mówią, że nasi tak „zarazili się” od Amerykańskich żołnierzy. A ci po powrocie do domu, potrzebują psychiatrów i psychologów, bo to taki „syndrom weterana”...

-Mięczaki i tyle. A na pewno płacą im za taki ból głowy... Mój ojciec był pięć lat na wojnie. Złapali go Ruskie. Uciekł. Złapali Niemcy i też uciekł. Dwa razy ranny. Czy zabił sporo ludzi? Cacuś! Żołnierz nie liczy... Czy trafiało się, że zabił kobiety? Na Ukrainie tak, gdy to one zabijały naszych. Czy potrzebował psychologa po wojnie? Tylko wtedy, gdy nie miał na flaszkę. A mógł wypić, o tak! Od Ruskich nauczył się pić ich perfumy, gdy nie było wódki.

-Perfumy. Przecież to trucizna!

-Nie gorsza, niż nasza „esesmanka”, czyli „likierek na kościach”. Znam wielu, co to piją. Że potem niektórzy ślepną? Oni mają takie życie, że wolą nie wiedzieć. Tak, Cacuś, znam takich ludzi. Jeden mieszka w naszym bloku.

-Na te Ruskie...

-Przepuszczali perfumy przez chleb i pili. Nasz komandos Jasiu... Będzie idealny, bo nie lubi cielęciny...

-Wegetarianin?

-W życiu, nie! Po prostu nie lubi seksu ze szczylówami. Jak mawia, nie ma to jak stek i cały obiad, a to ma u mamuśki, lubi mężatki...

Jest pewien problem, duży...

-A jednak?

-Prosiaczek chce, aby rodzina spotkała się ze mną. Tyle o mnie słyszała.

-Co mu powiedziałeś?

-Że może kiedyś, ale nasza firma daję ochronę, nie spotkania towarzyskie.

-Kupił?

-Jak kwaśne jabłko, ale na razie tak. Myślę, że żadne przebieranko nie pomoże, bo Marzenka pozna mój głos. Co robimy...

-Taaak... To jest problem. Nie wiem, Bysio, nie wiem, tak od zaraz. Trzeba będzie mocno główkować.

-Oby nie było jak rachuj, rachuj, a wsio na chuj...

-Od kiedy Jasiu zaczyna?

-Od zaraz. Musiałem mocno postraszyć córeczkę i mamuśkę, że stary chce płacić jak za ochronę tego, jak mu tam w Ameryce, gdzie tyle złota...

-Ja myślę, że pociągniemy rok, dwa góra, i Marzenka wydorośleje, a ty jakoś się wymigasz od spotkania. Chyba tak będzie najlepiej.

-Cacuś, na chyba, to ludzie umierają... Przyszła rodzina do szpitala i pyta o stan zdrowia krewniaka, a lekarz, że chyba już jest lepiej. Na drugi dzień pacjent umarł...

-Bardzo śmieszne...

-Nie, ale jest, jak jest i musimy ciągnąć. Jak Asia?

-Właśnie... Powiększa się nasze grono patrolu sprawiedliwości...

-Nie mów! Ma dla nas robotę?

-Nie wywinę się, bo powiedziałem, że ty, to znaczy ja też, jesteśmy jak piosenka...

-Cacuś! Chyba jednak zacząłeś ćpać. Aśka z tego ćpającego pokolenia...

-Żadne chyba, a ona rozstała się z tym pokoleniem wiele lat temu. Zresztą, to pokolenie dzisiaj niańczy dzieci, a niektórzy nawet wnuki.

Po prostu kiedyś mawiało się, że piosenka jest dobra na wszystko...

-Co tym razem i gdzie?

-W okolicy Młocin.

-Całkiem cacy.

-Całkiem, ale rodzice Asi nie przewidzieli, że wprowadzi się nowy sąsiad. Ma psa. A pies na łańcuchu nie dłuższym od kutasa. Jak ci się to widzi?

-Kiedyś publika śpiewała coś tak, że panowie, panie, to nie są kpiny, na dnie upalnie nie ma jak Młociny... Będziemy musieli albo założyć krótki łańcuch skurwielowi, albo on przedłuży na taki z kółkiem, aby pies mógł biegać. Ale na razie była elegancka kolacja z okazji ważnej dla ojca Hanki.

-Panie Piotrze... Pan wykłada fizykę na uniwersytecie, prawda?

-Chwilowo nie. Pracujemy nad projektem. To duża sprawa.

-Pamięta pan wygłup, do jakiego przyznał się Einstein?

-Przyznaję, że raczej nie. Wygłup?

-Był genialnym fizykiem, to pan przyzna?

-Każdy przyzna, ale nie tylko ja uważam, że to nie on i jego teoria względności pomogły Amerykanom „podglądać” kosmos.

-Ooo. Tu mnie pan zaskoczył.

-Bez Niemca von Brauna nie byłoby amerykańskich rakiet kosmicznych. To, że amerykańskie media tego nigdy nie nagłośniły, można nazwać swoistego rodzaju antyniemcyzmem...

A ten wygłup? Trudno uwierzyć, że Einstein uważał ziemię za planetę, która się nie kręci, ale ta reszta kręci się koło ziemi, gdy ta jest w bezruchu.

-Teraz pamiętam... Amerykański astronom Hubble wyprowadził Einsteina z błędu, a ten nazwał swój błąd i muszę po angielsku:...

„My biggest blunder”.

-Piotruś, możesz po polsku. Nie dość, że zanudzaliście nas, to teraz dodajesz po angielsku...

-Einstein nazwał to swoim największym, najgłupszym błędem.

-Aśka, zazdroszczę ci...

-Twój pierścionek też jest piękny.

-Tak, ale twój naszyjnik widać od progu. Tatusiu, czy myślisz, że pan Julian ma coś podobnego? Spokojnie, Leszku. Gdyby, to ja płacę...

-Ma być miło, to będzie. Mój profesor, a jest jednym z najbardziej znanych w swojej dziedzinie, właśnie fizyki jądrowej, nie miał większego, jak to mówią nabożeństwa do Einsteina i jego teorii względności.

Kiedyś na wykładzie z doktorantami zapytał, czy wiedzą, co to jest prawdziwa teoria względności. Nikt nie chciał się wychylić, a on, że gdy jeden pies wsadzi nos drugiemu psu w dupę, to oba będą miały nos w dupie...

Reszta przyjęcia była naprawdę bardzo miła.

Przyszedł czas na inspekcję w Młocinach.

To nie był miły widok. Ogromny owczarek alzacki dyszał, usiłując dosięgnąć pustą, blaszaną miskę. Bez tego krótki łańcuch dusił go.

Hanka zaczęła pierwsza o nieludzkim traktowaniu zwierząt, że łańcuch za krótki, w tym stylu

-A wacuś twego kolesia jest dość długi?

Metr dziewięćdziesiąt, zerowa wagi wieprzowej i właściciel psa podszedł do Bysia, który zgarbił się i zrobił krok do tyłu.

-To chyba nie ten garbus? A może ten, jak z kreskówki o zagłodzonych ludzikach?...

-Ty chamie!

Hanka nie wytrzymała. Rzuciła się na faceta, ale ten przytrzymał ją i potrząsnął jak szmacianą lalkę

-Ty! Tak z kobietą?!

Garbusie, z tobą mogę lepiej.

Na pewno chciał coś więcej powiedzieć, ale Bysio zgiął go w pół.

-No, wypnij dupę. Ja ci zrobię jeszcze lepiej. Jednym ruchem zerwał z dryblasa spadnie i włożył lufę pistoletu między pośladki...

-Słuchaj dobrze tak, żeby coś zapadło nawet do dupy...

Pies ma mieć łańcuch na dziesięć metrów i na kołku na lince, żeby mógł biegać. Mało tego... Nie żadna jebana miska, ale kubełek z wodą obok budy. Wracamy za tydzień. Rozumi, mam coś dodać?

-Panowie z tego tam, inspektoratu?

-Tak, tego tam. Za tydzień. Zesrałeś się? Taki gigant!

-Pan by też, ze spluwą w dupie...

Resztę powrotnej drogi zaśmiewali się jak małe dzieci.

-Bysio, nie mów, że byś mu tam strzelił?

-Staliście za blisko, jak na rozbryzg...

A facet główkował. To nie mogą być inspektorzy, bo tacy, to mięczaki, a ten koleś chyba w ręku stalowe pręty zgina. A takiego wała! Ja nie urodziłem się na Saskiej Kępie. W Wołominie nie takich gigantów znałem. Za tydzień? Może być już jutro. Lubisz bawić się spluwą? To się zabawimy...

-Hanka, przyszedł czas, byś się nauczyła samoobrony.

-Chcesz mnie wysłać na kurs.

-Już na nim jesteś. Pomacaj to, twarde?

-Nasada dłoni? Jasne. Jest jak kość, i co z tego?

-Stoisz blisko mnie, twarzą w twarz... Nie odchylasz się do tyłu, nie bierzesz rozmachu, tylko od dołu bijesz tym na brodę. Największy gigant pada. Ćwiczymy...

-Mam cie uderzyć? Zwariowałeś?!

-Masz, a moja sprawa, bym się nie przewrócił.

Bysio złożył dłonie, jedna na drugiej i zamortyzował cios.

-O kurde! Laska! Konia możesz zwalić! Następnym razem nie z piąchami do gościa, ale na uśmieszku i jak najbliżej. Resztę znasz.

Przyszedł czas sprawdzenia pamięci skurwiela od krótkiego łańcucha. Psa nie było. Jego też.

-Piotruś. Wskakuj za krzaki, ja z tobą. Wysyłam Hankę.

Na miękkich nogach Hanka podeszła do pustej budy. Nie czekała długo. Wyszedł skurwiel z dwururką w ręku.

-Wysyłali na wabia, a oni w krzakach? Zgadza się?

Niech tam zostaną. Teraz obowiązuje zasada obrony koniecznej, a nic tak nie broni, jak gruby śrut.

-Taki siłacz, jak pan nie musi strzelać...

Hanka podeszła bardzo blisko, na wabiącym uśmieszku. Stała twarz w twarz.

-Takaś kurewka? Chcesz się bawić?

Przerwał w pół zdania i poleciał jak ścięty.

-Bysio! Bysio! Zaraz cię ucałuję! On się nie rusza.

-Pewno nawet liczy zęby. Coś takiego nie tylko zmienia szczękę, ale uzębienie też. No! Podnieś dupę. Jak ci nie wstyd. Nie szkodzi. Jedziesz z nami. A gdzie pies?

-Na chuj mi taki pies. Zdechł.

-Ty gnoju! Piesio umarł z pragnienia! Zgadza się?

-No i co z tego. Gówno mi zrobicie! Nawet nie jesteście gliny.

-Nie jesteśmy, to się zgadza. Laska, teraz druga część roboty.

Oklej go taśmą, niech wygląda jak kokonik. Mordę mu też zatkaj.

-Bysio, i co dalej? To jest za duże...

-Pojedziemy drogą, gdzie nigdy nie ma glin. Znam starą halę po jakiejś maszynowni. Nikt tam nie zagląda. Kiedyś, gdy byłem szczylem, to była mielina nasze bandy. Tam go przytrzymamy. Na łańcuchu, rzecz jasna.

-To jest jak kryminalik z kreskówki. Naprawdę chcesz w to wejść?

-Ciut późnawo, Cacuś, nie uważasz?

-Leszek ma rację. On musi poczuć, co to jest męczarnia. Zresztą, puścimy go po paru dniach. Prawda?

-To zależy, jaki jest wytrzymały bez picia...

-O kurde. To naprawdę wygląda, jak scenariusz jakiegoś nieudacznika.

-Ja nie czuję się takim. A ty?

-Ja też nie. A dłoń mnie boli!

-Zapomniałem pokazać ci, jak masz zginąć dłoń. Naprawimy.

Teraz jednak trzeba było przygotować nowy dom dla zwyrodnialca. Tak jak Bysio mówił, miejsce od dawien dawna nie było odwiedzane, i zespół fabrycznych pomieszczeń pokrywał kurz i pajęczyny.

-Damy mu coś pod dupę?

-Ty, czy buda miała podłogę?

-Jeszcze czego, może nawet dywan?... Odpowiecie za to! Mam ludzi w Komendzie Głównej!

-To później, teraz meblujemy ci nowe mieszkanko. Skoro buda dla psa, którego zmęczyłeś nie miała podłogi, to na twoją dupę betonik też będzie dobry.

Że co? Że łańcuch za dużo waży? Taki byk, a taki mięczak. Nie wstyd ci?

-Krócej, zrób krócej.

-Wtedy on nie dosięgnie do miski.

-No i o to chodzi. Tamten piesio też nie mógł, a skurwiel będzie tylko patrzył na wodę i tyle będzie mógł.

-Panowie... Proszę pani... Pani taka elegancka... Tak nie można z człowiekiem. Chyba wierzycie w Boga...

-Dlatego tu jesteś, skurwielu.

-Nie zostawiajcie mnie! Błagam!

-Tamten pies codziennie cię błagał o łyk wody, o dobre słowo.

-Nie możecie mnie zabić za psa! Nikt tak nie robi!

-Tak? Masz szczęście. On chciał ci tak napierdolić, zanim cię przywiązał, że byś zapomniał, jak się nazywasz. Ale ja jestem elegancka i powiedziałam mu, że wtedy nie będzie czuł łańcucha. Dlatego masz szczęście.

-Ty kurwo!

-Kurwo? Teraz będziesz mógł tylko pomarzyć o kurwach. No i ciesz się, że jeszcze cię szczury nie zwąchały.

-O Boże... Mam tu zdechnąć? Jak pies?!

-Pierwszy raz powiedziałeś coś mądrego. Jak pies. Dokładnie.

Dzwoni ojciec Hanki. W mediach aż huczy o porywaczach, ale policja bezradna. Był ostatnim domem, daleko już za wodą, i nikt nie widział nic. Zostały tylko ślady butów i opon. Cała trójka ma natychmiast się stawić, bo może być konieczność pomocy prawnej.

-Jestem, co prawda cywilistą, ale Lubecki jest najlepszy w takich numerach, jak wasze. Chyba weszliście za daleko... Porwanie i być może śmierć...

-Tatusiu. Leszek uważa, że policja może się zaszukać, jak to on, że do usranej śmierci...

-Nie ma przestępstwa doskonałego i Leszek też to wie.

-Panie Henryku... Z całym szacunkiem... Wie pan, dlaczego nie ma? Bo gliny nie chwalą się, że dały dupy. Nie wiemy, ile razy... Ale pan mi powie... Czy to, co robimy, nie jest ważne? Codziennie słyszymy, że gdzieś na świecie człowiek człowieka morduje i jakoś nikt go nie rozlicza, bo jest silniejszy. Skąd w ogóle bierze się takie okrucieństwo w człowieku. Przecież religia mówi, że człowiek rodzi się na obraz i podobieństwo Boże, więc jak to jest...

-Kiedyś wykładałem prawo na uniwerku i wszystko chciałem zrozumieć, wytłumaczyć logicznie. Nie da się. Ohydy, jaka jest w ludziach, żadna logika nie wytłumaczy. To dlatego są wojny, masowe ludobójstwo. Czy robicie coś ważnego? Bardzo. Szkoda słów, jak bardzo.

-Może za nami pójdą inni.

-Haniu... Nawet jeżeli, to... Może jest tak dalekie, jak drugi brzeg oceanu, to warto. Teraz jednak trzeba się zastanowić, co zrobicie, gdy uwolnicie tego drania.

-Kto mówi o uwolnieniu...

-Panie Leszku! To jest morderstwo. Z premedytacją. A w ogóle czy któreś z was potrafi udźwignąć taki czyn? Teraz to są tylko słowa, nasza rozmowa, gdybanie. Ale ten człowiek umrze bez wody i jedzenia. Jeżeli przedtem nie zwariuje...

-To byłoby najlepsze, bo nas nie pozna.

-A ja jestem w tym....Wypuście tego drania, nie dziś ale za kilka dni

Obiecujesz mi córciu?

-Leszek tu decyduje...

-Zgadzam się na tydzień. Nikt nie zdechnie bez wody przez tak krótko.

-I co. Bysio, wypuścisz go, a on zakapuje.

-Nie, jeżeli będzie wiedział, że zanim gliny nas dorwą, to no nie będzie miał jednej, całej kości. Nikt nie lubi bólu i każdy chce żyć, chodzić. Rozwalę mu kolana tak, że najlepsze protezy nie pomogą. On wie, że tak się robi i będzie trzymał mordę w kubeł.

-Posłuchajcie... Zanim z tego zrobi się nieudaczny scenariusz do horroru czy książki, to radzę już teraz go uwolnić. A jeżeli okręci ten łańcuch dookoła szyi i udusi się? Pomyśleliście o tym? Jest coś takiego w kodeksie, co zaczyna się... „Kto zabija człowieka”...

-Tata ma rację. On rzeczywiście może się udusić łańcuchem. Myślę, że już zrozumiał, co zrobił.

-Zrozumieć, to no zrozumiał, gdy zabił psa. Ale czy zapłacił?

-Ja bym mu dał dzień, może dwa. Jeżeli się udusił, to już za późno. Jeżeli nie, to niech się pomęczy. Zgoda, panie Henryku?... Jutro go uwolnimy.

Zwyrodnialec nie udusił się, ale przytomny też nie był. Miska z wodą pełną. Przydała się, bo po kolejnym oblaniu drań otworzył oczy. Były puste... Przeraźliwie puste. Stało się to, o czym mówił ojciec Hanki. To były oczy człowieka obłąkanego...

-Boże... Co myśmy zrobili. On zwariował!

-Haniu... Nie tak szybko. Dam mu w dudy, to zacznie głębiej oddychać i dojdzie do siebie. A wtedy naprawdę zwariuje, ale ze szczęścia, że zdejmujemy łańcuch.

Bysio miał rację, ale dopiero po kilku godzinach...

Zwyrodnialec wychłeptał resztkę wody. Dokładnie wylizał miskę...

-Wiedziałem... Pani taka elegancka, wiedziałem...

-Gówno wiedziałeś, a o mojej elegancji jeszcze mniej. Mojemu ojcu zawdzięczasz, że żyjesz.

-Dość tej gadki! Ty, nigdy nas nie widziałeś! Rozumi? Jeżeli nie, to już nigdy nie będziesz mógł chodzić, a łapy tak ci załatwię, że ani dupy sobie nie podetrzesz, ani wacka w ręku nie utrzymasz. Jestem w tym dobry. Dobry? Najlepszy... No! Wstawaj. Sztachniesz się wolnością, rozejrzysz i na pewno trafisz do domu. Mówię ci do widzenia, aby nie było, że do zobaczenia. No! Wypierdalaj!

Dzwoni prosiaczkowaty dyrektor.

-Panie Leszku. Chyba pana pracownik i Marzenka są za blisko...

-A konkretnie.

-Pan tam mądrze konkretny...

-A pan w banku nie jest? Moi ludzie to mój bank, więc?

-W jego samochodzie byli bardzo blisko siebie. Ze to niby nic?

-Coś więcej?

-Rozumiem, że nastolatka przejmuje się sobą, ale do czasu, gdy pan Janek jest jej ochroniarzem, nosi tylko czerwoną bieliznę. Czerwone stringi takie, że właściwie nic nie zasłaniają. Czy to normalne?

-Moja dziewczyna też lubi takie. Ja też. Coś więcej?

-Dla mnie, to za dużo...

-Nie ma sprawy i tematu. Od jutra panienka dostaje faceta, który moim zdaniem nie lubi kobiet.

-Jakiś pedał? Tacy, to podobno mięczaki.

-Nie pedał, a pedały nie są mięczakami. Po prostu dwa razy żonaty i dwa razy baby oczyściły go ze wszystkiego. Zadowolony?

Ostatnie emocje sprawiły, że Bysio nie sypiał dobrze. Wygodny, przepastny fotel, podarunek od Rapackiego wciągał do snu. Resztkami świadomości pogratulował sobie, że przenieśli kasę do babci Cacusia.

Szafa pancerna okazała się dobra tylko na złom. Kiedyś przypadkiem uderzył ją mocno i drzwi otworzyły się na oścież... Jutro pójdzie i napierdoli sprzedawcy. Zadowolony z decyzji wpadł w głęboki sen. Dziwny był i bez sensu, jak to sny. Tak, ale ten był tak wyraźny, jakby obrazy działy się naprawdę. Stringi... Jaskrawo czerwone stringi i szczupła, mała dupka... Nie, to nie może być Hanka, aż tak szczuplutka nie jest, a stringi dusiły, zakrywał oczy i wtedy poczuł coś zimnego w uchu...

-Nie udawaj kurwa, że śpisz...

To musiał być sen. Nie... Jasiu Jakubiak trzymał dziewiątkę, lufa w uchu Bysia... Obok stała Marzenka...

-Myślałeś, że cię nie poznałam? Myślałeś, że zapomniałam, jak wrzuciłeś mnie na stół! Moja stara na pewno by chciała żebyś to ją wrzucił, powiedziałeś, że masz HIV... Masz?

-Zwariowaliście? A w ogóle o co chodzi. Jasiu, masz pracę jak z bajki. Płacę ci za mało?

-Zgadza się. O jakieś ćwierć miliona za mało. Rozpytałem...

Zgarnęliście wtedy. Znałem kolesi. Gdzie masz kasę! Otwieraj to!

-Nie muszę. Kopnij mocno, sama się otworzy...

-Pusto! Kurwa, pusto!

-Jak widzisz.

-Mówiłam ci, że to cwaniak. Nas wtedy też wykiwał, a tatuś jest w nim zakochany, że nic, tylko pan Leszek, wspaniały pan Leszek...

-Ty mała kurewko... Powiedzmy, że mnie zakapujesz, co nie będzie łatwe, bo kim ty jesteś. Słowo przeciwko słowu. To raz. A dwa, że teraz jesteś wspólniczką w napadzie rabunkowym. Nawet, jeśli to jest tylko wymuszenie rozbójnicze, to z poprawczaka nie wyjdziesz. Wiesz, co tam robią z takimi laluniami, jak ty?

A ty, Jasiu, dupa Jasiu, dostaniesz minimum dychę za zjebanie nieletniej. Ona nie ma piętnastu lat. Nie wiedziałeś? Nie udawaj...

-Nie muszę. W kroku metryki nie ma...

-Prokurator nie będzie zaglądał tak głęboko. Panienka ma dowód osobisty. Z obowiązku musiałeś widzieć.

Kiedyś kolega dostał dwanaście lat za przyjemność z czternastoletnią. Tylko dlatego, że rodzinka ładowana, ta załatwiła mu najlepszą papugę w Warszawie i sąd obniżył do ośmiu latek.

-Papugę?

-Adwokata, ty czubku. A mówiłeś, że nie lubisz cielęciny.

-Szefie... Ona tak się wyłożyła, że nawet ślepy by w to wszedł...

-Już nie szefie. Co zrobię? Wypierdolę cię, ale tak, że nikt z tobą nie będzie chciał rozmawiać o robocie. Schowaj spluwę. Ona zostaje, ty wychodzisz. Zawołam cię...

Marzenko... Oto scenariusz... Ty mnie kapujesz do glin. Powiedzmy, że na piczy kłak uwierzą, a to za mało, by zatrzymać. Co z tobą? Jesteś ładna... Podobasz się sobie?

-Ty gnoju, przepraszam, szanowny panie Leszku... Tak naprawdę, to jesteś taki jak wtedy, zwykły śmieć...

-Powiedzmy, że masz rację. Podobasz się sobie?

-Przecież wiesz. Każdy facet to widzi...

-Teraz... Ale powiedzmy, że zamkną mnie na jakiś czas. Mam kolegów. Tak ci przemalują mordę, że rodzona matka cię nie pozna. Kto? Codziennie będziesz srała w gacie nie wiedząc, czy ten facet, co cię mija na chodniku, czy ci faceci na rogu, czy ktoś inny, a wyrok masz demolki tej pięknej buźki. Tylko sama niepewność, bez bicia, spowoduje, że zbrzydniesz ze strachu. No, odpowiada ci taki scenariusz?

-Nie zrobi pan tego.

-Jasne, że nie. Nawet będę miał alibi, że nie wyszedłem spod celi. A do tego już nigdy nie zagrasz na tym pudle. Czy ty naprawdę to lubisz?

-Nie... Koleżanki mają życie. Normalne. Ubierają się, imprezują, a ja jestem genialna, więc muszę grać. Nienawidzę tego! Z nim miałem cudownie. Mieliśmy wyjechać do Meksyku... Bym nosiła tylko bikini...

-To ci obiecywał?

-Z taką kasą? Bułka z masłem...

-Jak, dziewczyno, jak! Jesteś małolata. Cała Polska by was szukała, nie mówiąc, że lotniska obstawione.

-On miał plan. Najpierw pociągiem do Berlina, a tam już samolot. Ma ludzi w Meksyku.

-Tak. Słyszałaś, że Mańce chuj stanął. Nie? Ja też nie. Wyjebał ci również mózg, frajerko. Zawołaj go. Zaczekasz za drzwiami...

No, dupa Jasiu... Miałeś podobno plan. Meksyk? Co ty o tym wiesz. Chyba naćpałeś się już w Afganistanie i nasłuchałeś bajerów.

-Poznałem Amerykanina. Byliśmy razem na patrolu. Jest z pochodzenia Meksykanem, takim amerykańskim i ma rodzinę w Meksyku. Mówił, że za pięćset dolarów na miesiąc mogę w Meksyku wynająć cacy domek, kucharkę, sprzątaczkę i ogrodnika. Wielu Amerykanów tam się osiedla, bo za pięć stów w Stanach mogą mieć suchy chlebek z cebulką...

Ta kasa, którą pan ukrył, dałaby mi całe życie.

-Życie z tak pazerną szczylówką kosztuję...

-Kto mówi, że bym ją zabrał. W Berlinie puścił na ulicę. Zarobi...

-Powtórzysz jej to?

-Coś pan! Wczorajszy?!

-Marzenko, słyszałaś?

-Każde słowo! Ty, nie wiem, jak cię nazwać. Wykorzystałeś mnie, jak zwykłą kurwę, a ja ciebie pokochałam. Chyba ciągle cię kocham. O Boże, jaka jestem głupia! Panie Leszku, co mam robić...

-Ty? Nie wiem. Ale on usłyszy, jak to mówi ojciec Hanki... ''Kto dopuszcza się czynu nierządnego na osobie poniżej lat piętnastu, lub pozbawionej rozeznania”... Dwanaście lat za coś takiego. Ciągle będziesz go kochała?

-Więc co będzie, pan nie jest zły...

-Obyś się nie pomyliła... Ja widzę to tak...

Ty ciągle jesteś piękna, Jasiu ciągle się bzyka, tatusiek szczęśliwy, że masz nowego stróża, a Jasiu jest na próbnym u mnie. Zna prawo łaski. Zesra się, to nakarmimy nim rybki w Wiśle. Dasz radę być grzeczny?

-Przysięgam! Zgłupiałem! Szefie...

-Nie zgłupiałeś. Nie zgadzam się. Jesteś głupi, a to różnica. No, dobrze. Tadek będzie miał cię na oku. On to stara glina, widział nie takich jak ty.

Marzenko... Odpowiada ci taki plan?

-Tak, ale on mnie już nie dotknie. Ty, nie wiem, jak cię nazwać! Zostawisz mnie w Berlinie, jak kurwę! Gdybym miała takich ludzi jak ma pan Leszek, to byś pożałował, że się urodziłeś. Ale jestem głupia!

-Wyluzuj. Powtarzasz się. Nie jesteś. To twój pierwszy facet, mógł ci mózg zalać spermą, rozumiem. Spadajcie...

Zamknął drzwi, zasunął zasuwę i zasnął spokojnym snem. Rankiem powtarzał w myślach scenę w nocy. A jednak wydarzyły się naprawdę. Co zrobi Marzenka... Chyba wystraszył ją i zrozumiała, że buzia zamknięta, to ciągle piękna buzia.

Minęło kilka dni.

-Wizyta policji...

-Pan Leszek Górski?

-Zgadza się, a pan, to kto?

-Inspektor Pawlak.

Huk jak młotem w głowie. Czyżby?!

-Czy Jan Jakubiak to pana pracownik?

-Tak. Skąd pan wie, inspektorze?

-Miał wizę z pana firmy. Wynajął sportowego Porszaka.

-Lubił ostro jeździć, nie dziwię się. Pokryję koszta.

-Przekroczył dozwoloną prędkość. Prędkość życia. Zabił się na Wisłostradzie... Pojedzie pan rozpoznać?...

Znał ulubione miejsce w parku, gdzie Jasiu „pilnował” Marzenkę. Była tam. W pobliżu anioł stróż wyglądający na każdego, tylko nie na bodygarda.

Bysio zaszedł go i uderzeniem zwalił w pobliskie krzaki.

-Tak pilnujesz? Za to ci płacę?!

-Szefie, pan podejdzie każdego. Pan jest najlepszy.

-Włóż do dupy taką gadkę. Wypierdalam cię!

-Tylko nie to! Ja nie mam nic. Jestem goły. Potrzebuję tą pracę... Ale pan naprawdę załatwi każdego. Ja przez dziesięć lat uczyłem się samoobrony i mam mistrzostwo w zapasach. Błagam...

-No dobrze. Na dziś koniec warty. Ja przejmuję. Marzenka, nie wyglądasz najlepiej... To już było, rozumiesz, było. Musisz do przodu. Jesteś naprawdę super. Wyrażę się, że gdybym cię nie znał, to bym się poderwał...

-Naprawdę? Mogę pana ucałować?!..

-Nie musisz. Dobrze siedzisz. Gotowa?

-Co?! Tatuś się dowiedział, że nie jestem dziewicą?!

-Nie. Tatuś nic nie wie i tak zostanie. Jasiu nie żyje...

Opowiedział... Dziewczyna zwymiotowała...