Start arrow Wiersze arrow "Patrol Sprawiedliwości" cz.5
"Patrol Sprawiedliwości" cz.5
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
17.03.2019.

ABY DO PRZODU...


-No i?

-Cacuś, jak jeszcze raz to usłyszę, to odpuszczam akcje...

-No, dobrze... Wywąchałeś?

-Jak mawiali, dość dano temu szczyle – krótka piłka i gitarka... Ten facet, co lubi ciągnąć psy uwiązane do samochodu, to gigant w prochach.

-A to śmierdzi!

-Nie nam. Wchodzimy, zamiatamy i na resztę życia koleś na widok psa będzie do kościoła...

-Wchodzimy? Jak...

-Przez drzwi, Cacuś, przez drzwi. W niedzielę. Pasuje?

-Nawet ma luz, jak mawia nasz cieć.

Piękna, a nawet ładna niedziela, jak mawia pewien element na Targówku. „Gigant” mieszkał na pierwszym piętrze cacy apartamentowca, a jak, z domofonem i elektroniką.

Elegancka pani nie protestowała, gdy Bysio delikatnie odsunął ją i pierwszy wszedł w elektroniką chronioną bramę.

Puk, puk...

-Niby kto... Milutki głosik...

-Uprasza się łaski szanownej królowej, my tylko po parę groszy...

-Krysiu! Kto tam?

-A takie dziady po kasę.

-Daj po ryjach! Za godzinę mamy imprezę.

-Pani Krysiu...Chyba się spóźnicie. No! Do szafy! Nie chcą wąchać,gdy się zesrasz!

-Gnojki! Posrane gnojki. Pomyliliście adres! Ty, Zdechlaku...

Kulturycha z metra cięty lekko odsunął Cacusia.

-Ty garbaty...

Bysio już od podwórka „garbił” się i wyglądał na łatwą przekąskę dla dwumetrowca.

-O Kurwa! Ktoś ty! Taki nie ma prawa tak bić! Przecież zapłaciłem!

Gigant kopał nogami kręcąc się w kółko na podłodze. Główkował... Tacy szmaciarze, a tak biją! Coś jest nie tak. Przecież zapłacił za każdy gram towaru. Kim oni są!...

-Zapłaciłeś, mówisz? Pierdolisz, koleś, po prostu pierdolisz... Nawet nie zaliczkę. Dopiero dziś zapłacisz. Co ci powiedziałem, abyś siedziała w szafie! Kurwów nie biję, chyba, że wyjątkowo. No, już do pudła! O czym my tu? Aha, że dziś zapłacisz. Czy zdechniesz po drodze?

-Po drodze? Nigdzie nie jadę...

-Pojedziesz, a to będzie bardzo wyboista droga. Znasz tą budowę pod wyskokościowiec?

-Jesteście budowlańcy?

-Bysio... On ma rację. W jakim sensie budujemy lepsze społeczeństwo.

-Nie, koleś, nie jesteśmy, a ten, co wygląda jak wycinanka z gazet, czyli, jak ty byś to powiedział, że do chuja niepodobny, to inteligencik. Przez takich jak, on, co wszystko wytłumaczą, mamy tyle gnoju, że ty w nim pięknie i ładnie pływasz. Pamiętasz tego psa?

-Co wy? Zabić za psa? To nawet nie był mój pies, ale Krysia trzymała go, bo gdy wychodziła z nim, to chłopaki gwizdali... Ja miałem tego dość.

-Powiedziałeś wychodziła? Krysiu, wyjdź z szafy. Podaj Patrykowi ciepłą kurtkę.

-Ciepłą? Dziś jest prawie trzydzieści w cieniu...

-Tylko zrób to. No! Chcesz kopa w dupę i żyletę na rozpęd?!

-Ty... Wyjdziemy we trójkę, jak starzy kumple. Masz linkę?

-Linkę? Po cholerę. No mam.

-Kluczyki do Dżipa też weź. Pojedziemy...

Cacuś zgrabnie obwiązał skurwiela linką i zawiązał ją do zderzaka Dżipa...

Jakiś czas skurwiel krzyczał, gdy podskakiwał na wybojach gruntowej drogi. Zostawił za sobą całkiem, całkiem równy pas wyślizgany stu kilową masą. Po kilkuset metrach Bysio zatrzymał Dżipa i wrzucił tylny bieg. Sprawdził puls. Zwyrodnialec żył, ale na pewno nie miał ani jednej całej kości.

-Cacuś, rozwiąż go...

-Zostawimy go tak?

-A jak! On też zostawił tamtego psa, ale piesio nie żył. On ma więcej szczęścia.

Dzwoni Czaruś...

-No cześć, wieszczu... Jak robota?

-Już nie mam...

-Wylali cię?! Tam nawet analfabetę zatrudnią!

-Przesadzasz. Spotkałem ciekawych i nie głupich ludzi, jednak rzecz w tym, że z czystym sumieniem, albo inaczej – ze świadomością frajera nie potrafię brać i nie małej kasy za gadanie o czymś, co każdy, kto interesuje się piłką nożną zna się nie gorzej niż oni.

-Tu masz piątkę, czyli dziś żółwika...

-Nie zrozum mnie źle, co nie znaczy, że nie odszczekam co powiedziałem, że dziennikarz to tylko zajęcie, a nie zawód? Pamiętasz? Taksówkarz wozi ludzi, dziennikarz gada i pisze i tym się zajmują.

-Krócej, Czaruś, krócej...

-Dziennikarze to krwiobieg społeczeństwa. Bez nich nawet nudno by było... Żartuję. Są potrzebni.

-Ale kasa, Czaruś, kasa jest potrzebna, by twój krwiobieg nie stanął.

-Dlatego wyczyściłem konto, pożebrałem ciut w rodzinie i kupiłem małą Toyotkę. Będę taksówkarzem. Kolega z ogólniaka już dwadzieścia lat siedzi za kółkiem i drugi domek stawia... A u ciebie? Bysio ciągle bije za kasę i dla kasy?

-Bysia dorwała panienka, architektka, klasa, że tylko na wybieg...

-Nie gadaj. Będzie modelką?

-nie, ale modeluje Bysia na obraz i podobieństwo boże, jak to mawiali nasi rodzice.

-Skoro rodzina, to przyda się taryfa. To mój numer. Nie zgub...

Dzwoni Bysio...

-Ale nudy! Wymyśliłeś coś?

-Zanim o cosiu. Jak to jest, że ty prowadzisz jakiegoś skurwiela, to on idzie prawie jak mój kumpel?

-Cacuś... Czy chcesz się zesrać publicznie?

-Nie łapię... Przecież zapytałem cię poważnie

-Ja też poważnie... Trzymam gościa za ramię ciut wyżej łokcia i ściskam. Gościu czuję, że mogę mocniej. Bywa, że próbuję, ale tylko raz...

-Aha! Ściśniesz mocniej, to on popuści... Publicznie. Może nie zobaczą, ale poczują... Pytałeś o coś?

-W rzeczy samej. Nie masz? Nie szkodzi, ale nie uwierzysz, bo Hanka nawija nam następne coś. Ale to dłuższa historia. Ta sama kafejka?

-Hanka nawija naszą robotę? Odbiło ci? Chyba nie powiedziałeś o naszej firmie oczyszczania miasta. Jesteśmy jak mafia, a w mafii nawet żony nie mogą nic wiedzieć.

-Spokojnie. Hanka namawia mnie na założenie firmy ochroniarskiej. Tata adwokat i powiedział, że to mały pikuś. Sprawdzą, że nie karany, zbadają psychologiem i już się ma. A firma powinna nazywać się „Hanka”...

-Mnie to się podoba, ale skąd jej ojcu coś takiego...

-Wracaliśmy piechotą do domu, było ciepło – ale mżył deszcz i było ciemnawo...

-Bawisz się w Czarusia? No, tego od książek...

-Zabawy nie było, ale czterech kolesi z bejsbolowymi pałami... Zaczęło się jak zwykle od gadki i taki największy podszedł do Hanki... Powiedział...

-Takie ciało by się pchało...

-Normalka... Hania chodzi jak marzenie ze snu wielu kolesi...

-Nie dla mnie. Ten gadatliwy już się skręcał na chodniku, drugi doskoczył z pałą, ale się tylko zamachnął... Reszta już paliła Adidasy. Gliny przyjechały dopiero po pół godzinie, ale tych dwóch ciągle na ziemi i jęczą...

Wtedy ojciec Hanki...

-Panie Leszku, pan się marnuje...

No i tak dalej.

Możemy już od jutra mieć lokalizację, a te prawne papierki tata Hanki załatwi.

-A niby kogo mamy ochraniać? Hankę w „Hance”?...

-Oj, Cacuś, Cacuś, maturę chyba masz, bo ja nie, ale myślę do przodu.

-Samo to nie wystarcza.

-Jeden z klientów ojca Hanki ma dziwny interes... Sprzedaje, kupuje, a towaru nie ma...

-Prochy? Ty chcesz w to wejść?

-Prochy są dla dupków, dla gówniarzy z dawnego Wołomina. Facet czysty, kasa też, tylko, że już parę razy miał wizytę kolesi, aby nie był taki samolubny... Znaczy się, dzielił się...

-No...

-Tylko bez tego... I... Więc ten facio sra w te swoje konta. Mówiłem, że kolesie od dzielenia się zaproponowali pałami...

-Połowa jego kasy i biznesu?

-Tak tylko na „dzień dobry”...

-No, a tata Hanki, adwokat, no wiesz, legalna ochrona.

-Gliny powiedziały, że to jak szukać ducha...

-Bysio... Ci od podziału gołą ręką nie biją i w ogóle nie muszą bić. Następnym razem mogą powiedzieć, że domek pana bogatego z nim w środku, może być dobry na gryla... Rozumi?

-Myślałem i o tym. Dlatego musimy ich namierzyć i podgrzać...

-To jakoś nie mieści się w naszej firmie oczyszczania...

-Nie? Ale Hanka i ten facet się mieszczą. A co, śmiecie to śmiecie i trzeba pozamiatać. Zgadza się?

-no niby tak, ale co z twoją robotą?

-Mam parę tygodni urlopu. Przez ten czas zobaczymy, czy rozkręcę „Hankę”. Ten od dużych dziadźków ma znajomych, a oni znajomych. Ludzie potrzebują ochrony, gdy sami śmierdzą... tak już jest i tu wchodzimy my...

-Bysio. Ja mam przyszłość bez rozkręcania, ale nie rezygnujesz z naszej firmy oczyszczania miasta?

-Coś ty! Jak ty to mówisz... No i tu wchodzi Hanka...

-Ma dla nas robotę?

-Przecież od tego zaczęliśmy...

Typowy blok na Muranowie.

-A panowie w sprawie?

Otłuszczony rudzielec czknął nieprzetrawioną kolacją w płynie.

-W sprawie przeczyszczenia.

-A i owszem, a i owszem, ale z tym do firmy. Prywatnie nie przyjmuję.

-Mamy propozycję rozwojową. Nasza firma hydrauliczna jakoś nie wypaliła i chcemy sprzedać do pańskiej. Podobno jest najlepsza...

-W Warszawie? Nie tylko. No to zapraszam.

Ale te obcęgi to do czego...

-Wyrywamy bez znieczulenia. No! Siedź i słuchaj!

-Gówno mi wyrwiecie, frajerzy...

Wyjął protezę i położył na stole.

-Wyjebałem was i co teraz z tymi obcążkami zrobicie?

-Zejdziemy piętro niżej...

-Coś pan, niedopity? To jest parter...

-Ściągaj gacie! No! Nie słyszysz?!

Bysio jednym ruchem zerwał u rudzielca spodnie.

-Pedalstwo! Ratunku! Pedalstwo!

-Nie drzyj się. Mamy ci tylko odciąć jajka. Dobierałeś się do majtek córki, a fe, nieładnie. Bez jajek będziesz, jak to mówią – resocjalizowany.

-Panowie, tylko nie to! Błagam. Byłem wtedy pijany, a gówniara sama weszła do łóżka...

-Kłamiesz! Ale nie będziemy ci udowadniali. Zrobimy tak, słuchasz?

-Jak nigdy w życiu!

-Jeszcze raz uderzysz żonę i dzieci, i będziesz próbował takich numerów z Asią, to nie tylko jaja ci obetniemy, ale pół wacusia też. Zostawimy tyle, abyś mógł się odeszczać. Ale to nie wszystko...

W tą niedzielę zabierasz rodzinę na spacer, dzieciakom kupujesz lody, a Asi sukienkę.

-Ale już pada, a będzie lało...

-To weźmiesz rodzinkę do kina, a sklepy są otwarte. No zakryj dupę!

Hanka zaśmiewała się jak małe dziecko i powtarzała... ale jaja, ale jaja.

-Co ty tak z jajami. To tylko niedoszła operacja...

-Bo przypomniałam, co kiedyś opowiadał Marek. Jakiś czas pracował w Stanach. Oto jego opowieść z jajami...

Do banku w Nowym Yorku. Wchodzi baba, jedna z tych, co śpią w bramach biurowców. Ciągnie za sobą duży worek. Podchodzi do kasy i mówi, że chce zdeponować milion dolarów.

Młody kasjer w achach i ochach, że do usług, ale baba hamuje go mówiąc, że chce rozmawiać z dyrektorem.

-Naturalnie, naturalnie!...

Prowadzą babę do dyrektora, a on, że to taki zaszczyt, że wybrała najlepszy bank, ale...

-Z całym szacunkiem... Ale jak pani doszła do takiej sumy?

-To proste. Zakładam się...

-Zakłada się pani? Na wyścigach koni, może psów?

-Nie. Zakładam się na ludziach.

-Na ludziach?

-Tak. Założę się o dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, ze jutro o dziesiątej rano będzie miał pan kwadratowe jajka...

Wariatka jakaś. Myśli dyrektor, ale wszyscy, poza żoną, wiedzą, że na boku jest szczuplutka blondyneczka z dupką tylko do Mercedesa, uszka, że tylko do brylancików, a rączki do rozporka... Taka kasa się przyda.

Dyrektor przyjął zakład.

Wraca do domu i od progu do żony, że go potwornie boli głowa...

W nocy cap, za jajeczka... Spoko, okrągłe. Budzi się i znowu sprawdza. Spoko, okrągłe...

Uśmiechnięty wchodzi do banku, gdzie już czeka baba milionerka i jest w towarzystwie młodego, eleganckiego faceta.

-A ten pan to kto?

Pyta dyrektor.

-A to mój adwokat. Rozumie pan. Dyrektorze, taki zakład...

-Naturalnie, naturalnie...

-Dyrektorze... Jest już dziesiąta, czas sprawdzić...

-Naturalnie, naturalnie...

Dyrektor rozporeczek w dół, a baba go cap za jaja...

Chwila ciszy długa jak wieczność.

Wreszcie baba...

-Dyrektorze... Muszę stwierdzić, że ma pan okrągłe jajka.

Ha! Ha! Ha! Ryczy szczęśliwy dyrektor, ale widzi, że adwokat baby bije głową o ścianę, aż krew tryska.

-Na litość boską! Co pan robi?!

-Bo widzi pan, dyrektorze... Założyłam się z nim o pięćdziesiąt tysięcy dolarów, że dziś o dziesiątej rano będę trzymała pana za jajka...

„Hanka” już ma pierwszego pracownika. Były glina z dochodzeniówki i polecenia ojca Hanki. Dobra emerytura pozwala mu na razie pracować za przysłowiowe „Bóg zapłać”.

Bysio dał mu ksywkę :Drugi”... Zjawił się w bardzo odpowiednim momencie. Cacuś wpadł w mocną grypę, a tu telefon do Hanki, że lasek w pobliżu domu jej koleżanki śmierdzi coraz bardziej...

-Nie oczyszczamy ze śmieci. Przecież wiesz, nie taka jest rola ochroniarzy.

-Leszku. Oczywiście, że wiem, ale koleżanka zaprosiła mnie na piżamową imprezę. Była gorąca noc, a właśnie wysiadła klimatyzacja. Przez otwarte okna leciał smród jak ze sraczyka, tak to kulturalnie nazwę.

-To po jaką cholerę rodzice koleżanki właśnie tam kupili działkę i postawili dom?

-Las w pobliżu, dobra cena i doskonały dojazd do Warszawy. Owszem, z lasu zalatywało, ale tylko latem i przy silnym wietrze. Liczyli, że tak zwane czynniki coś zrobią.

-Ale już nie liczą, prawda?

-Najprawdziwsza i śmierdząca. Poradzisz coś?

-Daj namiary...

Rzeczywiście, okolica cacy, nowe domki też, a ze był lekki mrozik, to nawet nie śmierdziało i Bysio pomyślał, że jak to kobiety, po prostu lubią sprzątać i zamiatać...

Jednak już kilkadziesiąt metrów dalej w las, a zobaczył wysypisko. Nic innego niż wygodne miejsce do wywożenia śmieci i odpadów każdego rodzaju. Kto? Nie trzeba dochodzeniowca, by stwierdzić, że... wszyscy, którym jest tak wygodniej, a przede wszystkim taniej.

-Szefie... Mam pomysł prosty, dziecinnie prosty. Nikt tu nie wyrzuca śmieci w dzień. Każdy by zakapował każdego... Tak to już jest. Przyjedziemy, zanocujemy w samochodzie. Może trzeba będzie zarwać noc lub dwie, ale będzie warto. Stoi?

-Jak sosna, czyli wacuś przed randką...

Pierwsza noc i nic.

Druga i to samo.

-Ktoś nas zakapował...

-Nie, szefie. Wybraliśmy zły czas w miesiącu. Ja piszę się na trzecią nockę, pan może wracać.

-No i co, powiedzieć panience, że zesrałem się? O nie! Czekamy.

Z pierwszym zmierzchem zobaczyli światła samochodów. Dwa małe „pikapy”. Poleciały worki, kubły, kolorowe farby, a do tego jak to w bogatym kraju... telewizory, a nawet dwie lodówki...

-Teraz, szefie?

Głośne wycie jednego z kierowców trochę tłumiły wrzucane do ciężarówek śmiecie przez drugiego z amatorów darmowego wysypiska. Teraz ten darł się, że go boli, a ten pierwszy oczyszczał resztki śmieciowiska.

-Nie bij tyle po łapach! Muszą wrócić do domu. Zrobimy im kolorek na dupach, tak, że pojadą na stojąco.

-Kończymy operację?

-tak jest, panie doktorze. Pacjenci pod pełną narkozą... Minęło kilka tygodni. Koleżanka Hanki powiedziała, że do tego lasku warto iść na spacer i wąchać czystą zieleń...

Kto wywoził śmiecie, pozostało nieistotną tajemnicą...

Dzwoni Rapacki, pierwszy klient „Hanki”. Kolesie pazerni na jego kasę zapowiedzieli się na najbliższą sobotę. Czy ma powiadomić gliny?

-Panie starszy. Coś pan wczorajszy, zza Buga? Wiadomo, że nie przyjadą w sobotę.

-To co mam robić. Kazali, bym trzymał milion dolców w zębach, albo nie będę miał zębów...

-To tylko taka gadka, a miliona w pysku nawet koń nie utrzyma. Rozmawiasz pan z fachowcami, a tamci to tylko napaleni gówniarze.

-Jacy gówniarze? Jeden jest w moim wieku, a morda jak z kreskówki do straszenia dzieci. To też zawodowcy. Tak myślę...

-Od myślenia ma pan naszą firmę. Pozamiatamy.

-Szefie... Pan Cacuś już na nogach, nie jest pan sam. Co ja myślę to zakotwiczę się na kilka dni tak, by mieć willę Rapackiego na oku. Podobno za pierwszym razem musiał dać sporą kasę. Rozsmakowali się. Góra dwa, trzy dni i przyjadą. Ta pana Toyotka, zwyczajnie biała, a takich w Warszawie tysiące. Pojadę za nimi i za parę dni pojedziemy tam razem. Nie tylko z wizytą, ale z pistoletem po prośbie. Dosłownie.

W międzyczasie Bysio przyjął drugiego pracownika i nazwał go „Trzeci”. Naturalnie, pierwszym był on, to chyba jasne?

Ten nowy był komandosem po służbie w Afganistanie. Bysio nigdy nie interesował się polityką. Od tego miał Cacusia, który potrafił zanudzić swoimi teoriami. Taka wojna w Afganistanie... Cacuś nazwał ją okupacją Afganistanu pod rozkazami Amerykanów. Co tam mieli robić Polacy, jak nie pomagać okupantowi? Chyba zapyta Trzeciego, co o tym myśli...

Komandos nie należał do rozmownych, ale Bysio zdołał wycisnąć z niego to, co sam myślał.

-Jak nas, polskich żołnierzy, widziano w Afganistanie? Szefie, a jak by pan widział na przykład Szwabów albo ruskich w Polsce? Nie podoba im się nasza religia, nasze zwyczaje? A chuj im do tego! Nie uważa pan?

Major tłumaczył man, że w Afganistanie bronimy Polski... Starałem się to zrozumieć, a wiedziałem, że Afganistan nie atakuje Polski... Major tłumaczył nam, że w Afganistanie wylęgają się terroryści i zabijają ludzi w Europie... My zabijaliśmy ludzi w Afganistanie... Ktoś większy niż pan i ja decydował, aby nasi chłopcy umierali, pomagając Amerykanom...

Powtórzył rozmowę Cacusiowi i co usłyszał?

-Bysio, nie chcę mącić ci w głowie, ale komuś bardzo nie podoba się, że Afgańczycy wierzą w co i kogo wierzą, i nie lubią, gdy ktoś tego nie lubi...

-Może prościej?

-Prościej się nie da. Dodam ci, że Afganistan jest jak magnes... Ponad sto lat Anglicy próbowali go mieć dla siebie. Ostatnio Ruskie, te jeszcze z kochanego Związku Zdradzieckiego przez dziesięć lat moczyli tam dupę, aż Mużahadin odstrzelili im tyle, że ledwo mogli wrócić do Sojuzu...

Teraz próbują Amerykanie, a my im pomagamy, niby w szkoleniu Afgańczyków? Rzecz w tym,że oni nie chcą byś szkoleni... Rozumiesz?

Zrozumiał, że były komandos ma problemy... Ćpał.

Bysio złapał go na wąchaniu czegoś, a komandos nie zdążył schować. Myślał, że Bysio to ot, kulturycha i tyle, a on zna sztuki walki... Taki z niego sztukmistrz, że po sekundzie błagał Bysia, by ten poluzował chwyt...

-Mamy problem... Czyli, jak często mawia Cacuś... Houston, mamy problem... Zobaczę to jeszcze raz, to jak pakunek, pod pachą zaniosę do tej kliniki, gdzie leczą takich wąchających...

-Szefie... Przysięgam... Nie, inaczej... Daję słowo żołnierza, że się nie powtórzy.

-Gówno mnie obchodzi twoje słowo żołnierza. W wojsku nie byłem, ale moja firma to coś jak wojsko. Zesrasz się, a klient nie tylko nas odpuści, to jeszcze zakapuje do prokuratora. Gdzie masz resztę tego gówna!

-To jest warte...

-Koleś... Nie ten adres! Znam ulice lepiej niż ty własną dupę i powiem ci, że warte jest zdechnięcia pod mostem albo na dnie Wisły. Widziałem takich. Chcesz być następny? Bardzo proszę. Twoje życie, ale moja reputacja. O kurwa! Ale się zmęczyłem... nie potrafię tyle mówić...

Tymczasem Drugi zaczekał, aż pazerni na kasę Rapackiego wyjdą z jego willi. Pojechał za nimi. Cacy domek w bocznej uliczce Nowego Światu. Była niedziela rano. Z otwartego okna na Nowym Świecie słodził stary szlagier...

… ”Jest niedziela

pełen ludzi Nowy Świat

… Z autobusu

numer sto dwadzieścia pięćdziesiąt

ktoś uśmiechnął się dziś do mnie

świeci słońce

piękny dzień...”

Kilka godzin później Bysio uderzeniem kantem dłoni w kark zwalił dryblasa. Upadł i znieruchomiał. Glina wszedł pierwszy... Krzyczał... -Policja! Na ziemię! Łapy na głowę! Błyskał policyjną „blachą”, a dziewiątka w ręku Bysia też ładnie błyszczała. Lubił ten kaliber. Jeżeli już trafić, to tak, aby trafiony – jak to mawiał cieć – Nie do pogotowia, ale do Bozi trafił...

W pomieszczeniu słodko pachnącym błękitnym dymkiem chyba już robiły w majtki siuśki nastoletnie. Kilku tatuśków i trzech goryli budowy Bysia.

-Co my tu mamy... Różowe baleciki... Ty, ile masz lat?! Jeszcze cycki ci dobrze nie urosły! No?! Dwanaście?

-Trzynaście, proszę pana...

Bysio oklejał maskującą, srebrną taśmą ostatniego goryla. Ale cyrk! Tylko kręcić pornosa z horrorem. Do tego kasa. Bardzo dużo kasy, bo goryle i tatuśkowie zabawiali się pokerkiem.

-Zwijamy towarzystwo?

-Nie, poruczniku. Chłopcy przyjdą do nich później. Zabieramy dowody osobiste i kasę.

-A panienki?

-Tym zajmie się obyczajówka. No! Ubierzcie się i do domu! Do domu, do mamusi!

Po przeliczeniu kasy, a było tego pół miliona zielonych i sporo kolorowej waluty plus złotówki z królem Władysławem, pozostało pytanie: oddać Rapackiemu, czy zatrzymać na chwałę „Hanki”.

-Ja tam nie wiem, ale jakaś pensja by się przydała po czterech miesiącach roboty na chwałę firmy.

-A ja wiem, że Hanka lubi czerwony kolor...

-Coś pan ,szefie... Tu wszystko jest zielone. No, może to europejskie gówno ma ciut czerwonego.

-Pierścionek, rozumi? Pierścionek. Jej tata ma znajomego jubilera.

-Po cholerę znajomość. Kasa też się zna...

-Tak, ale kiedy powiedział, gdy napomnąłem o pierścionku, abym nie kupował bez znajomości, bo Ruskie lat temu wiele naprodukowali tony sztucznych, jak im tam, rubinów?

-Ooo... To bardzo drogie zabawki, gdy prawdziwe. Kiedyś zajęliśmy nielegalkę takiego gościa z tych mocno opalonych, naturalnym kolorkiem... Miał trochę kamyczków. Nasz ekspert powiedział, że taki czerwony nie większy od mego paznokcia, to tyle, co najdroższy Merc albo beemka serii 700...

-Czyli Rapacki tylko się ucieszy, że ma takich ochroniarzy. To chyba też coś warte?...

Ale co zrobimy z dowodzikami. Tatuśkowie pewno zgłoszą do glin, że zgubili?

-Zrobimy jak Pan Bóg przykazał...że zgłoszą do glin? Dokładnie tam je znajdą. Włożę do koperty, takiej z życzeniami i wyślę na komendę z adresem tego saloniku i jako nadawca, czyli ten najstarszy.

-Myślałeś, że taka będzie robota?

-Ponad dwadzieścia lat pracy w policji zlikwidowało myślenie...

-Nawet w dochodzeniówce?

-Zwłaszcza tam. Widzisz tego? On musi myśleć, gdy przez osiem godzin trafiają mu się tacy jak ci, z tej meliny. Dzielnicowy... to jest prawdziwa praca w policji...

Dzwoni ojciec Hanki...

-Mam dla was następnego klienta. Ładowany jak stąd dalej niż nawet na Karaiby...

-Prawie teściu... Mam nadzieję, że to tylko takie powiedzonko.

-Niezupełnie. Facet ma wyjątkowe powiązania i kasę jak kilku Rapackich.

-Nawet przez telefon czuję smród prochów. Nie, dziękuję, nie biorę... Chce pan mieć żywego dla Hanki?

-Nie pomyślałem, przyznaję. Uważasz, Leszku, tak jak mówisz?

-nie uważam, to nie mówię. Uczę się sporo od tego gliny z polecenia pana. Już dziś zamawiam wizytę u tego jubilera.

A Rapacki „zmienił się” w Cacusia...

-No i! No i!

-Ależ to się rozmnożyło...

-Nie mów pan?! Aż tylu ich jest?!

-Ich już prawie nie ma, ale mój przyjaciel właśnie tak zaczyna zdanie. Zresztą, poznał go pan, mego partnera.

A co do nich? Myślę, że najpierw zmienią majtki, potem zajęcie. Nie wiedziałem, że detektyw tak potrafi bić. Nie, żeby silnie, ale wie, gdzie. Co glina, to glina...

-No i gdzie... Przepraszam... to znaczy gdzie ich bił?

-Gdy zdjęli Adidasy, to dał im kolorek na podeszwach, nie butów, stóp.

-Kolorek? Tak się mówi?

-Gdy coś jest czerwone i czarne, tak. Uważam, że kolesie przez długi czas będą chodzili na czterech, jak pies... Czy wiedzą, od kogo taki prezent? Nawet, gdyby nie wiedzieli, to teraz wiedzą, że źle się bawili. Uważam, że to już zamknięty rozdział.

Mamy ponad ćwierć miliona szmalu, a ja nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Do banku nie można, bo skarbówka nas zajebie. Trzymać w kasie pancernej?

-Szkoda. Pieniądz musi albo robić pieniądz, albo służyć dobrej sprawie. Kiedyś, Cacuś i ja mieliśmy też dużo szmalu i też nie do banku. Cacuś, tak, to chyba był jego pomysł, by dać do sióstr Urszulanek. Nie ma lepszych pielęgniarek niż te siostry. Pracują za darmo, ani im w głowie strajkować, a większość, to dyplomowane, po studiach. Teraz też tak zrobimy. Poruczniku...

-Wolę po imieniu...

-Tadeusz, ty będziesz Święty Mikołaj... Zaniesiesz połowę tego. Reszta? Można na tą dziewczynkę, co walczy z rakiem skóry, ale skarbówka wywącha, Rapacki się dowie. Pomysł z szafą pancerną nie jest zły. Odleży się i będziemy cyckali po trochę.