Start arrow Spis felietonów arrow "Patrol Sprawiedliwości" cz.3
"Patrol Sprawiedliwości" cz.3
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
17.03.2019.

GRA...


-Panie dyrektorze...

-Tak, Patrycjo?

-Jakiś Amerykanin do pana.

-Amerykanin? Nie zamawiałem na dziś... A ma nazwisko?

-Samuel Perkins z firmy Johnson and Johnson, w Los Angeles.

-Ależ tak, poprosić...

-Mister Perkins, sorry my English, but i understand. Sorry, Patricio, zawołaj Jareckiego, sam nie dam rady!

-Przecież Jarecki od wczoraj na urlopie.

-Oh, yes, yes, sorry mister Samuel...

-Perkins, Samuel Perkins. Okej, dupku, dość udawania, i tak nic nie zrozumiesz poza Oh, yes i sorry.

-Dyrektor otworzył pulchne usteczka, szeroko otworzył i usłyszał, że Perkins mówi po polsku. Ma zamknąć ryjek, a otworzyć uszy. Okrąglutki, różowiutki dyrektor z kiełbasami paluszków pięknie lśniącymi perłówką manikiuru jeszcze szerzej otworzył rzeczywiście buźkę prosiaczka.

Ale się kurwa utuczył na takich, jak rodzina kolegi.

-No, tylko krzyknij, to wyduszę ci ten tłuszczyk, aż do jajeczek. Powiedz tej tapirowanej na czarno, że nie przyjmujesz telefonów i niech tu nie pokazuje dupy, rozumiesz? Kurwa, choć, kiwnij głową, że tak... Chyba mi nie zrobisz numeru z 112? Grubasy lubią tam dzwonić... Zadzwonisz do domu...

Słowo dom przywróciło przytomność i dyrektor niespodziewanie spokojnie wskazał na ściany i sufit.

-Już jest pan sławny, panie jak mu tam? Filmują pana...

-Ale nie słyszą, bo przecież nie chce pan, aby ktoś słyszał, o czym tu i co się przewala. Że filmują? Pewno myślą, że ma pan tu Hiszpana, tam teraz większy burdel niż tu, bo i 20% bezrobocia i śluby pedałów.

-Jak na Perkinsa, to chyba pan miał tatusia, co kiedyś był w Łodzi na kursie przygotowawczym.

-Co?

-Pan jest za młody. Kiedyś tam mieszkali studenci egzotyki... Ale czym mogę służyć, bo chyba czymś, prawda?

-Z przestraszonego prosiaczka szybko zrobiłeś się przytomniak. To nie jest aktówka, tylko składanka, może pomieścić pół miliona dolców, mogą być funty, ale nie to gówno euro. Ale teraz telefonik do pani dyrektorowej... Żoneczka powie ci, jakiego mają gościa i co zrobi, gdy będziesz udawał mądrzejszego niż jesteś. No, dzwoń, a potem, jak starzy kumple, pójdziemy do sejfu. Sypniesz koleś ziarnem, a wszystko i tak z takich jak ja, frajerów, zgadza się? No kurwa, dzwoń!

-Boże!... A jak on wygląda? Mówi, że ma HIV, ale i tak spier... przepraszam, tak powiedział. Że jej potem palce połamie... Zabrał wam komórki? Wszedł przez łazienkę? Przecież mówiłem, że gdy za ciepło, to włącz klimę...

-Dość. Wiesz już co trzeba. Panienki będą grzeczne, a ty posłuszny, to kolega nie połamie paluszków pianistce, tylko założy jej parówę, a ma co, mówię ci, ma. Może zostawi trochę HIV-a dla pani dyrektorowej...

-Panie, jak panu tam, już idziemy, proszę, już idziemy. Ale pan żartuje z tym HIV-em, prawda, niech pan powie, że żartuje... Dlaczego karać dziecko...

-Jakie dziecko. Ma nogę grubszą od wacka? Pytam po polsku, ma?

-No, nie rozumiem, nogę grubszą od penisa? No, ma, dlaczego...

-Jak ma grubszą, to się nadaje i nie jest żadne dziecko.

Ale czas to pieniądz, zwłaszcza tutaj...

-Patrycjo, pan Perkins chce się upewnić, czy to jest bezpieczny bank, wrócimy wkrótce, nie będę odbierał komórki, proszę nikogo nie zapisywać przed dwunastą.

-It was great pleasure to meet you, beautiful Patricia. Well, like we say... Pat, that is, right?

-Oh, yes, yes, mister Perkins... A panowie, wrócicie na kawę? Już parzę, kolumbijską, ze śmietanką, prawda, panie dyrektorze?

-Yes, yes, ze śmietanką...

-Czy dlatego, że ona nie nosi majtek, to masz większe obroty?

-Nie nosi majtek? Przysięgam, nie wiedziałem... Sorry, tu nie ma pół miliona. Jesteś pan o dwa dni za późno...

-Ile tego? Mówiłem, że nie chce euro ani franków.

-Ale bez euro nie będzie pół miliona dolców i funtów, najwyżej z dwieście tysięcy

-Dodaj tą picną walutę i nie ma nas. Jeżeli zadzwonisz do glin, to raz, że mnie gówno znajdą, dwa, że mój koleś rozpierdoli ci rodzinkę, a trzy, że wrócimy, dokończymy i będzie pozamiatane, rozumiesz? A straty? Tle tu było twojego?

-Połowa...

-Ty skurwielu! Masz szczęście, że naprawdę nie lubię bić. Ćwierć miliona na frajerach, co uwierzyli w twój bank!

-Jaki mój! Proszę pana, ja nawet nie znam właścicieli. To jest większa operacja niż pan myśli. Ja tylko...

-Roluję naiwnych na pożyczkach!

-Bank żyje z pożyczania, pan to przecież wie.

-Teraz uśmiechamy się, nie musisz mi podawać tego pulchniaka. Wpadnij czasem na siłownię, bo jak nic, żonka spierdoli się z listonoszem. Miłego dnia...

Kwiecień plecień na szczęście, bo dopiero na ulicy Cacuś poczuł, że żar rozwala mu skronie. Chłodny wiatr zdawał się śpiewać... To dla ciebie...spokojnie, już po wszystkim...Dumny jestem z ciebie...

Kurwa... gadam ze sobą. Udało się! Przechodząca blondyneczka, czyli rodzynek w czerni babskiego farbowania się zrobiła maślane oczy.

Taki szczuplutki, wysoki elegancik, gdzieś z południa, ale chyba pedał, bo nawet nie zauważył moje metry osiemdziesiąt „modelki z Pragi Południe”...

Pierwsza rzecz, to wyjmę te wkładki, zanim skręcę kostki. Byłem sam Perkins, metr osiemdziesiąt sześć i niech takiego szukają nawet, gdy nazywa się wysoki Kowalski...

Chciał złapać taksówkę, ale to byłby błąd. Pewno sprawdzą wszystkie w tej okolicy. Wszedł w bramę. No, wreszcie jestem na ziemi... odór moczu i piwa, leżący ktoś w kącie... Szybko starł makijaż, zerwał „garbek” z nosa, włożył kaszkietówkę i spokojnie wsiadł do autobusu.

-Przyjacielu, jak tu miło u ciebie... Kurwa... jak dobrze być już w domu. Nic nie pytaj... Jestem mięciutki... Adrenalinka spadła mi aż do butów i wyleciała już w autobusie. Ledwo wszedłem na twoje pięterko. Jasne, że mam kasę i tylko dewizy, ale nie same dolce, jak planowaliśmy, ale najpierw zrób kawę, ze śmietanką, jak dla pana dyrektora...

-To kto zaczyna pierwszy...

-Wiesz, to zabrzmiało, jakbyśmy opowiadali wspomnienia ze szkolnych wakacji, ale mogę ja, z rozpędu...

-Nie bałeś się, że sekretarka zawoła kogoś z angielskim? A w ogóle co jest kurwa z tymi imionami... Patrycja, Daria... Gdzie się podziały normalne Kaśki i Baśki.

-Nie bałem się, bo bez polecenia dyrektora sekretarka nawet w majtki nie zrobi, a ten Jarecki, co na urlopie, to przydupas do szemranych interesów. Dyrektorek myślał, że zrobi następny. Gdy wychodziliśmy, to powiedział, że zaraz wraca, bo mister Perkins jest tylko przelotem w Warszawie, ale zadzwoni ze Stanów za kilka dni.

-Nie srał w gacie, gadał normalnie?

-Pewno srał, ale pewno też myślał o twojej akcji, więc się starał. Teraz ty...

-Nie bardzo jest o czym , nic nie zrobiłem. Tak jak mówiłem, wszedłem przez okno, ale wyczuł mnie piesek, malutki jamniczek...

-Kurwa, to moja wina, przegapiłem...

-Chyba nie, bo on może nie wychodzi z domu. Obwąchał, pomerdał ogonem i zaprowadził do panienek. Mamuśka całkiem całkiem, ale córeczka to sucha, wredna jaszczureczka, bezczelna gówniara.

-Tak z mety?

-Tak, z mety, bo zaczęła się drzeć, że żywy stąd nie wyjdę, bo zaraz przyjdzie jej kolega dżudok z Legii.

-A mamuśka przytomnie kazała jaj zamknąć dziób i właśnie zadzwonił telefon, dyrektor. Dopiero wtedy mamuśka zbladła i zaczęła prosić, aby nic córeczce nie robić i w ogóle.

-Co w ogóle...

-Że to jest późne dziecko, chorobliwe i nerwowe. Ja jestem też późnym dzieckiem, więc ciut zmiękłem i gdyby nie to, że gówniara bezczelnie pyskowała o jakimś dżudoku, to bym posiedział z nimi i poszedł, ale nie wyrobiłem...

-No i co...

-Chwyciłem gówniarę za wszarz, zerwałem spódnicę i na stół. Nogi na ramiona udając, że ją bzyknę. Zaraz się zamknęła, a mamuśka w płacz. Ach, ty kurewko, pomyślałem... Może lubisz tak na stole, więc powiedziałem, że mam HIV i się podzielę, z mamuśką też. Ale się zrobił krzyk, a gówniara zesmrodziła się na głos. Miałem dość. Tylko piesio był okej poza tym, że złapał mnie za nogę myśląc, że to suczka i robił te ruchy, psie, no wiesz.

-No i co?!

-Cacuś, co ty z tym no i co. I gówno. Wyszedłem jak wszedłem i tyle. Tak, cały czas miałem rękawiczki, normalne a nie gumiaki, to chyba było okej?

-Jasne, bo bez śladów. Mama śpi?

-Pieprzówka jest dobra na wszystko... Wykładaj kasę. O kurwa! Jaka piękna zieleń! Kocham amerykańskich prezydentów. Czy nie za dużo tego kolorowego gówna?

-Mówiłem ci, trzeba było dodać do pół miliona, ale to gówno idzie nie gorzej niż dolce. Dopiero teraz pomyślałem, że nie mamy planu.

-Jakiego planu, Cacuś, już jest po zawodach.

-Planu co z tym zrobić, bo z wydawaniem poczekamy z parę lat.

-Tak długo?

-Tak długo. Myślisz, że nie podpadnie, gdy tacy milionerzy jak ty i ja raptem kupujemy coś nie z naszej półki? Ja, owszem, dobrze zarabiam, ale jestem przeciętniak, zwłaszcza w Warszawie, a ty, chłopak z budowy... Zastanów się.

-Otwieram firmę ochroniarską.

-Pięknie i nawet ładnie, ale na kasę też poczekasz z rok i dłużej. Już wiem... Zostało mi kilka baniek oszczędności, dam to kumplowi od tej siostry. Może to wstrzyma eksmisję, tylko co dalej...

-Proste, połamać nogi komornikowi, to nie będzie chodził z wyrokami.

-Pójdzie następny. Nie mieliśmy kasy i nie mieliśmy problemu, mamy kasę i mamy problem.

-Wymyślisz coś, ty zawsze coś wymyślisz... Lepiej powiedz, jak ci się udało nie pójść do roboty, bo to też może podpaść, gdy zaczną szukać, a gliny potrafią myśleć... Kumpel, pamiętasz Zdźiśka? No właśnie, jest gliną w dochodzeniówce.

-Zapomniałem, a to też była część planu. Celowo zostawałem po godzinach, pracowałem, aż przyszedł dzień... Nie przerywaj. Naćpałem się valium. To takie coś, co robi cię obecnym, ale nie całkiem przytomnym, zwalnia puls i jesteś mięciutki, grzeczniutki. Tego właśnie dnia dałem sobie w kość na rannym bieganiu i gdy wróciłem do domu, byłem dobry tylko do fotela i w kimono.

-Cacuś, ty jesteś geniusz, ale czy ty kurwa nauczysz się opowiadać bez wstępu?

-Kiedyś może tak... Więc strzeliłem to valium i do pracy. Koleś na bramce... - Panie, coś pan taki bladziutki, grypka?... Przyszedłem przed innymi, usiadłem i naprawdę zrobiło mi się słabo. Zmusiłem się do pracy...

-Cacuś!

-Spokojnie... Zawołali szefa, a on.. -Panie Piotrusiu, na litość boską. Przecież mówiłem, prosiłem, aby pan tak nie ciągnął, a pan ciągnie za wszystkich.

-To ja mu, że projekt trzeba dokończyć... A on, że prędzej to projekt mnie dokończy. Przyznam, że zaskoczył mnie, ale to nie koniec. Po godzinie sekretarka przynosi dwa bilety lotnicze na tydzień do Egiptu. Jasne, że zgłupiałem, a ona, że to rozkaz dyrektora, ale ona zwyczajnie prosi, abym odpoczął i gdyby co, to zawsze mogę do niej zadzwonić...

-Z Egiptu? Ładna chociaż?

-Nie z Egiptu, ale, no wiesz, przytulić do cycka. Czy ładna?

Księgowy przypruwa ją od roku, nie lubię wylizywać talerza... Jeszcze raz dyrektor i tym razem z moją kurtką w ręku... Nic, tylko, że do domu odpoczywać. Więc odpocząłem i dziś, jak ty, mówisz mamy pozamiatane. Nic nie podpadnie, zadzwoniłem, że jest mi lepiej, ale ze dwa dni popracuję w domu. To szef w krzyk i że Egipt mi dobrze zrobi. Chcesz lecieć? A właśnie, jakim fuksem ty nie byłeś w robocie?

-Cała brygada ma przerwę, bo puścił sprzęt i czekamy, aż podreperują. Złożyło się super. Mam wolne do jutra. Wyskoczymy gdzieś?

-Bysio. Na jakiś czas skończyło się z naszą znajomością. Słyszałeś o dmuchaniu na zimno? Skojarzą sobie mnie z takim jak ty, a gliny lubią kojarzyć. Ty będziesz zajęty zakładaniem firmy, ja łapaniem zdrowia i wszystko poleci normalką. Pytanie tylko, jak dyrektor załata dziurę i kiedy tj jaszczurowata córeczka zacznie opowiadać.

-Ale powiedziałeś im, że jak się pochwalą wizytą, to druga nie będzie tylko w gadce?

-Nie tylko... Powiedziałem, że najpierw spierdolę mamuśkę. Myślisz, że zareagowała inaczej niż, że ach i och, taka niby przerażona?

-Ale przecież masz HIV-a...

-Cacuś! Wypluj to słowo. Myślę, że ona nie uwierzyła, bo nawet powiedziała, że taki silny przystojniak i takie rzeczy, że jak mi nie wstyd.

-Ważne, że dyrektor uwierzył. HIV, nie HIV, a połamanie paluszków, koncertowych paluszków, przeraziło go bardziej niż każdy syf.

-Nie wiem jak ty, alej ja zjadłbym coś więcej niż mamusi dorsza. Skoczmy na zawijane zraziki z kluseczkami. Na razie, Cacuś. Gratulacje!