Start arrow Wiersze arrow "Patrol Sprawiedliwości" cz.2
"Patrol Sprawiedliwości" cz.2
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
15.03.2019.

 

-Ale ja się nie znam...

-On nie potrzebuje do znania się, ale majstra z mocną ręką, bo zatrudnia Ukraińców, kumasz?

-Czyli znowu będę musiał rozbijać mordy?

-Może czasem tak, a potrafisz.

-Nie, Cacuś, dzięki, ale nie, coś trafię, a kiedy kasa?

-Teraz, idziemy do banku...

-Jak to się mówi... Masz jak w banku.

-Jak w banku, Bysio, pozdrów Zosię i pana Miecia...

Może matka ma rację, że wierzy w cuda. Starzy ludzie i ich dziwactwa, ale może coś w tym jest. Wychodząc ze sklepu, zamyślony potrącił faceta, grubasa na metr dziewięćdziesiąt i, jak to się mówi, z metra ciętego...

-Coś pan, za szeroki? Mogę zwęzić... O kurwa! Duduś! To ty?

-Bysio? Ile to już lat? Ciągle zwężasz ludzi?

-Kto ci...

-Co znaczy kto ci... Nie znasz kolegów, to zapytaj ludzi...

-Odpuściłem, naprawdę, i teraz szukam roboty.

-Ty?

-Każdy chyba...

-Bysio, jeżeli nie trujesz, to ja też szukam kogoś takiego jak ty. Budujemy stadion narodowy i potrzebujemy normalnych ludzi, a nie bandy takich ze wschodu i jeszcze dalej. Mam pod sobą trzy brygady, w jednej jest połowa Ukraińców, nie powiem, pracują dobrze, chociaż wstyd, że im gówno płacimy, ale to i tak dla nich jest sporo, tylko, że gdy wypiją, to bez kija nie podchodź. Przyda się mocna ręka.

-Przecie nie będę ich bił, a zresztą, wiesz, jak to jest, że silnego nie bije się gołą ręką, a ich jest ilu?...

-Kto mówi o biciu? Człowieku, wystarczy, że taki niby głupi, a tak dla jaj, sam podniesiesz belkę, którą oni we trzech... Zesrają się i będziesz miał ich jak bocian żabę na widelcu. No, co ty na to?

-A od kiedy?

-Bysio... Od teraz. Jutro zjawiasz się o siódmej rano. Dasz radę?

-Tak naprawdę, to nie przewróciłem flaszki od paru dni, więc nie ma sprawy. Dzięki, Duduś...

-Co ty, od czego są koledzy.

Chyba jednak za szybko obiecał... Dzień w dzień wstawać tak wcześnie? To niby jeszcze nic, nie robić, tylko udawać fachowca? Nudził się i wcale nie dla jaj, bo z nudów pomagał tam, gdzie robotnicy walczyli z ciężarem. Szybko rozeszło się, że „majster” jest lepszy niż ci picni „Siłacze”, a gdy sam podniósł tył dostawczego wana, co zakopał się w błocie, to Ukraińcy nazywali go „Ataman”...

Powiedział o tym matce, spodziewając się pouczeń i wspominek o ojcu, ale usłyszał, że są ludzie i są ludzie. Ukraińcy przynajmniej ciężko pracują, a Polacy jak nic nie wiedzą, to i tak wiedzą lepiej...

Było to ni w dupę ni go w oko, ale wiadomo, starzy ludzie... Nawet nie wiedział, kiedy nawijał tygodnie. Robota szła, a właściwie to zapierdalała 24 godziny na dobę w piątek i świątek. Łapał nadgodziny i pierwszy raz w życiu zarabiał, dobrze zarabiał.

Jak zwykle, bez zapowiedzi, zjawił się Cacuś.

-Podobno jesteś przodownikiem pracy na budowie... właśnie puszczali w telewizji film o takich jak ty, za komuny, a gdzieś we Wrocławiu. Już prawie ukończyli, gdy budynek zawalił się w piździec i co ty na to?

-Że pięknie, a nawet ładnie, ale to jest stadion i na razie nie ma co się zawalić. Ale musiałem Ukraińcowi dać mordę.

-Wylali cię?

-Ale skąd, Ukraińców nie brakuje.

-Ale dlaczego? Myślałem, że skończyłem z tym.

-Ma się rozłupać, że skończyłem, ale on powiedział, że Polska jest dzikim krajem, więc dałem mu w ryja. Zaczął coś po swojemu tłumaczyć...

-Bysio, postaw mu dużą wódkę...

-Odbiło ci?!

-Nie, bo on tylko powtórzył po naszym ministrze.

-Po polskim ministrze?! Cacuś!

-A jak. Taki jeden wkurwił się, że już nie ma miejsca w piaskownicy i się obraził. Poleciał do Ameryki i zaczął tak właśnie bluzgać.

-Jakiej piaskownicy, zacząłeś ćpać?

-Kolego, przodowniku pracy, tyle, że prawie socjalistycznej... Dla naszych polityków Polska jest jak piaskownica, więc jeden podsrywa drugiemu, aby mieć lepsze miejsce do zabawy pod tytułem – jak jeszcze bardziej zrobić w chuja durnych polaków...

-Nie mów tak, a my to kto, Chińczycy?

-Przykro, ale już nas tak ogłupili, że nawet im wierzymy.

-Ty wierzysz?

-Bysio, ja, ty, nasz cieć, jesteśmy jak zera, zera do bankowych kont tych, co tak słodzą o naszej Polsce.

-Coś jednak robią...

-A wiesz, co robi pies? Pod siebie i nogami się odpycha. Oni też, aby jak najwięcej pod siebie i odepchnąć się, i aby dziś zachapać. A jacy ważni są. Trzyletnia fura to już staroć, muszą mieć nowe beemwuchy. Tacy są ważni, jak wszy na grzebieniu...

-Cacuś, co ci dziś na politykę, chyba naprawdę zacząłeś ćpać...

-Jak by ci to wytłumaczyć, jacy ważni są ci z premierem na czele. Podskakują tak jak ci powiedziałem, ale wyżej wacka i tak nie mogą...

-Nikt nie może...

-Nie rozumiesz. Ten wacek, te ich skoki, bez sznureczka z Brukseli nawet nie mogą się odpryskać gdzie zechcą. Taka jest dziś Polska, na sznureczku, a oni jak wszy na grzebieniu. Kurwa, szkoda, że nie piję, bo dziś bym się schlał.

-Coś nie tak? Z robotą? Złapałeś HIV-a?

-Żeby jeszcze... Odbiło mi i jak nigdy popatrzyłem kilka dni w telewizję. Błąd, Bysio, duży. Nie ma Polski, są sznureczki z banków, a żaden nie należy do Polski, chociaż są w Polsce.

-No i co z tego. Mnie płacą dobrze, tylko co z tą dziką Polską... Powiedział dlatego, że się obraził?

-On tak, ale coś w tym jest. Niby już 21 wiek, niby jesteśmy w Europie, a naszego Szopena niedługo będą grali nawet młodsi od nas, z całego świata...

-No widzisz...

-Widzę, a człowiek niby odpowiedzialny, sędzia, powiedział, że nie ma w Polsce prawa zabraniającego psy do tuczenia na obiad dla człowieka. Kurwa! Czy ten sędzia z Chin czy ma żółte gówno w głowie! Psy prowadzą niewidomych, leczą ludzi samym dotykiem, umierają z tęsknoty za człowiekiem, a człowiek ma je mieć na talerzu! Jak w dzikim kraju...

-Ludzie jedzą psy? Pierwsze słyszę!

-Nie tylko jedzą, ale hodują na smalec, a inni kupują i wierzą, że ma cudowne działanie. Jak w dzikim kraju...

-I nie ma kary na takich?

-Mój kolega, adwokat powiedział, że ludzie mają prawo być durni. Że kodeks karny na to pozwala.

-Ale żeby sędzia?!

-Kolega uważa, że sędziwie to największa swołocz, bo się uważają za Bogów. Powiesz coś nie tak, to zaraz cię straszą, nawet adwokata.

-Miałem rację, że odpuściłem szkołę i że nic nie wiem. Przynajmniej mogę spokojnie przewrócić flaszkę. Kurwa, Cacuś, kiedy ty będziesz normalnym facetem, za pięć, może dziesięć lat?

-Normalnym?

-No, żeby można było razem coś wypić, rozumi?

-Bysio, jak cieszę się, że cię widzę. Czy wiesz, co to jest złota zasada?

-Coś o forsie, co nie?

-Bardzo, a powiem ci po angielsku...

-Cacuś, wyluzuj...

-Spokojnie, dziś po angielsku mówią nawet dzieci mego ciecia... To taki polski angielski...

-Że co?

-Że nawet ci z telewizji od sportu pomimo że Polska bombardowana jest angielskim, jak papugi tak samo powtarzają swoje „kesz” zamiast „kasz”, „nesz” zamiast „nasz”, „Eszli” zamiast „ Aszli”, „Żekson” zamiast „Żakson”...

-Cacuś, to jest trudniejsze od roboty na budowie.

-Właściwie po jakiego ci to mówię, ot wkurwiam się czasem, że dupek sprawozdawca z ligi angielskiej, Polak, tak, Polak z polskiej telewizji słyszy na stadionie w Londynie, że właśnie na boisko wszedł Aszli Young, a on do polskich telewidzów swoje, że Eszli Young...

-Niedawno moja matka powiedziała, że gdy Polacy nic nie wiedzą, to i tak wiedzą lepiej. Ten sprawozdawca zna angielski lepiej od Anglików, no nie?

-Bysio, dawno nie rozmawialiśmy o dupach...

-Nie uwierzysz! Mam dziewczynę!

-O, to brzmi tak, że jeszcze jej nie masz, zgadza się, że jeszcze nie przeleciałeś? Tak mi mów, jak zawsze, że następna.

-Nie ta. To pani architekt.

-Niewidoma?...

-Cacuś, gdybym cię nie lubił...

-Architektka? O czym rozmawiacie? O budowie stadionu?

-To też, ale ona uważa, że mogę być rzeźbiarzem.

-Czyli już ją przeleciałeś, tak to się teraz nazywa? Rzeźbić? Nawet ma sens...

-To już lepiej powiedz, co z tą zasadą, a nie kpij z Hanki. Jest super.

-Obiecałem po angielsku... „One, who has the gold, makes the rules”... To znaczy, że ten, kto ma kasę, wyznacza zasady. To jest właśnie złota zasada.

-Ale tutaj to ni go w de ani go w ce, więc?

-Dziecino, masz kasę, masz prasę, a takie małe dupki jak ja i ty czytają, co złota rączka dyktuje. Hanka, powiedziałeś? Ale jak to się stało?

-Jeszcze nic się nie stało. Na razie zaliczyliśmy...

-To zaraz tak mów!

-Gówno, a nie mów! Nic nie zaliczyliśmy tylko dwie kolacja, a Hanka nauczyła mnie, jak kłaść nóż i widelec, gdy skończyłem jeść.

-Bysio... Widzę dla ciebie poważną przyszłość, nawet popychanie wózeczka w parku... Ciągle nie wiem, jak się poznaliście.

-Był luz w robocie i trochę nudy. Zrobiłem z drutów i sztabek takiego ludzika. Nawet mu hełm dałem i wygląda, jakby pracował. Mówią, że jest jak żywy i nazwali go... „Mały Ataman”, że niby taki żelazny. Bo mnie Ukraińcy nazwali Ataman.

-Po prostu poezja, ale ie widzę Hanki...

-No, bo ona zobaczyła ludzika, zrobiła kilka zdjęć i pytała, czy dziś na budowie jest ten artysta... Wstyd mi, ale tak się poznaliśmy, no i tyle.

-Ale ludzik teraz zardzewieje...

-Nie uwierzysz... Hanka powiedziała dokładnie tak samo i zabrała go do muzeum czy galerii. Możesz go zobaczyć, a ja mam zrobić mu koleżankę, z może nawet psa lub kota. Hanka to nazwie „Żelazna rodzina narodowa”...

-Ale jaja! Będą o tobie pisali!

-A szef mnie zwolni, więc nie będą. Mówię ci, robię ładną kasę. Kupiłem matce nowa pralkę i duży telewizor. Nie jest źle. Żeby nie Hanka...

-Co znowu? Coś nie tak?

-Bardzo tak, ale mnie podłamała! Powiedziała, że budowa się skończy i co będę robił dalej. Ma rację, nic nie umiem, a z ludzików nie wyżyję...

Namawia mnie na szkołę. Od samej myśli boli mnie głowa...

-Bysio, może już nigdy nie będę normalnym facetem, jak to nazywasz, ale obiecuję, że coś wymyślę na twój ból głowy.