Start arrow Spis felietonów arrow "Patrol Sprawiedliwości" cz.1
"Patrol Sprawiedliwości" cz.1
Oceny: / 2
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
11.03.2019.

ZŁOTA ZASADA


Nadleciał wiatr, niosąc smród królowej polskich rzek. Nie był to dobry czas dla koronowanych, jako że zapanowała, albo jak kto woli rozpanoszyła się demokracja, czyli każdy może zaśmiecać i zasmradzać, jak chce.

A wiadomo, że do wody najłatwiej.

Bysio przewrócił „Smirnowa”. Cacuś się spóźniał, jak zwykle. Włączył telewizyjnego ogłupiaka i słuchał, patrzył, jak prezenterka słodziła na „melodię”... „Polska jest pięknym krajem”...

Ty durne dupsko, może wychylisz się przez okno, to poczujesz, jak ten piękny kraj pokrywa mieszanka błota z gównem nazywana śniegiem.

Kiedyś, gdy przypruwał kelnerki z włoskiej knajpy, to taka jedna powiedziała, że gdyby Polsce nie było drzew, to byłby to najnudniejszy kraj na świecie. Pamięta, że dał jej w tłusty pysk i kupił bilet do Neapolu w jedną stronę. Ale... Wtedy miał wyjątkową posuchę, więc przypruł tłuściocha jeszcze raz i nie mógł odmówić racji, gdy powiedziała, że nawet za największą kasę nie spędziłaby tygodnia w lodówce Bałtyku ołowianego w kolorze i pod takim samym niebem...

I ona i koleżanki, może kiedyś były warte przelotki, ale po szesnastym roku życia dostały tłuste karczki na krótkich nóżkach i krowie dojki.

Czy kochał Polskę? Czy naprawdę rozumiał, co to jest patriotyzm? Gdy taki jeden, przypominający mieszankę kozła za szczurem, kurduplowaty, ale bardzo elokwentny poseł SLD powiedział, że „patriotyzm jest niebezpiecznym zjawiskiem”, Bysio zapytał matkę... Właśnie... Nie Polskę kochał, ale dom i to była jego Polska.

Dom to była matka, jedyna osoba, która nigdy nie powiedziała, że dziś jest źle, nawet, gdy wracał schlany do ostatniego rzygnięcia w bramie, to słyszę...

...Synku, odpocznij, jutro będzie lepiej.

Cacuś... Cholera wie dlaczego kumplował się z mięczakiem. Fakt, urodzili się o krok od siebie i wychowało ich to samo podwórko na Woli, czyli jak mawiał cieć- robotniczej Woli...

Tak mówiąc szczerze, to życie było gówno warte od dnia, gdy stojąc na bramce ekskluzywnej imprezki porzucał kilkoma kolesiami nie wiedząc, że są osobistą ochroną jakiegoś giganta. Myślał, że skoro jego gigant mu płaci, to wie, co robi. Źle myślał i dostał nalepkę niebezpiecznego.

Żyć bez pracy można, gdy ma się matkę i dom. Kiedyś, gdy wierzył, że wysiłek prowadzi do czegoś więcej niż słodzenia wylewające się z telewizora, to ostro trenował, szarpał sztangę, aż koledzy z siłowni, napakowani anabolami i „marchewkami” przystawali, podziwiali i pytali, co ćpa. A on ćpał pot, ból, a bywało, że i krew. Nie wiedział, że nie musiał aż tak, że tam gdzieś w górze, że już wyżej nie można, ktoś dał mu siłę.

Któregoś dnia wpuszczono go w cwaniactwo i ogłupianie frajerów. Nazywa się to „Siłacze”.Cwaniacy za pomocą dźwigni i znajomości fizyki „podnoszą” samochody i nazywani są „Najsilniejszymi ludźmi świata”...

Już pierwszego dnia zrozumiał to cwaniactwo. Podsadził się pod tylny zderzak Toyoty i podniósł metr ponad beton.

-Ty, napakowany, podnieś tak samo:

Bożyszcze tłumu albo był durny, albo zaćpany, bo dał się podpuścić i podsadził pod zderzak. Puścił nie tylko zderzak, ale głośno gaz i jak zdziwione dziecko oglądał Bysia.

-Dupku, masz szczęście, że publika nie zna prawdziwych siłaczy. Nie wie, że szczupłe dziewczyny olimpijki, ważące 48 kilo podnoszą ponad głowę 100 kilo, a ciężarowcy ważący 68 kilo podnoszą 200 kilo. A ty masz wieprzowe 158 kilo wagi i smrodzisz gdy tyle podniesiesz...

Miał 12 lat, gdy, będąc z rodzicami na wsi, uratował chłopca, którego przygniotła jakaś maszyna. Jakaś, a bez znaczenia, bo ciężka. Sam podniósł ją na tyle, że chłopiec mógł się wydostać. Wieś... To były nieliczne chwile szczęścia... Tak bardzo chciał zobaczyć morze, ale ojciec, nawet, gdy trzeźwy tłumaczył, że nad morze jeździ najgorsza swołocz dorobkiewiczów od torebek, ogumienia i każdego cwaniactwa. Że morza nie widać, tylko grube dupy wysmarowane olejkami.

Morze... Przecież nie jest inne niż na obrazkach ze szkoły... Raz, gdy uciekł przed pijanym ojcem, odbiegł daleko od chałupy, którą rodzice wypożyczali na wsi. Biegł przed siebie, aż padł. Gdy wstał, to był nad morzem... Przecież nie mogło być inaczej. Kłosy wysokiego zboża rozkołysał wiatr i falowały, a wiatr podrywał następne fale...

Wszedł w nie i zapłakał... Było to dziwne, przecież nic go nie bolało, a płakał...

Któregoś dnia zgubił dzieciństwo, gdy na wrzaski pijanego ojca spokojnie powiedział, że jeszcze raz... jeszcze raz podniesie rękę z paskiem, to wyrwie mu rękę i zabije. Matka wpadła w histerię, ale od tamtego dnia ojciec pił po cichu.

Miał już 15 lat i ważył 90 kilo bez grama wieprzowiny. Dni uciekały i nie zauważył, że dziewczyny oglądały się za nim. Aha... Coś w tym musi być, ale co... Dziewczyny zawsze uważał za coś gorszego. Może nie tyle gorszego, co słabszego. Czyż to nie było jednakowe?

Pierwsza dziewczyna... Czuł, że znowu jest jakby nad morzem, jakby w morzu, jak wtedy, gdy miękkie kłosy muskały go pochylone od wiatru...

Potem było inaczej. Nie wpraszał się, niczego nie obiecywał. Nie słodził o miłości. Dziewczyny brały go takim, jakim był, a był jak cięty ze stalowego drutu.

Kiedyś usłyszał, że każda kobieta ma instynkt macierzyński, więc tuli do cycka. Miał już 20 lat i jak to się mawia – swoje wiedział...

Taka jedna, małolata, jeszcze przed pierwszym przepchnięciem, tłumaczyła mu, że ma to dla kogoś, kto zostanie z nią...

-Ja też mogę zostać, ale na parę godzin. Nie ma sprawy, zaczekaj, ale zapytaj, te co się nie doczekały, to ci powiedzą, że jak nie ten, to tamten, a na sto i dwieście procent. Że jak? A że okazja, że to i śmo, a ten, co miał zostać, dostał od innej..

Cacuś... Był chyba jedyną jasną plamą w czerni dzieciństwa, które Bysio uważał za dobre, gdy uniknął bicia z ręki ojca. A Cacuś? Chyba czuł się bezpieczny przy koledze gigancie.

Z tym gigantem nie było całkiem tak, bo Bysio miał tylko metr osiemdziesiąt pięć, ale coś takiego w sylwetce, co mają największe drapieżniki, gdy idą to widać... Nie podchodź...

Wychowało ich podwórko ciemnej kamiennicy, brudnej, ale to był ich dom i bronili go w walkach z kolesiami z Mokotowa, jak to między chłopakami. Bronili przejść w piwnicach, gdzie mieszkańcy bali się schodzić. Policja? Radiowóz podjechał pod kamienicę, ale gliny weszły tylko na parter.

Bysio tak pociął opony w radiowozie, że ten mógł odjechać na tyle, by rozpędzony rozbić kiosk na rogu...

Cacuś wyrastał pod „parasolem” kolegi. Bysio chyba był dumny, że ma tak mądrego kumpla, choć nazywał go durniem. Tak to już jest.

Cacuś nie miał rodziców i wychowała go babcia, mądra kobieta, która kiedyś powiedziała do Bysia... - Dobry Bóg dał ci to co mój wnuczek ogląda w kreskówkach...

CHCIAŁ ZAPYTAĆ, CZY ISTNIEJE ZŁY BÓG, ALE STARSZA PANI NA PEWNO BY SIĘ POCZUŁA ŹLE..

Matka często mówiła mu o Bogu, ale gdy umarł ojciec, czyli zwyczajnie zapił się i nie miała tyle, aby co niedziela dawać na tacę w kościele, to mówiła mniej. Po mężu, który podobno kiedyś był jakimś specjalnym skurwysynem, dostała rentę i jakoś się żyło. A że mąż się zapił? A dlaczego nie, skoro przy każdej okazji jakiś sąsiad przypominał mu, że ma tylko 1000 złotych emerytury, a on, skurwysyn ma pięć tysięcy, więc kiedyś nie wyrobił, a że miał wprawę, to dał takiemu od tysiąca w mordę, dał za mocno... Potem zaczął pić chyba ze szczęścia, że uniknął kicia. A dlaczego nie miał pić, gdy inni sąsiedzi przypominali mu, dlaczego uniknął kicia. Przecież był zasłużony w służbie ojczyzny. To, że był rok 2008, nic nie zmieniało. Zasługi za zasługi...

Bysio nie zaraził się piciem od ojca. Pił, bo mu smakowało, to takie proste i dlaczego nikt tego głośno nie powie, zamiast tłumaczyć o tym, czy innym i że jakiś nałóg? Nie pił, gdy mu nie smakowało, też proste, ale gdy pił, to tak, jak bzykał, więc do oporu, do ostatniej kropli...

Nie lubił bić, zwłaszcza, gdy ktoś się za głośno darł lub smrodził. Bił na zlecenia. Jeszcze w siłowni nauczył się od jednego kolesia, że nie wolno bić w twarz. Koleś sporo lat spędził pod celą i tłumaczył, że bicie w twarz daje zysk lekarzom chirurgom, a bity wyliże się szybko i nic się nie nauczy, a powinien... Bić należy w dudy, czyli w plecy, a najlepiej kopać, oraz w brzuch i w jaja. To ostatnie tylko za dużą kasę, bo takie bicie zostawia dowód dla prokuratury. Plecy i brzuch, raz, że pobity, może już normalnie się nie odpryskać i oddychać, to nie będzie miał śladu na ciele.

Problem z biciem w brzuch polegał na tym, że po pierwszym ciosie bity gwałtownie kurczył się i już można było bić tylko w dudy.

Nie bał się, że ktoś go wyda. Oczywiście, że nie, bo wyda siebie jako zleceniodawcę. To jednak były sporadyczne zlecenia, nawet, gdy za osiem stów od pobicia. Niby dało się żyć, ale robił się za bardzo popularny. Nie tylko jemu to groziło, ale tym, którzy go „wypożyczali”...

Teraz był czas Cacusia, by choć trochę odwdzięczyć się za opiekę z lat dzieciństwa. Podobno, a jak nie wierzyć matce, to Bóg rozdaje ludziom różne podarunki. Tobie, synku, dał siłę giganta, a Cacusiowi mózg tego, jak mu tam, no tego, co często mówią o nim, że znał się na wszystkim.

Coś musiało być z podarunkami albo z Bogiem, bo Cacuś, mając tylko babcią, ukończył szkoły, jak mało kto i tak samo uniwersytet.

Jeszcze w podstawówce mówiono o nim, że z paru drutów i patelni potrafi zrobić telefon...

Rozchwytywały go firmy, aż chwyciła jedna z największych, ratująca przekręty i spóźnienia w budowie stadionu we Wrocławiu. Pracował nie oglądając się na godziny, bywało, że przychodził w soboty, by ukończyć projekt.

Bysio nie chciał brać pieniędzy od kolegi, kłamał, że ma dość zamówień. Kiedyś Cacuś powiedział... -Koleś, skoro smrodzisz jak malutki kryminalista, to czas, abyś zasmrodził prawdziwą kasą. Na pytania, jak i co, Cacuś zbył go mówiąc, że żartuje.

Dziś Bysio dał w mordę sąsiadowi, nie za mocno, ot czubkami palców i powiedział, że jeżeli jeszcze raz usłyszy o ojcu ubowcu, to rozbije mordę jak trzeba.

-Mama, dlaczego oni podgadują, że ojciec był ubowcem, a był?

-Synku, nigdy! Twój ojciec całe życie był żołnierzem. Gdy go poznałam, był tylko plutonowym, ale już miał medale za dzielność i uratowanie życia majorowi, którego na własnych plecach wyniósł z zasadzki. Był jak, wiesz, kawał chłopa.

-Z jakiej zasadzki... Wojsko to nie harcerskie podchody...

-Twój ojciec ratował ludzi przed ukraińskimi bandami, które żywcem paliły całe wioski. To było zaraz po wojnie. Nauczył się od Ukraińców czegoś takiego, a zapamiętałam dobrze... „Smert Lachom, Żidom i komunistom, chaj żiwe narodna Ukraina...” Był trzy razy ranny. Ostatnim razem stracił władzę w lewej ręce, ale służył aż do końca.

-Tak, to dlaczego ten gnój z parteru, cieć, mówi, że ojciec strzelał do Solidarności?

-Cieć zazdrosny jest, bo ma tylko 800 złotych emerytury, a to i tak za dużo, za tyle wódki, co wypił. Twój ojciec dosłużył się majora, gdy Solidarność powstała i tyle miał ze strzelaniem do niej, co ten cieć do pracy. Powiedz mu, żeby zajął się paleniem, bo zeszłej zimy kaloryfery, wiesz jakie były, a on na lewo podłączył się do prądu i tak się ogrzewał. Synku, ludzie kłamią, gdy zobaczą jednego złocisza więcej...

Nie chciał brać pieniędzy od matki, fakt, nie było im ciężko, ale matka ukradkiem wynosiła pieniądze do kościoła, jakby chciała Boga przeprosić... Gdy kiedyś powiedział, że ksiądz jeździ nowiutką Toyotką, odpowiedziała, że widocznie pan Bóg tak chce. Nie było sensu rozmawiać...

Przyszedł dzień, gdy miał dosłownie połamać ręce jakiemuś dłużnikowi. Nie lubił takiej roboty i zwykle odmawiał, ale dał się namówić, słysząc, że facet nie tylko wisi kasę, ale jest pedałem i posuwa małe kutasiki. To wystarczyło, bo pamiętał, że na kolonii taki młody księżulo dobierał się do jego kutasika. Bysio miał co prawda tylko osiem lat, ale tak dał księżulowi po łapach, że ten aż do końca kolonii nie mógł utrzymać łyżki...

Czekał na pedała wiedząc, że ten zaparkuje samochód przy parku, gdzie bawią się maluchy. Tak mu powiedziano, więc czekał, by połamać łapy.

Tak, to ten samochód... Wysiadł facio dokładnie taki jak go opisał zleceniodawca, ale był nie z chłopczykiem lecz z małą dziewczynką.

Bysio podszedł i delikatnie przytrzymał faceta za łokieć.

-Co ty, kurwa, zmieniłeś gust? Teraz wolisz dziewczynki?

-O czym pan mówi? Spodziewałem się pana, bo dziś rano zadzwonili, że pan przyjedzie po kasę i będzie mnie bił, ale błagam, nie przy dziecku...

Mała dziewczynka spojrzała na Bysia chaberkami oczu i poważnie zapytała.

-Dlaczego pan będzie bił tatusia, on jest dobry, nie wolno go bić...

-Jesteś Miecio czy nie?

-Tak, to ja, proszę, nie przy dziecku...

Dziewczynka przytuliła się do Bysia.

No nie, takiego numeru jeszcze nie miał, a już pobrał osiem stów.

-Jak masz na imię?

-Zosia, a pan?

-Ja nie mam imienia i nie bój się, bo tylko żartowałem. Jasne, że nie wolno bić tatusia, my tylko porozmawiamy. Nie bój się, idź do parku... Ile wisisz?

-Dużo. Na ten samochód, Córka jak pan widzi ledwo chodzi, jest po polio, ale już jest lepiej.

-Nie musiałeś kupować takiej bryki. Są tańsze i na chodzie.

-Nie na zimę, gdy się rozkraczę, chyba pan rozumie. Ale co pan zrobi?

-To co miałem, dziecko już odeszło i nie widzi...

-Niech mnie pan mocno pobije, ale nie łamie rąk, jak to oni grozili. Ja tymi rękami utrzymuję rodzinę.

-Co ty, ochujałeś? Przecie powiedziałem, że odpuszczam, na żartach się nie znasz?

-Osiem tysięcy, to nie są żarty...

-Osiem, mówisz? Do kiedy?

-Do niedzieli, a jest piątek.

-Jutro będziesz miał piątkę i powiesz, że w niedzielę reszt, może ci odpuszczą.

-Panie... Panie... Coś tu nie gra... Pan miał mi połamać ręce, a teraz, że pięć tysięcy...

-Niech to będzie na piękne oczy Zosi, kumasz i nie pytaj, bo się dopytasz. Jutro o tej porze będziesz miał piątkę, tutaj, nie lubię gdy się ktoś spóźnia...

-Boże...

-Bóg ci nie da, dużo ci dał do tej pory? Chorą córkę, prawda?

-Modlimy się i już jest lepiej...

-Ale z forsą będzie jeszcze lepiej, a baz Bozi, kumasz?

No tak, „zesmrodziłeś się”. Nie tylko, że sam wisisz osiem stów, to obiecałeś dziesięć razy tyle, bo dziecko prosiło, abyś nie bił jej tatusia. Koniec, koleś, koniec, już się nie nadajesz, tylko skąd weźmiesz kasę...

Cacuś? On chyba ma, ale aż wstyd prosić.

Kolega nie zdziwił się, chyba się nawet ucieszył, że Bysio zmiękł, a kasa? Nie ma sprawy, gdy są banki, prawda?

-Cacuś, przecież ci nie oddam, nie mam z czego.

-A kto mówi o oddawaniu? To będzie prezent dla tej dziewczynki. To ja ci powinienem dorzucić osiem stów za niewykonanie wyroku, rozumi?

-Cacuś, rozumi, ale, no wiesz...

-Tera ci się dupa przypala, więc porządnie rozglądniesz się za porządną robotą. Nie chciałbyś wrócić do szkoły?

-Do jakiej szkoły - człowieku, już wolę cegły nosić.

-No widzisz, do tego są słabsi od ciebie. Chcesz? Jeden z moich znajomych ma firmę budowlaną.