Start arrow Spis felietonów arrow 12. Uważaj obyś nie został... pisarzem...
12. Uważaj obyś nie został... pisarzem...
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
20.03.2008.

Przestroga? Życzliwa uwaga? Mogę dodać jeszcze więcej, ale Ty, Internauto zrozumiesz dopiero wtedy, gdy jednak zostaniesz pisarzem.

Gdy Stwórca dał Ci wyjątkową wrażliwość, którą oddasz czytelnikom, to już dziś trenuj... grubą skórę by Cię od czytelników chroniła. Nonsens? Może więc tak: Będziesz zbierał bardzo dużo pochwał, będziesz może nawet miał swoich fanów i będziesz miał tyle samo "doradców" do właściwego ich zdaniem pisania książek. Zanim pomogę Ci w trenowaniu tej skóry, dam Ci parę przykładów z mego podwórka. Jest absolutnie bez znaczenia czy nalez ono do bardzo znanego pisarza, sportowym językiem mówiąc z pierwszej ligi, czy mistrza ligi podwórkowej, bo reakcje czytelników będą identyczne. A wiesz dlaczego? Bo nie napisałeś tak by każdy był zadowolony. Aha, tu mnie masz! Nobliście nie przyczepią się do... Tak Ci się wydaje. Tak zwane forum publiczne gdzie rządzą krytycy (zawodowi, z zasady: weź durnia...) nie wykarze się krytyką, zwyczajnie, ze strachu... Ale, właśnie, ale prywatnie...

Noblista siedzi przy stole w gronie życzliwych mu ludzi (w ilości osób sześć) i słyszy sześć, różnych poprawek do jego tekstu. Nie jestem noblistą i chwała Niebiosom, że nie, bo już od dłuższego czasu noble za literaturę ubliżają słowu - polityczna poprawność jako, że są od niego... poprawniejsze.

Wspaniały człowiek i wielki pisarz Kapuściński nobla nie dostał, a za wierszyki dostała Szymborska. O ironio... Przeciętny, poprawka... oczytany Szwed pojęcia nie ma kto jest ta pani, ale Kapuścińskiego i czytał i śmiem twierdzić, że bardzo lubi. Ale zostawmy, bo to nie od dziś tam tak bardzo lewicowo.

Nie, powyższe naprawdę nie ma nic ani z goryczy ani ze złośliwości, więc nie obrażajmy i Twojej i mojej inteligencji, a skupmy się na temacie.

Oto napisałeś i opublikowałeś książkę i masz spotkanie z czytelnikami. Gwarantuję Ci tyle opinii o Twojej książce ile osób na spotkaniu. Mieszkasz w kraju urodzonych krytyków, ludzi mających pigułkę na każdą dolegliwość, a więc i radę na wszystko. Konkretny przykład - bodajże w 1998 miałem spotkanie w Sopocie, w Dworku Sierakowskich. Przyszło sporo ludzi, a ówczesna pani dyrektor przeczytała mój wiersz "Złoty most" piękniej niż ja go napisałem, ale aż tak cacy nie było, bo zaczęła się, przepraszam zaczęły się uwagi o mojej książce "Długie Drogi Syberii". Przyznam, że jak to bywa, bo przez grzeczność (gdyż publicznie) uwagi pełną równowagą soli u cukru. Ale oto wstała niemłoda już pani (a w wypiekach) i prawie rzuciła mi w twarz, że tak godną sprawę opisałem w formie beletrystycznej zamiast dokumentu historycznego. Przy okazji pochwaliła literacką zawartość, ale... Zapytałem czy i kiedy pani czytała dokument historyczny i czy wie kto takowe czyta? Odpowiedziała, że jest to bez znaczenia, bo powinienem to i to i tak a tak... Nalegałem, więc przyznała, że nie czyta dokumentów historycznych. Widzi pani, dlatego napisałem tak aby pani przeczytała...

Oczywiście, że jest to krańcowy przypadek, bo książka jest rzeczywiście jak to wielu nazwało - "własnością narodu".

Przykład drugi. Napisałem tekst turystyczno - przyrodniczy z dodatkiem etnografii, ale na luzie. Ukazął się w pewnym kwartalniku na Pomorzu. U nas w domu, przy stole cztery osoby w tym dwie polonistki z dwóch różnych liceów. Wszyscy znają tekst i zaczyna się jego ocena. Osoba pierwsza, że owszem, ale powinno być tak. Zgadzam się, tak na drugi raz napiszę. Osoba druga, że owszem, ale powinno być tak... Zgadzam się, na drugi raz właśnie TAK napiszę... I tak dookoła stołu, a każda opinia inna od poprzedniej, a ja swoje, że właśnie tak napiszę jak sugeruje ta ostania. Doszło do naprawdę ostatniej i też miała inne zdanie od poprzednich... Powiedziałem - Moi drodzy, nic innego tylko napiszę ten sam temat cztery razy zgodnie ze wskazówkami, ale co będzie gdy przeczyta go piąta, szósta, siódma... Czy będę musiał napisać siedem, a może sto siedem inaczej o tym samym?... Nie wiem czy to trafiło, bo musiałbym powiedzieć w tej sytuacji to samo... cztery razy choć inaczej, prawda?

Ty napisałeś książkę o bzykaniu czmieli nad łąką. Wytkną Ci, że nie te kwiaty, nie ta łąka i nie takie bzykanie. Usłyszysz, że (nie powiem, że bzykać) na taki temat powinno się pisać inaczej i tak dalej, i tak dalej, a daleko, oj, daleko... Więc co masz biedaku robic? Oto rada starszego kolegi, który już ma za sobą i łąki i "bzykania" i tysiące opinii nie tylko o powyższym. Ktok pierwszy: Pytasz doradzającego - krytykującego - Czy szanowny rozmówca napisał i wydał choć jedną ksiązkę? Usłyszysz, że nie.

Krok drugi - Mówisz: Proszę napisać tak jak szanowny rozmówca sobie życzy. Kropka. Ani słowa więcej. Milczysz i nie odpowiadasz. Dlaczego? Bo gdy wdasz się w rozmowę, to przegrasz choćbyś miał 100% racji, bo nad Wisłą nikt nie miał i nie będzie miał 100% racji...

Przecież znasz powiedzonko - jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził? Na tysiąc trafiłeś do jednego czytelnika, to już spełniłeś się jako pisarz, ale dziś nie uwierzysz w to, a nawet potem, po prau książkach też nie. Dlaczego? Oooo, na to sam sobie kiedyś odpowiesz.

Nie bój sie pisać tak jak czujesz. Jednak najważniejsze, najważniejsze jest to byś nie upiększał przymiotnikami gdy w sobie nie czujesz piękna. Patos? Magalomania z mojej strony? A czy to ma znaczenie? Już mówiłem o piątej, szóstej, siódmej ocenie... Niech sytuacje i ludzie będą przymiotnikami.

Piszesz tak jakbyś rozmawiłą z kimś obok, o dotyk dłoni. A przecież nie rozmawiacie "literatura", nikt tak, nie rozmawia. Ze to jest tylko moje zdanie, a Ty nic o mnie nie słyszałeś? To już moja zasługa, bo na emigracji nie pisałem abstrakcyjnie chociażby o "tańczeniu" tak aby "Tango"... mogli tańczyć towarzysze na Kremlu i Ci w Warszawie tamtych lat. Takie "tańce" wprowadzają na salony zasłużonych, ale Ty unikniesz takich klimatów żyjąc w innej epoce, chyba... Chyba, że zahaczysz o coś, o czym nie masz pojęcia i dobrze, że nie masz...

Podam Ci opinię osoby, przez której wydawnictwo przeszli (chyba) wszyscy emigracyjni pisarze lat 1939-1987. Oto cytat pióra pani Krystyny Bednarczyk w "Przeglądzie Powszechnym" nr 1, 1987, str. 17-18: "Dwie ksiązki Kazimierza Kaz Ostaszewicza"..."Autor zapisuje, opowiada, notuje, jakby nagrywał i pokazywał na ekranie zaistniałe sytuacje.

W zapiskach z oglądanego świata nie robi wystylizowanej literatury, która już zaczyna nużyć i męczyć. Przemawia do nas językiem prostym, językiem ulicy, jęyzkiem dnia codziennego. Nie stroni od słów wulgarnych, które o dziwo nie rażą i nie oburzają co jest dużym osiągnięciem pisarskim..."

Że co? Że jest to o książce "Wielkie Jabłko" o moich latach wgryzania się w Nowy York (i "okolice, aż do Argentyny..."). Sytuacje? Gdy zaczynałem pracować na dnie ulicy w sensie fizycznym i społecznym, to trudno bym mówił... - Przepraszam panią, gdzie mogę kupić bukiecik fiołków dla mamusi?...

A książka? W 1986 została uznana przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie za najlepszą polską książkę poza krajem. (to, by zaszpanować, rzecz jasna).

Wielki człowiek i pisarz Kornel Makuszyński radził by nie rzucać pereł przed wieprzę. Myślę, że zgryzany zawiścią komunistycznych, nawazelinowanych kolegów "pisarzy" tak powiedział. Kiedyś to zrozumiesz.

P.S. Jesienią 2006 tak ocenia naród nad Wisłą pewna góralka z Zakopanego (widziałem w TVP) - "Polacy krytykują wszystko i wszystko im przeszkadza, nawet ich własna skóra na grzbiecie...".