| Rozdział XVIII "A CO DALEJ..." |
| Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz | |
| 06.08.2010. | |
A CO DALEJ...- Jeżeli nie obrazicie się, Kasia i Mark, to... Nie wiem jak wam powiedzieć... - Najlepiej wprost. - Okej, a więc po rodzicach zostało dużo odzieży, no wiecie... A dziewczyny wyglądają,gorzej niż takie z najbiedniejszych rodzin. - Ja nie wyglądam źle! - Nie rozumiesz, przecież to nie ubranie ale strzępy koca... - W moim domu jest zapasowa, nieużywana pościel, cieniutkie firanki, kilka par moich butów, a Kristi masz taka, samą stopę jak moja mama. Jest też maszyna do szycia, staromodna, ręczna ale szyje. - Super, tylko kto będzie szył? - Mama mnie trochę nauczyła. Żeby uszyć bieliznę czy jakieś sukienki, to potrafię. - Najlepiej gdybyś pojechała z Markiem. Wiesz gdzie co jest. - Nie mogę. Widzę plamy krwi rodziców na podłodze... - Przecież siedziałaś w schowku! - Co z t ego. Zanim zabili ojca, to na pewno krwawił chociażby z samego bicia, zanim go zastrzelili. Państwo Adams na pewno pomogli pochować rodziców, ale plamy zostały. Już mówiłam, że to nie jest mój dom, a jeżeli przyda się nam to co jest w nim, to chyba dobrze? - Nawet nie ma o czym mówić. Kristi i ja jak zwykle, po ciemku... - Marek, a może czas skończyć z tą konspiracją a nawet odwiedzić tych Adams? - I powiedzieć co? Że dobrze nam tu i chętnie ugościmy takich jak ci czterej? Nie masz pewności czy nie przyjdą podobni, ja też nie mam i jak długo tu będziemy, to nikt nie ma prawa o nas wiedzieć. Zwłaszcza teraz gdy jedyni świadkowie czyli rodzice Karol i Bili nie żyją. Co wy na to? - Ja uważam, że Mark ma racje, chyba wszystkie tak uważamy,no nie - April, Kristi? - Absolutnie tak. Nie warto ryzykować, a ja mam już dość zabijania. Tak zaczął się kolejny czas dobrobytu. Rzeczy z domu Karol ubrały i obuły leśnych obdartusów. Znalazły się nawet kolorowe akcenty wstążek i kokardek, by sukienki z prześcieradeł i obrusów zrobić sukienkopodobnymi... W dzień po ostatnich „zapięciach” na zimę spadł pierwszy, obfity śnieg. Jeszcze z drzew spadał z głośnym pac pac, nawet z dachu spadło kilka kropli, zakryła leśny świat grubą, białą kołdrą. Była jak prawdziwa, puchowa i Flo wyraziła opinie o Bogu... - Chyba jest Bóg, bo dał stworzeniom ciepłe okrycie. - Może jest dla ciebie, ale gdzie był gdy tamci strzelali i gwałcili w obozowisku, no gdzie był? Spał?! Chyba tak, bo starzy ludzie lubią spać. Sorry, Kasia i Mark, tak mi się głupio powiedziało. - Powiedziało ci się, April? Bo jesteś głupia! - Spokojnie dziewczyny, naprawdę nie ma powodu. - Jest i daj mi dokończyć! Raz, że Kasia i Marek nie są starzy, a dwa czy to nie Bóg dał ich nam?! Pomyśl tylko! Zdechłybyśmy w lesie gdyby nie oni. A przecież mogłyśmy ich nie spotkać, prawda?! - Wyluzuj Flo, dzięki, ale April powiedziała prawdę, bo ludzie w naszym wieku nie są młodzi. April, naprawdę nie ma sprawy, wierz mi. Gdybym miał tyle lat co ty, przecież wiesz, że dla was nastolatków każdy po trzydziestce... Zresztą zostawmy to. Pomogę wam w inny sposób trafić do Boga, a sam tyle razy pytałeś szukałem odpowiedzi... Karol, wiem co teraz myślisz o Bogu, nie przerywaj... Widzisz tamtą gwiazdę? - Tak, no i co? - Ile czasu zajęto ci aby ja zobaczyć? - Czasu? Wcale, popatrzyłam i już. - A więc ułamek sekundy, prawda? W ułamku sekundy potrafiłaś pokonać dystans wielu miliardów kilometrów. Nawet światło nie leci tak szybko, bo gdy rankiem budzimy się i widzimy słońce, to potrzebowało ponad osiem minut abyśmy je zobaczyli. A jest miliony razy bliżej od ziemi niż ta gwiazda... My ludzie... Kto nam dał taką, moc, taką zdolność jeżeli nie ktoś większy niż nasza nawet największa wyobraźnia... Może więc Bóg? Pomyślcie... Po godzinie przyszła Karol z bardzo niepewny miną. - Mark, chyba przekonałeś je o Bogu, o niczym innym nie rozmawiają. - A ty? Na pewno masz swoje zdanie. - Bo ten przykład z patrzeniem na gwiazdę... Czy inaczej widzi ja pies lub małpa, lub krowa. Czy to znaczy, że są gorsze od nas, a przecież równie szybko widzą tą gwiazdę... Więc czy to znaczy, że wierzą w Boga? - Nie wiem, ale może kiedyś zapytam zwierzęta. Dlatego Kasia i ja nie jemy mięsa. - A ryby?... - To prawda, jesteśmy ćwierć hipokrytami. Ale wracając do twego zdania... - Nic specjalnego. Kiedy ojciec robił dobre pieniądze, to pastor ściskał jego rękę w obu dłoniach. Kiedy robił mniejsze, to tylko w jednej ręce, a gdy turyści przestali zatrzymywać się w naszym miasteczku w drodze do oceanu, to tylko podawał dwa palce... Ale cały czas słodził, że i on i Bóg jednakowo kocha każdego w tym kościele... - Pastor jest jedynie urzędnikiem w kościele, wasz pastor bardzo złym i tyle. - Ale twierdzi, że rozmawia z Bogiem... - Karol, gdy Bóg rozmawia z człowiekiem, to takiego człowieka nazywamy religijnym. Ale gdy ktoś twierdzi, że rozmawia z Bogiem, to taki człowiek ma problemy z głową... Jestem ostatnim w kolejce do przekonywania o i do religii, wierz mi. Ty, po ostatniej tragedii masz pełne prawo wątpić w Boga. Przecież twoi rodzice to byli uczciwi ludzie i nikogo nie oszukali, a osierocili cię w taki sposób. Możesz zapytać dlaczego Bóg ich nie obronił? Nie tylko ty tak pytasz. Gdy moja matka gołymi rakami grzebała mego brata w syberyjskim śniegu na pewno też tak pytała... Brat miał tylko 10 lat... - Jak to się stało?! - To bardzo długa i jeszcze bardziej smutna historia. Wiesz... wniosłaś w nasze życie, naszej czwórki nowy duch, a przy okazji ducha narty... Nigdy nie lubiłem „białego szaleństwa”, ale teraz te narty to jak zastrzyk witamin. Od jutra regularnie robimy narto-biegi. - Bo to są właśnie biegówki. Kiedyś złamałam noga w górach i od czasu wolę biegi, nie ma lepszej zaprawy kondycyjnej. Narty mojej mamy są trochę krótkie... - Są idealne dla Flo i April, a narty twego ojca dla nas. Twoje to chyba jakiej drogie wyczynówki? - Jedne z takich. Nauczyciel od sportu uważał, że mam zadatki na złoty medal w biegach przełajowych, ja po prostu nie wiem co to jest zmęczenie. Może dlatego, że od dziecka nawet w największe śniegi pieszo chodziłam do szkoły, a latem tylko biegiem. To nie jest daleko, bo tylko cztery kilometry, ale w sumie to była dobra zaprawa. Myślisz, że spełni się twój sen o kwiatach? - Jeszcze się nie skończył... - Czy możesz postarać się śnić o piłce nożnej?... - Karol, to niesamowite! Nawet nie wiesz ile razy śniłem. Tym dziwniejsze, że gdy grałem (a podobno niezłe), to w snach zawsze brakowało mi kilka metrów do piłki, wyciągałem nogę jak z gumy, ale piłka mijała mnie... Nagle zmieniała się w kawałek szmatki, który jak piłka podskakiwał, toczył się, ale gdy chciałem go kopnąć, to jak spadający liść omijał moją nogę... - Czy wiesz co to może znaczyć? - Mogę się tylko domyślać logiki spoza snu, że to są marzenia, o czymś dużym, nieprzeciętnym... - Może uda ci się śnić o tym, że mnie trenujesz, tak jak wtedy tamtych chłopaków. Ja się nie opier... na treningach, sorry za wyrażenie. - Normalka, gdy coś jest dla nas ważne, to warto rzucić mięsem. - Nie denerwuj się, ale muszę cię zapytać, a ty wiesz wszystko. - Karol, taki wstęp jest jak prośba o większe kieszonkowe, ale tutaj? - Czy ludzie są zwyczajnie durni gdy mówią, że Bóg ich uratował? - Przyznam, że to jest pytanie... - Nie kpij, ja mówię poważnie. Chyba pamiętasz co się stało kilka lat temu na Haiti, no wiesz, trzęsienie ziemi. - Oczywiście, ale gdzie tu jest związek? - Wtedy zginało prawie pół miliona ludzi, ale byli tacy, którym się udało i bardzo głośno chwalili Boga, że ich uratował. Czy to znaczy, że Bóg wybierał kogo ratować, że ci którzy zginęli byli gorsi? Bo na to wygląda, gdy ktoś dziękuje Bogu bo żyje, a jego krewni czy znajomi leża pod gruzami... Coś jest chyba nie tak z takim ratowaniem, nie uważasz? - Masz szczęście, że nie żyjesz w średniowieczu, bo za takie gadanie zrobiliby z ciebie grilla, na stosie. - A wiec jak to jest, przyznasz, że to jest dziwne, albo, że ludzie są po prostu durni. - Niezbadane są wyroki boże... - Taka odpowiedz dobra jest dla maluchów, co jeszcze czytać nie potrafią. Ja uważam, że w życiu albo się komuś uda albo nie. Jasne, że jeden stara się bardziej niż inny, ale gdy tak jak wtedy na Haiti, to nie wiem jak się ktoś starał, a zginał. Zwyczajnie, był w złym miejscu w złym czasie... - I tak jest nie tylko w czasie śmierci. Kiedyś sprzedawałem samochody zanim skończyłem studia. Było to w Kalifornii. Pracowałem z mądrym człowiekiem o ogromnym talencie literackim. Pisał wspaniałą książkę „Zwodzony most”. Pisał, ale miał pecha... - Pisał niepoprawnie politycznie? - Nie, Karol, wtedy nie było tego cwaniactwa duszącego ludzi za gardła i za dusze. Miał pecha bo jego syn wykładaj literaturę angielską na uniwerku w Palo Alto. Więc Sam, to było jego imię, wysyłał synowi kartki do literackiego wyszlifowania. Co robił syn? Z prawdziwego diamentu robił gładziutkie wyszlifowane szkło. Nie było w nim ognia, nie było blasku. Sprzedawać używane samochody w kraju, który zatłoczony jest samochodami nie było łatwo i kiedyś Sam powiedział... Wiesz, Mark, sprzedawanie samochodów jest jak bieg między kroplami deszczu, czasem uda ci się mieć słońce... Nigdy tego nie zapomnę. - Udawało ci się? - -Nie miałem wyboru, trzeba było zarobić na chleb i trochę masła... Na szczęście Kasia miała doskonały zawód. Płacono nam tylko prowizję, nie sprzedasz nie jesz... Były tygodnie gdy wracałem do domu nie wiedząc jak znalazłem się na parkingu przed domem. A musiałem zmienić dwie autostrady i pięć ulic. W sumie odległość prawie 80 kilometrów. Jechałem nie wiedząc, że jadę... Ale były tygodnie, gdy biegałem w słońcu i takie tygodnie trzymały mnie w tej pracy uważanej za ostatnią w kategorii szacunku dla niej. Sprzedawców uważano za złodziei podczas gdy to kupujący wymyślali takie wykręty, że warte grubej książki. Byli tacy, którzy nie chcieli wydać kilka dolców na kino, więc szli drażnić sprzedawców udając, że chcą kupić. Właśnie tacy powodowali, że wracałem do domu nie wiedząc kiedy. - Więc czy było warto? - I to jak! Żadna szkoła psychologii nie nauczy lepiej niż taka praca. Nauczyłem się czytać niby kupującego w dziesięć sekund. Ale to przyszło z czasem. - Czy Flo jest normalna?! To znaczy taka jak my? - Nikt nie jest taki jak my, bo każde z nas jest inne, ale skąd takie pytanie. Zaskoczyłaś mnie. - Nikt normalny nie może tyle pamiętać! Ona ma w głowie jakiś żywy komputer. Nawet potrafi szybko zliczyć mnożenie trzycyfrowych liczb! - Niemożliwe! Myślałem, że jest słaba z arytmetyki a dobra z języka... - Z tego też, a jakie historie wymyśla! A na drugi dzień pamięta wszystko jakby to zapisała i się nauczyła. Co z nią? - Ty masz super ręce i jesteś bardzo logiczna, ona ma super pamięć i wyobraźnię. Tylko to szybkie liczenie, niby jakie, pamiętasz? - Chociażby ile jest 246 razy 356... - Długo jej to zajmuje? - Może kilkanaście sekund, najwyżej. - Dla mnie, który zawsze byłem umysłowo niedorozwinięty z matematyki to jest fenomen. - Początkowo myśleliśmy, że kręci bo niby jak sprawdzimy tak szybko, ale Kristi zapisała i sprawdziła, zgadzało się. - A co na to April? - Ona uważa, że jest najładniejsza, a tak wysokiego cycka... - Wysokiego? Co to takiego... - No , znaczy, że prawie pod brodę, to nie ma nikt i to jest więcej niż szybkie liczenie. - Na krótką metę na pewno tak, zgadza się. - Ale April nie jest głupia, ma większe plany niż my wszystkie razem. Już... otworzyła dom mody i takie tam fantazje. Myślisz, że się jej uda? - Będę trzymał kciuki bardzo mocno. April to skomplikowana dusza, niby wszystko na wierzchu, nawet ten wysoki cyc, a w środku ogromne, romantyczne pragnienia. Boję się o nią chyba, że nie sparzy się przez pierwsze parę lat, wtedy będzie okej. - Masz na myśli tam, no wiesz, daleko ... - Tak, ale to daleko jest już na głównej drodze do Williams Lakę. Znasz tam kogoś? - Oczywiście. Tam mieliśmy turniej .Przegraliśmy z Toronto, ale po dogrywce. Strzeliłam bramkę i podałam do jednej. Jeżeli zaraza zabiła Vancouver, to myślisz, że dotarła do Williams Lake? - Jeżeli dotarli zarażeni ludzie, a widzieliśmy nieprzerwany konwój samochodów z południa... Ale spokojnie, to było ile, dwa lata temu? Zgubiliśmy rachubę czasu, właśnie, który rok mamy... - Zimę 2014, za kilka tygodni będzie nowy rok 2015, bo co? - Bo żadna zaraza tak długo nie wytrzyma, chyba że potrafi się rozmnażać. Kristi rozważa taka możliwość uważając, że człowiek wreszcie wynalazł doskonałe narządzie zabijania. - Więc musimy zostać tutaj ?Bez piłki nożnej?! - Karol, kochana Karol... Zrobimy szmaciankę i będziemy kopać... - Ale ja zapytałam poważnie. Co nie znaczy że piłka nie jest ważna. - Spróbują tak odpowiedzieć; Jeden człowiek robi wspaniałe zamki do drzwi, do banków. Gwarantując pełne bezpieczeństwo. Tak, ale inny człowiek nie mniej wspaniale potrafi otwierać takie zamki... - Ale zaraza... - Dokładnie tak samo. Ktoś zrobił zarazę, a drugi ktoś znajdzie na nią lekarstwo chociażby dlatego aby mieć ludzi do pracy, do panowania nad nimi. Taka motywacja może okazać się silniejsza od zarazy. Liczę na to, to jest nadzieja dla ciebie, że bodziesz kopać normalna piłkę i projektować najpiękniejsze domy na świecie, bo tego chcesz, prawda? - Tak,ale kiedy... - Na pewno nie teraz gdy śnieg sięga do połowy domu. Czy tutaj to jest normalne? - Mój ojciec mówił, że teraz nic nie jest normalne. Pewno nie pamiętasz, że zimowa olimpiada była w Vancouver... - Nie cierpię śniegu i rozdawania medali za dwadzieścia niby różnych dyscyplin a każda taka sama... Zaraz, zaraz... Masz rację, pamiętam, bo Kasia patrząc w telewizor wykrzykiwała... Zobacz, jest luty a w Vancouver kwitną japońskie wiśnie... - No właśnie, kiedyś zimy były jak zimy, a dwa lata temu krokusy zakwitły już w styczniu, bo niby jakieś wielkie ocieplenie... - Globalne czyli globalne cwaniactwo robienia z nas durni i rozdawania Nobli takim nieudacznikom jak były wiceprezydent USA. Właśnie wtedy śnieg padał w Południowej Hiszpanii, a w Rzymie było śniegu po kostki. My w Tucson też mieliśmy zimno, nawet bardzo, ale nie tak jak w Las Vegas, gdzie śnieg połamał palmy... - Więc co to znaczy, kto jest taki mądry, że wie. - Na pewno nie ja. Jednak nie trzeba nadzwyczajnej mądrości, wystarczy poczytać trochę do tyłu o naszej planecie by wiedzieć, że już było i bardzo bardzo zimno i tak samo gorąco. Ale wtedy nie było cwaniaków robiących tytuły profesorskie, kasę, a z ludzi durni... - Czyli na wiosnę? Czyli pora na siusiu, ząbki i spać... Kasia skróciła narciarskie biegi. - Marek, wszyscy jesteśmy na diecie z minimum białka, a dziewczynki rosną. Narty owszem, ale bez wyczynów. Chyba to rozumiesz? Ciężko było zrozumieć, bo wszystko co robił było jak ostatni raz w życiu. Tak rozgrywał mecze zostawiając na boisku lub koszykarskim korcie każda krople potu jaka jeszcze została. Ale Kasia miała rację. On mógł pozwolić sobie na spalanie się, ale nie młode, rosnące organizmy, które nie mogły uzupełnić „paliwa”. Przychodziły dni trzymające w ręku kalendarz i mówiły... Ty, a może przypomnisz sobie datę urodzenia? Siebie chcesz oszukać?... Wtedy próbował, odrzucał myśl, że nie może. Nie móc? Nie znał tego więc popychał, popychał, aż pewnego dnia padł. Leżał na śniegu tłumacząc sobie, że ot, zadyszka, ot, zwykły brak kondycji... Przecież nie może być inaczej. Było. Nie jesteś sam ty durniu udający dwudziestolatka. Tyle ufnych oczu patrzy na ciebie, liczy na ciebie. Zwolnił na jakiś czas, a las zdawał się szumieć... Tak tak, tak tak... Zobacz... Jesteś w kościele, uszanuj ciszę własnego serca, otwórz oczy, wyhamuj... Las był jak gigantyczna zielona katedra ubrana białymi aniołami. Coraz to któryś zlatywał na śnieg, znikał w nim, a tylko lekki ruch gałęzi, szelest jakiś, na moment pozostawał... Karol ponownie wciągnęła go w co bidzie... Tam... - Czy w Arizonie macie dużo Chinoli i w ogólę kolorowych. Nie cierpię Chinoli, a Hindusi śmierdzą! - Nie jestem socjologiem hipokryta słodzącym o równości i godności, a w domu do żony... Te śmierdzące czarnuchy znowu napadły na kogoś... Powiem ci tak: Oto pewnego dnia budzisz się i widzisz, że jesteś Hinduską lub Chinką... - Tak nigdy nie będzie! - Ale może potrafisz zrozumieć jakbyś się wtedy czuła jako ta gorsza, taka, której nie cierpisz, śmierdząca. No jak? - Okropnie, strasznie, to chyba jasne. - Nie dla ciebie, bo nie jesteś Chinką lub Hinduską. A skoro o Hindusach. Gdybyś całe życie dodawała curry do wszystkiego, to nawet po najdłuższym prysznicu, też by cię było czuć na odległość. Ja uwielbiam curry... Czy bardzo boli cię mój ból brzucha? - Wcale, to znaczy... - Więc widzisz, możesz zrozumieć życie kogoś dopiero wtedy gdy nim będziesz. Dla twojej informacji... To Chińczycy i Hindusi mają najlepsze stopnie na studiach i kończą je z odznaczeniami. - Bo kują, nic ich nie obchodzi, tylko kucie, na pamięć. - Medycyny nie można „zrozumieć” bez kucia i pamięć. A po studiach jak myślisz kogo zatrudniają firmy? A kogo byś ty zatrudniła w swojej? - Ale czarni... - Znałem wielu, z którymi jak to się mówi poszedłbym na wojnę. Znałem wielu których wolałbym najpierw zastrzelić zanim oni mnie. Bo tacy są ludzie. Murzyni mają ogromny problem i nie jest nim nienawiść rasowa, ale tacy ludzie jak Jessie Jackson udający pastora a podjudzający, rozbudzający nienawiść do białych. On i jego świta jemu podobnych. Nie możesz wiedzieć, że w murzyńskich kościołach pastorzy nie głoszą o miłości bliźniego... Może tak jest gdzieś w prowincjonalnej Georgii czy Alabamie, ale nie w miastach gdzie systematycznie realizują politykę nienawiści rasowej wobec białej Ameryki. - Co za bzdura! Przecież jest odwrotnie. Tym razem coś wymyśliłeś. - Nie ja i to nie są wymysły. Niestety, nie będziesz mogła przeczytać książki murzyńskiego pastora Jesse Lee Patersona "SCAM", w której z detalami opisuje to o czym ci powiedziałem. Daje nazwiska, daty, fakty. Dziwne, że żył gdy to napisał ale... słuchaj uważnie: Mnie udało się kupić tą książkę i powiedział mi o niej All, Murzyn z którym grałem w kosza, ale po jej ukazaniu się nagle znikła z księgarni, a wydawnictwo odpowiadało, że nakład jest wyczerpany... J.L.Paterson ubolewa nad tak zdradzieckim rozdzieraniem jedności w amerykańskim społeczeństwie. Opowiem ci krótki fragment... Jeden z najzagorzalszych wrogów białej Ameryki, postać znana z publicznej aktywności postanowił w Afryce szukać swych korzeni. Konkretnie w Rwandzie. Stojąc na moście jednej z rzek zobaczył płynące nią ludzkie zwłoki bez rak, nóg, bez głów... Krokodyle były tak najedzone, że już nie zwracały uwagi... Dowiedział się, że w ciągu zaledwie 100 dni Murzyni jednego plemienia maczetami i siekierami zamordowali prawie 800 tysięcy Murzynów innego plemienia. Wrócił do Stanów Zjednoczonych i stał się jednym z największych miłośników tego kraju... - Ohydne, po prostu ohydne! Nikt nie ukarał winowajców? - Niby kogo... Po wielu latach usiłowano ukarać przywódcę tego plemienia Hutu, ale ani świadków, bo wymordowani, ani większego entuzjazmu nie było... A teraz, czy myślisz, że ktoś ukarze sprawców tej zarazy? Najwięksi zbrodniarze wojenni winni śmierci dziesiątek milionów luda umarli spokojnie. To prawda, że jeden podobno popełnił samobójstwo, ale nie z wyrzutów sumienia lecz ze strachu, ale drugi, który zamordował o wiele więcej ludzi miał stosy kwiatów w trumnie i do dziś uważany jest za bohatera. - Więc czy warto być uczciwym człowiekiem? - Sama sobie na to, może nie już teraz, ale kiedyś na pewno odpowiesz. Naprawdę nie warto ciągnąć tematu. Nic nowego nie dodamy. Lepiej powiedz, czy w domu zostało coś potrzebnego nam? - W warsztacie jest masa rzeczy, ale mamy piłę, benzynę... Nie wiem co jeszcze by się mogło przydać. Mamy tu wszystko. To jest jedna z najlepszych kabin jakie widziałam. Wy jeszcze ulepszyliście. - Zastanawiamy się do kogo mogła należeć. - Ojciec kiedyś wspominał o parze starych dziwaków, podobno artyści, ale nic więcej nie wiem. Boisz się, że wrócą? - Rozmawialiśmy o tym. Nie raz. - Spokojnie, ja bym się nie martwiła, bo nawet gdyby to co, wyrzucą nas, siła? Jeżeli tak zechcą, to kto kogo, prawda? - No, niby tak. Na pewno nie wrócą tej zimy. Myślisz, że długo jeszcze tego śniegu? - Wczoraj widziałam trochę grubsze pędy brzozy. To jest początek wiosny. Jak narty? - Myślałem, że ciągle mam dwadzieścia lat. Już nie myślę... - A ja myślałam, że April to takie coś, że tylko przed lustrem, no wiesz. Zaskoczyła mnie, jest najbardziej wytrzymała z nich. Najsłabsza jest Flo. - Jest najmłodsza... - Ja też byłam w jej wieku, ale tak „paliłam” narty, że śnieg się gotował. Tak mówił mój trener. - Zabrzmię jak wyświechtany frazesik, gdy powiem, że każdy dobry jest w czymś. Muszę zmienić temat, a ty musisz, sorry, powinnaś odwiedzić tych Adams, zobaczyć grób rodziców. - Mam takie plany, ale gdy będziemy wyjeżdżać, bo chyba będziemy? - No, chyba, że twoje cebulki, marchewki i koperek wyrosną jak las... żartuję, tak, musimy zaryzykować i ja też mam plan, ale zaczekaj do wiosny. Nie, żadna tajemnica, po prostu za wcześnie mówić by nie zapeszyć. Za godzinę zbieramy się w komplecie, chcę coś wam oznajmić... Ale jako pierwsza zabrała głos April... - Tylko nie mów, że mamy za mało nauki. A w ogóle to co będę miała z tego, że wiem co było dwieście lat temu. To nie ma sensu. - Nie o tym miałem mówić, ale masz rację, nie ma sensu zawracać sobie głowy starociami. A wiesz dlaczego? - Bo są do niczego nie przydatne? - Dokładnie tak, brawo, ale ja coś dodam z tej nieprzydatności. Człowiek miał tyle okazji aby czegoś nauczyć się z przeszłości i gówno się nauczył, sorry, że tak wprost, ale dokładnie tyle. Nic się nie zmieniło i nic się nie zmieni aż do końca istnienia życia na tej planecie. Powód bardzo prosty - człowiek się nie zmienił od czasów jaskiniowca. Tak samo pragnie więcej, ciągle więcej i tylko metody ulepszył, w zabijaniu, by to więcej osiągać. Tak więc od dziś koniec z nauka historii. Chciałem wam powiedzieć coś co wszyscy w jakimś stopniu czujemy, może z wyjątkiem Karol, ale za rok, dwa będzie czuła tak samo. - Nudę? - April, jesteś szczera aż do bólu... - Ja się nie nudzę, Mark zawsze ma coś nowego w kieszeni... - Flo, nawet gdy to jest zwyczajny podliz, to jesteś mniejszością. Nasza przygoda tutaj już przestała być przygodą a stała się wegetacją... Co gorsze, to, że psy tracą sierść, słabną, bo tylko dodatek rybki do kluseczek najwidoczniej nie wystarcza. - Mój pies żył tylko suchą karmą. To był seter irlandzki, rudo-złoty i miał sierść jak jedwab. - Okej, Kristi, cholera wie czego dodawali do tej suchej karmy, faktem jest, że większość psów jadła tylko taką. - Bo ludzie są leniwi i myślą, że wystarczy wsypać psu do miski... - Kasiu, racja w stu procentach, ale prawdą jest, że psy żyły na tym. Nie polujemy i nie bodziemy polować, a do wiosny, właściwie lata czyli do ryb jeszcze sporo czasu. - Ja nie muszę miec ryby, zresztą nigdy mi nie smakowała. - Musisz, Flo, musisz, a Lola i Golden i tak cię kochają... Od dziś ograniczamy wysiłek fizyczny, dam wam ćwiczenia, które możecie robić w domu i bez ciężarów. Ciężar własnego ciała wystarczy aż za nadto. W ten sposób psy dostaną trochę więcej ryby. To powinno pomóc. Nie uważasz, Kristi? - W jakiś sposób tak, nawet gdy dodatkowe sto gram ryby na psa, ale brak słońca, to też rezultat gorszej sierści. Karol, kiedy dołączyłaś do nas? - W końcu sierpnia, nie pamiętam dnia. - Czyli teraz może być luty? - Nawet koniec lutego, bo brzozy a chyba już mówiłam maja grube „miotełki”. - A wiec niedługo wiosna. Mark, co postanawiasz? - Okej, wyciągnęłyście to ze mnie. Kasia i ja pojedziemy do głównej drogi... - Nie dojedziecie, bo ta z naszego miasteczka jest zablokowana tak, że nawet czołg nie przejedzie. - Widziałaś? - Oczywiście! Nawet pomagałam. - Czy obok jest las? Kumasz?... Piła?... - Masz racje! Zrobicie wycinkę. Nie pomyślałam. - Na pewno spotkamy ludzi, Kristi chyba zgodzisz się, że po tylu latach nie powinno już być zagrożenia tylko kontaktem. - Jeżeli coś zostało, to jakaś mutacja, bo przyroda potrafi absorbować i przezwyciężać. Studiowaliśmy efekty prób z bronią nuklearną, na atolu Bikini. Ryby wchodziły na drzewa a ptaki pływały jak ryby. Potem wszystko wróciło do normy. Może więc i teraz przyroda wygra z zarazą. - Na to liczę. Jeżeli okaże się, że jest czysto, to wracamy do świata. Kasiu dawaj flaszkę z zapasów Karol. Dziś każdy jest pełnoletni na pół małej szklaneczki... - Nie za wcześnie na taki toast? Przecież nic jeszcze nie wiemy. - Nie za wcześnie, bo sama decyzja warta toastu. No, dziewczyny... Aby do wiosny. A ta przyszła nagle, jakby słyszała... Słońce wygrzało miejsce na cebulę i „dodatki”. Marchewka dostała miejsce na lekkim stoku, najbardziej nagrzanym. Tylko dla kogo skoro zasieją a nie zbiorą... Flo stwierdziła, że owszem, smażona cebulka, to duża rzecz, ale drobiowe hamburgery z serem w Burger King, to jeszcze większa rzecz... Szczęśliwe planowania przerwał huk. Gdy szyby przestały drżeć zobaczył dym. Wspinał się wysoko ponad drzewa, a wychodził gdzieś z drogi. Z pułapki? - Wszyscy za spluwy. Kasia pilnujesz domu, April też. Reszta za mną, od drzewa do drzewa... - Dlaczego? Śniło ci się, że jesteś na wojnie? - Nie uwierzysz... A poważnie? Huk i dym to eksplozja. Nie sadzisz aby jakiś świerk eksplodował? Ledwo zdążyli odejść gdy zobaczyli paru uzbrojonych facetów. - Kurwa mać! Sorry dziewczyny, ale już rzygać mi się chce od takiej zabawy! - Daj znać kiedy strzelać. - Tym razem zapytamy potem zastrzelimy. - Ale policja najpierw strzela a potem pyta... - Kristi, zaczekaj z dowcipami. - To nie jest dowcip! - Ciszej, niech podejdą bliżej. - Faceci lekko kulejąc zbliżali się, jak doświadczeni żołnierze, od drzewa do drzewa. Bzyknął a strzała wbijając się w pień, zadrgała. Faceci padli coś gestykulując. Mark uprzedził... - Wstawać. Broń na ziemię. Odkopnąć daleko! Mamy was jak na talerzu. Jeden wygłup odwagi, a następne strzały przypną was od pni. Teraz na ziemie! Na brzuchy i to już! - Sir... Sir... Ja nie mogę na brzuchu bo mam rozbite kolano. Czy mogę leżeć na boku? - A mówić możesz? No, już! Słuchamy. - Nasz Dżip wpadł do dołu. Dwaj koledzy zginęli, nas wyrzuciło a zaraz potem ta eksplozja widocznie z baku doszło do silnika, nie wiemy. - Tyle to my też wiemy, ale co tu robicie? Z bronią i te podchody? - Bo jeżeli ktoś wykopał pułapkę, pan chyba rozumie? A że z bronią? Jeszcze nie jest bezpiecznie, grasują bandy, pan chyba rozumie? - I to jeszcze jak. No i co z tego? - Jesteśmy kartografami z Prince George, nanosimy na mapę do tej pory nienaniesione drogi takie jak ta. Wykonywaliśmy tylko swoja pracę. To jest cała prawda. Czego więcej pan chce? - A chociażby jakichś dokumentów, prawda? To chyba nie za wiele aby zapytać, zobaczyć. - Naturalnie, naturalnie tylko, że to było w Dżipie... - No i wygodnie spłonęło... - Co pan podejrzewa! A w ogóle co wy tu robicie, mieszkacie w lesie? Stare mapy nie pokazują nawet najmniejszego osiedla. - Co my robimy? Masz koleś niezłe poczucie humoru. Podchodzicie nas z wprawą żołnierzy, słodzicie o mapach. Wstawać! Rączki na głowę. Kristi pozbieraj broń. Karol, gdy któryś zrobi krok w bok lub przyspieszy, to zrób mu trochę dziur. Widzicie tą dwunastkę? Robi szybkie hamburgery... Że ja mam dziurawe wojsko? Może nie zupełnie dziurawe, bo jedna jest nieletnia, ale jak strzela! Kristi, zrób mu dziurę w bucie... Pocisk wyrzucił ziemie o milimetry od buta pierwszego z kartografów... - Wariatka! Niech pan jej nie pozwala! To jakaś maniaczka! - Nie zgadzam się. Ona po prostu ma awersje do nieproszonych gości. Jesteśmy z domu, którego nie ma... Na dupy siad! Rączki ciągle na głowie. - Tylko dwóch? Nie było reszty? - Rozczarowana? - No wiesz, przecież mogą być inni. - Dlatego Kristi i Flo zostały na warcie. Usłyszę strzał, to kolesie dostają kolbą w łeb. Przypilnujecie by nie wstali, a ja dołączę do warty. - Nie ma żadnej reszty. Było nas czterech. Już powiedziałem, że ci dwaj nie żyją.. Kierowca wgniótł klatę i żebra w kierownicę, a Jo, nasz najmłodszy wyleciał jak z katapulty, głową w drzewo. Jechaliśmy odkrywanym Dżipem. Co więcej mogę dodać? Ale, czy pani ma coś do jedzenia, kawałek chleba. Od paru dni nic nie jedliśmy... - Kasiu, muszę porozmawiać z Markiem. - Spokojnie, idźcie, gdy ruszą się, to ostatni raz w ich życiu. - Mark, ja będę ich pytać. Oni mi śmierdzą, a to, że tak długo nie jedli mi wystarcza. Okej? Zaufaj mi. Nic głupiego nie powiem. - Jasne. Sam jestem ciekawy... - Mówił pan, że nic nie jedliście? - Przecież powiedziałem. - Jechaliście prosto z Prince George? - Inaczej nie można... - Nie zatrzymaliście się w Lakę Williams? - Tak ale to było dwa dni temu. - To chyba kupiliście kiełbasy „U starego Jo”. Ma najlepsze w okolicy, z dziczyzny. - Jasne, pychota, ale zjedliśmy. - Mark, daj mu w mordę! Kolbą. Nie chcesz, to ja to zrobię! On kłamie i jest gówno a nie kartografem! - Karol... Co ty mówisz...Skąd wiesz! - Skąd! Zobacz jak go skróciło! Mówię ci, daj mu w mordę! Tego „U starego Jo” ja wymyśliłam, nie ma czegoś takiego, a znam to miasto jak własne! Ale dali się nabrać! Jak gówniarze! - To ona jest gówniara, chyba nie wierzysz jej?! - Wierzę tak jak sobie. Karol masz więcej pytań zanim kolesie skończą w mrowisku? - W czym, czy wy jesteście jacyś zboczeńcy?! - Przeciwnie. Lubimy prawdę, a nic tak prawdy z kłamców nie wyciąga jak godzina w mrowisku. Po uprzednim wysmarowaniu wodą z cukrem. - Fred... Mówię ci, skończmy bajery. Oni są nienormalni i zdechniemy w mrowisku! - Okej, Fredyboy, więc tak naprawdę skąd jesteście, to na początek. - Naprawdę z Prince George, to duże miasto. - A ja jestem z Nowego Yorku, to jeszcze większe miasto... - Przysięgam, że nie kłamię. - Karol sprawdź go. - Co ona ma do sprawdzania! Zwariowałeś?! - Jeszcze nie. Pytaj go o coś z Prince George. - Okej, skoro jesteś stamtąd, to jaki kolor uniformu ma mistrzowska drużyna futbolistów i jak się nazywa? Wszyscy w Prince George to wiedza, bo to jest chluba miasta. - Fred, ta mała kurewka... Tylko nie w głowę Zatrzymaj ją!... - Kurewka?! Muszę tylko za to mu dołożyć w pysk. Za kłamstwo drugie tyle! - Wiec, jaki kolor? - No dobra, myśleliśmy, że nam ujdzie, a naprawdę... - O nie, koleś, gówno a nie na prawdę. A wiesz dlaczego? Bo ty nie potrafisz powiedzieć prawdy, po prostu nie możesz. Za długo rozbijaliście ludzi i uciekaliście przed policją. Jest już taka? Nawet gdy nie ma, to kto was tu nasłał?! A może całkiem zwyczajnie spierdalaliście aby dalej? Tylko mrówki wyciągną z was i ostatnie soki i prawdę. Chyba, że odzyskacie pamięć. Ale na początek, ilu was było w tym dżipie i czy są inni. Jeżeli są i ciągle żywi, to zanim dojdą tutaj to dziewczyny zrobią z nich pasztet. Chyba wiesz co taka dwunastka potrafi... - Było nas czterech. Możesz odwołać dziewczyny, a w ogóle to te dziewczyny, tylko zazdrościć... - Ale najpierw to przelecieć, sztafetka, prawda? No, przyznaj... - A co, tylko ty możesz... Jasne, że każdy by chciał... Ja ci powiem co mogę, ale to nie będzie ci smakować. Mogę wsadzić ci spluwę w dupę i wystrzelić. Nie tutaj, szkoda tych ścian i mydła. Chcesz abym cię tak przeleciał. A te kropeczki pod lewym okiem to z czego? Może pod cela nie raz miałeś w dupie, prawda? Taki przystojniaczek, młody, musiałeś od razu zostać „Jail bird”, słodziutkim ptaszkiem, No, Fred, było tak? - On siedział, ja nie. Chcesz kurwa prawdy? Obejdzie się bez tych jebanych mrówek, zgoda? - To zależy od twego śpiewu, zaczynaj ale nie fałszywie, bo ja mam doskonały słuch. - Okej, jak tylko to gówno zaczęło dusić ludzi, to jako pierwsi uciekliśmy z Vancouver. On jest pół krwi Meksykanin, starte duże czarne oczy i rzęsy jak u malowanej kurwy. Tamci dwaj uciekli z pierdla, on też. Ja robiłem w koce. Interes szedł chociaż to żółte gówno, te Chinole zasrywały coraz bardziej, chciwie, więc odpalaliśmy, ale dało się żyć. A potem... - No właśnie, potem... - Co kurwa chcesz? Do kościoła? Jeździło się od miasta do miasta z pistoletem po prośbie, wiesz jak to jest, albo dasz dupy i zjeść albo do piachu... - Ale dlaczego aż tutaj. Wiedzieliście o nas? - Za Chiny nie. W tym dziadowskim miasteczku nikt o was nie wie, albo nie chce mówić. Ponieważ my też nie wiedzieliśmy, to co mieliśmy robić, no nie? - No tak. Jak do tej pory trzymasz linię melodyczną. - Co trzymam? Przecież mam związane ręce... - I tak trzymaj. A dalej? - Jechaliśmy szybko bo droga dobra, wiedzieliśmy że na północ i może gdzieś do większego miasta, niż tamta dziura. Nie pozwól jej!... - Wkurwiłeś ją, bo ona urodziła się w tym miasteczku, więc ostrożnie - No wiec jechaliśmy i ten dół. Wykopaliście go, prawda? - Prawda absolutna, na takich i dla takich jak wy. - Resztę znasz. Nie była piękna. Moje kolano jest chyba do wymiany. - Leż spokojnie! Jestem fizjoterapeuta, powiem ci czy do wymiany czy na jakieś dwa razy kolbą... Jest okej. Duże stłuczenie ale i ścięgna i łękotka całe. Będziesz jeszcze tańczył, w piekle... - Zabijecie nas, tak po prostu, przy tych dzieciakach?... - Nie zabijecie, ale to te dzieciaki wykonają wyrok. Mają wprawę. - Ken... To dom wariatów! Mówiłem ci żeby jechać na zachód, do oceanu. Dupnąć łódź i na Karaiby, te mulatki... - Nie dupnąć, ale gliny nas by dupnęły. Widziałeś co się stało przez ostatnie pół roku. - Tak, Ken, ja jestem naprawdę ciekawy co się stało, nie żartuję, to może wam uratować życie, mówię poważnie. - Bo co, inaczej to rozwalicie nas? - Ile masz lat? Trzydzieści z czymś? Więc zrozumiesz. To proste. Raz, że nie mamy dodatkowego żarcia dla was. Dwa, że przy pierwszej okazji spróbujecie nas wykończyć, bo tylko to potraficie aby żyć, zgadza się? Jasne, że się zgadza. Więc w grę wchodzi numer trzy: Albo my was albo wy nas. Co byś zrobił na naszym miejscu? - Ta pani wygląda na dobrą kobietę, ta miejscowa to wariatka, ale reszta dziewczyn, to chyba nie takie same wariatki? - To nie jest odpowiedź, wyjaśnię ci, że ta dobra pani jako pierwsza pociągnie za spust. A wiesz dlaczego? - To jasne, już powiedziałeś dlaczego. - No widzisz, a zaczynamy się powtarzać. Więc co się stało przez ostatnie pół roku? - Kurewski porządek... To znaczy, że znowu pojawiły się i gliny i wojsko. - A ludzie? - Co ludzie. Nie rozumiem...Jak ludzie. - Nie umierają? - To skończyło się dawno. Może więcej niż rok temu. - Więc cały ten czas uciekaliście? Nie wyglądasz na durnia, przecież musiałeś dobrze myśleć gdy handlowałeś z kartelem, z chińską konkurencją, więc jaki widziałeś koniec w tym uciekaniu? - Nie wiem, a może nie chciałem myśleć. Co za różnica zdechnąć i tak kiedyś trzeba, a co się użyje życia... - Na razie zaczekamy z mrówkami. Decyzja zapadnie jutro. Teraz dostaniecie wodę i placki. Karol, rozwiąż im ręce, gdy zobaczysz, że placki im nie smakują, że szukają czegoś więcej... - Mam tu zrobić z nich hamburgera? Nie szkoda domu i smrodu? - Racja Flo, strzel im w obojczyki, o tutaj. - Sir. Sir... To jeszcze dziecko! - Mark, tylko za to dziecko już teraz ich rozwalę! - Wyluzuj. On bierze cie na litość. Jutro w mrówkach... - Przecież nie miało być mrówek! - Kto tu rozdaje karty? Nie grałeś w pokera? Jutro w mrówkach wyśpiewasz ile takich „dzieci” przeleciałeś, a może potem zabiłeś? - Powiem już teraz, że tylko najwyżej ze trzy, ale żadnej nie zabiłem! - No i w ten sposób już dziś wydałeś na siebie wyrok, ale usłyszysz go dopiero jutro. Tak lepiej smakuje. - Gdzie ich położymy? - Najpierw jeszcze raz ich zwiąż. Kij między linkę tak aby trzymał plecy sztywniutko. Tak ich posadzimy pod okapem. Ja trzymam pierwsza wartę. Kristi mnie zmieni, potem Kasia, na końcu Karol. Miłych snów... Aha, jeszcze to Karol, więc jaki jest kolor tej mistrzowskiej drużyny? - Nie mam pojęcia i nie wiem czy taka istnieje. Głupol znowu dał się złapać. - Słów mi brak... - Spokojnie, a w ogóle to futbol mnie nie interesuje. To jest gra dla grubych półgłówków. Co spotkałam futbolistę to głupek. Nic dziwnego skoro tak walą się w głowy. - Może tak, ale to również sport wyjątkowo silnych facetów. - Mark! Ty to mówisz?! Kiedyś założyłam się z futbolistą o stówę, że w czasie trzech godzin meczu futboliści biegają maksymalnie 20 minut. Wyśmiał mnie więc zmusiłam go abyśmy razem oglądali amerykański futbol i mierzyli czas gdy to jajko czyli piłka jest w ruchu. Jak wiesz ten sport to odliczanie, mierzenie, narady, wreszcie gwizdek i może dziesięć sekund biegania zderzania się i znowu stop czyli odliczanie, mierzenie, narady. - To się, zgadza, a ile czasu biegał i wygrałaś? - Oczywiście, a biegali 18 minut i 35 sekund. Mierzyliśmy stoperem. Nic dziwnego, że gdy jakiś grubas przebiegnie 30 metrów to mu dają maseczkę z tlenem. A te obwisłe brzuchy i wypchane dupy... Ohyda. Czy teraz już mogę iść spać?... Starszy ze związanych „kartografów” zaczął kusić Marka kilogramami złota, które znaleźli w okolicach rzeki Yukon i ukryli pod ziemią aby kiedyś gdy wreszcie zgubią policje wrócić i polecieć do Meksyku. Ma tam dobre znajomości... To bardzo ładna historia, a co do Meksyku, to radzę ci poszukać lepszych niż dobrych znajomości. - Nie rozumiem. Znam kolesi od lat nigdy mnie nie wykiwali. - Dobre znajomości z grzechotnikami nie kończą, się najlepiej. Ale, damy wam szansę powrotu po złoto. - Naprawdę?! Puścicie nas? Wiedziałem, że jesteście tylko pierdolnięci umysłowo, ale tak to dobrzy ludzie. - Dziękuję, a nasz pierdolnięty umysł już przygotował wam niespodziankę. Radzę ci spać. Będziesz potrzebował dobrej kondycji. Sam walczył ze snem i dobrze, że ustawił warty co parę godzin, bo gdy przyszła Kristi to musiała go mocno potrząsnąć... - To ma być warta? To chyba oni cię pilnują... - Sorry, widocznie odprężenie było silniejsze. Jak widzisz oni śpią, ale nigdy nie wiadomo. - Chyba, że cudem uwolnią się, a w cuda nie wierzę, od dawna. Nie powiedziałeś co planujesz. Zabić będzie najprościej, ale kto to zrobi. Ja już jestem zmęczona tą karuzelą zabijania, wymyśl coś... Nad ranem Karol i psy zrobiły pobudkę... Histeryczne krzyki „kartografów” i wściekłe warczenia psów. Karol daremnie próbowała utrzymać psy. Jeszcze nie gryzły, ale obnażone kły były o centymetry od twarzy powiązanych. Widząc Marka psy cofnęły się, ale wściekłe bulgotanie gardeł nie ustawało. - To ma być ta niespodzianka?! Śmierć przez zagryzienie? Zastrzel nas, wolę tak niż w kawałeczkach... Ta suka jest chyba wściekła, aż jej ślina leci... - To jedna z opcji nie do końca zadecydowana. Damy wam dwieście metrów i spuścimy psy. Uciekniecie, wskoczycie na drzewo? Wasze szczepcie, ale już nie zejdziecie z drzewa... - Ty hitlerowcu!... Szczuć psami! - Nie szczuć ale i wam i psom dać sportową szansę. Wygra szybszy. - Proszę pani... Niech mnie pani zastrzeli... - To może być trzecia opcja, ale zastrzeli cię ta najmłodsza. Musi nabierać wprawy. - Dom wariatów! Mówię ci Ken, to jest dom wariatów! - Skoro tak, to niby czego się spodziewacie, słuchany... - Odstawcie nas do miasta, związanych. Tam powiadomią policję. Wolę dożywotkę... - Ja też bym wolał. Dobre żarcie, telewizja, siłownia, książki i idiotki z wydziału psychologii robiące prace doktorskie o rehabilitacji kryminalistów. Sorry, cwane babska, a nie idiotki. To z nas robią idiotów. Nie, nic z tego, chociaż wycieczka do miasta jest następną opcją... - Kurwa, chyba sam się podniecasz tymi opcjami. Rozwalcie nas i będzie koniec! - Kenybaby zaproponowałeś prymitywną opcję bez wyobraźni. Gdy usłyszysz moją zgodzisz się, że jest prawie filmowa. - Mark, powiesz wreszcie? My też chcemy wiedzieć. - Okej. Najpierw Karol i ja pojedziemy do miasteczka. Karol, spokojnie już czas... Odwiedzimy tych Adams. Ucieszą się, że jesteś okej. Nie ma sensu dłużej robić konspiracji, ukrywania się. Opowiemy o nich więc gdy ich zobaczą, to miasteczko nie da się nabrać na bajery, że ktoś napadł tych biednych kartografów. - A gdy zapytają o tamtych czterech, no wiesz... - Powiemy, że dobrowolnie wybrali drogę do piekła. Jak wiesz nie wraca się z piekła. Tylko tyle powiemy, domyślą się. Wrócimy i zacznie się drugi etap tej opcji... Puścimy kolesi w samych majtkach, piechota. Myślałem, że bez butów, ale to skróci mękę. Będą w butach ale bez skarpet. Dojdą do miasteczka? Będzie przygotowane. Nie dojdą? Widocznie dobry, sprawiedliwy las tak zechce. Może jego mieszkańcy pomogą... - To mi się nawet podoba, dzięki... A ile to kilometrów? - Jakieś dwieście plus... Dlatego radziłem abyście się wyspali. - Mark, oni już na drugi dzień padną z głodu. - Być może, ale damy im szansę, przyznasz, że lepsze to od egzekucji. Jeżeli bardzo chcą żyć i tęsknią, do dobrego żarcia w kiciu i miłych pań od psychologii, to w jakieś cztery, może piec dni dojdą do miasteczka. - A co będzie gdy przyczają się tutaj? - Lola i Golden wreszcie dostaną mięso... - Panie, panie, to już teraz niech pan nas puści. Przysięgam, że powiemy prawdę ludziom w tym mieście. - Prawdę, że ktoś was obrabował, ale puścił żywcem? Karol, ruszamy... Radości Adams nie było końca. Przekonani, że Karol nie żyje, że może wpadła w łapy zwyrodnialców, gotowi byli adoptować dziewczynę. Tak, rodzice mają ładny grób, jest nawet nagrobek... A jakie plany... I tak dalej, a jak to starzy ludzie (młodsi od Marka...) rozgadali się... Naturalnie, zaraz zawiadomią policje jak tylko zobaczą tych dwóch. Tak, telefony komórkowe już działają a w Vancouver przeżyła prawie połowa ludności... Jak szkoda, że Karol nie chce zostać, to przecież jej dom, tu się urodziła, a teraz co, gdzie dokąd... Że jeszcze nie wie? Przecież ma dopiero 15 lat... Ale nie, nie zrywa więzi gdziekolwiek będzie. Tutaj ma dwa domy, bo ten już jest dla niej... Podziękowali i w milczeniu wrócił. Rzeczywiście... Czy Karol już podjęła decyzję, czy może walczy z myślami albo nie chce powiedzieć... Nie nalegał. Licznik pokazał 223 kilometry... Jeżeli kolesie nie padną z głodu, bo woda jest w strumieniach, to maja szansę w piec dni, może w sześć pokonać ten dystans, że jest miejscami stromo pod górkę?... Tym większe emocje dla wilków lub niedźwiedzi. Ta ogromna puma też będzie ciekawa co to za sportowcy... A ci uskrzydleni wolnością, prawie podbiegali, aż znikli za zakrętem. - Myślisz, że dojdą? - Myślę, że zrobiliśmy najlepiej i nich los zadecyduje. Koniec tematu. - Niezupełnie. Dlaczego zmieniłeś zdanie i dałeś im skarpety? - Żeby mogli dłużej iść, proste. Bez skarpet już na drugi dzień pęcherze by ich uziemiły i w ten sposób skróciły mękę. A tak mają nadzieję, że gdzieś uciekną, napadną na kogoś, zabiorą ubranie... - Chyba niedźwiadkowi. - Zgadza się, ale przedłużyłem im mękę. Oni by nie mieli dla nas takiej łaski, prawda? - Nie zapytaliśmy jak im się udało pokonać blokadę drogi. Dlaczego w miasteczku nic nie zjedli, no i w ogóle... W ogóle, to Adams powiedział, że gdy mieszkańcy zobaczyli dżipa, to wszyscy faceci wyszli z bronią i powiedzieli „kartografom”, że mają spierdalać i to już obojętnie kim są. Dali się zaskoczyć, a poza tym kilkudziesięciu na czterech? Szybko ocenili sytuację. A jak pokonali blokadę? Odkrywany dżip dla czterech facetów to żaden problem. Krok po kroku czterech podnosi z tyłu i obrót, potem z przodu i obrót. Pół godziny najwyżej i blokada z tyłu. Dżip to w ogolę gówno, a nie terenówka, widocznie tylko taki udało im się ukraść. - Gówno a nie terenówka?! To jest marzenie każdego... - Zwłaszcza takie bez drzwi, wtedy wydaje się że dziewczyna ma dłuższe nogi, prawda, April?... A że gówno? Pamiętam migawki z telewizji gdy w północnych stanach spadł pierwszy śnieg. Zgadniecie co jako pierwsze było w rowie obok szosy? Oczywiście, że dżip, bo durnie uwierzyli w jego „terenówkę”, próbowali przejechać... Nie tak jak stare pierdziele w zwyczajnych samochodach, niech podziwiają... Dżip to terenówka na suche ulice. - Mark, masz czas na pytanie? - Dla ciebie Flo zawsze. Zaskoczysz mnie czymś? - Nie i nie o to mi chodzi. Czy myślisz, że nienawiść to coś złego? - Czekam na rozwiniecie pytania, bo na pewno jest, prawda? - Jest. Nauczycielka w szkole mówiła nam, że nie wolno nienawidzić, że powinno się przebaczać i dążyć do pojednania, a nie rozgrzebywać tego co już się stało. Czy to ma sens. Bo teraz,w tym co przeżyliśmy nie ma sensu. Przebaczać mordercom i gwałcicielom takich dziewczynek jak ja, moich koleżanek! - Powiedzmy, że nie było cię tutaj, że nie przeżyłaś tego ale byłaś w szkole w normalnych warunkach i ktoś ci skopał tyłek. Czy powinnaś mu przebaczyć? - A niby z jakiej racji! Takie rozumowanie jest chore! - Nie wiem czy chore i nie w tym rzecz. Wasza nauczycielka uczyła was uległości, pokory i nieupominania się o sprawiedliwość. Ją też tak regularnie dokształcano aby wychowywała najmłodsze pokolenie... Właśnie, ile wtedy miałaś lat? - Jakieś jedenaście, chyba tak. - Więc ona takie siuski jak ty wychowywała tak aby były kopane nie tylko w tyłek, ale wybaczały. - Ksiądz tak samo uczył. - Ksiądz jest jak papuga od wieków powtarzająca zasady potulności, posłuszeństwa i wybaczania tym, którzy nas krzywdzą, nawet zabijają. Wywodzi się to z cwaniactwa Tych, którzy wyznając inną religie spisali dla chrześcijan te właśnie zasady i słuchaj uważnie... włożyli je w słowa Chrystusa. Nazwali to ewangeliami czyli słowami Chrystusa. - Bo tak było. - Bo tak nauczono ludzi powtarzać i wierzyć. Chcesz dowiedzieć się czegoś więcej niż papuziego powtarzania? Ale to może być dłuższy wykład. - Przecież wiesz, że chce. - Biblia czyli ewangelie napisana jest po grecku. A jakim językiem mówił Chrystus? - Żydowskim, to chyba jasne. - -Nie ma takiego języka, jest hebrajski, a Chrystus mówił językiem Aramaik i ludziom wmówiono, że to jest dialekt hebrajskiego. W rzeczywistości Aramaik którym mówił Chrystus pochodzi z północno - zachodniej obecnej Syrii, a dokładnie z miejscowości Lelua, gdzie do tej pory ludzie tak mówią i jest mieszanką jakby ci to prościej powiedzieć... arabskiego i hebrajskiego. - No i co z tego? - To z tego, że ci ewangeliści po grecku napisali słowa Chrystusa, który nie mówił po grecku. Ale to nie wszystko, bo pierwszy ewangelista „spisał” słowa Chrystusa gdy Chrystus nie żył już ponad 40 lat. Ostatni ewangelista napisał swoją ewangelię gdy Chrystus nie żył już 120 lat, a niby cytował Jego słowa. Chrystus nie napisał pojedynczego słowa. Jego uczniowie apostołowie też nic nie zapisali, umarli nie pozostawiając po sobie nic ze słów Chrystusa, a raptem pierwszy ewangelista w 40 lat po ich i Chrystusa śmierci spisuje słowa Chrystusa... - Przecież to nie ma sensu. On chyba po prostu napisał własne myśli. - Dokładnie tak a odpowiednio „podkolorował” czyli dał im takie znaczenie, że każdy może rozumieć, po swojemu, a to wygląda prawie jak proroctwo... - Zwłaszcza gdy nie wiemy dokładnie o co chodzi... - Niezupełnie bo chodzi o ślepe posłuszeństwo tych którzy mieli czytać te proroctwa i zasady, które gdyby nie ich przewodnia myśl o posłuszeństwie i maksymalnej uległości oraz wybaczeniu naszym winowajcom, nie są sprzeczne z moralnym postępowaniem w dzisiejszym rozumieniu. Nie było za długo? - Jasne, że nie, ale co z tego będę miała? - No właśnie... Najlepiej gdybyś zapomniała tą rozmowę, bo może ci tylko zaszkodzić. - Ale to właśnie dlatego nauczycielka uczyła nas, że nienawiść to coś złego? - Dokładnie tak. Ale nie odnosiło się tylko do was, siuśków w podstawówce. UCZONO WAS ABY WYBACZAĆ ZBRODNIARZOM, ABY MOGLI ŻYĆ BEZKARNIE I MIAŁO TO ZNACZNIE SZERSZE ZNACZENIE. ABY UPOMINANIE SIĘ O SPRAWIEDLIWOŚĆ, O WYMIERZENIE IM KARY NAZYWANO ZEMSTĄ I ROZGRZEBYWANIEM ZAMIAST POJEDNANIA... - Nie mogę wybaczyć tym, którzy zgwałcili i zabili moje koleżanki. Nie jestem jakimś zaprogramowanym androidem, prawda? - Zapytaj Karol co myśli o wybaczeniu mordercom jej rodziców... Wracamy do świata, który jeszcze bardziej będzie nakazywał wybaczanie chociażby tym którzy zamordowali świat zarazą. - Chyba tylko wariaci w to uwierzą. - Każdy, kto nie uwierzy, skończy użyźniając ziemię, dla jego dobra. - Wiesz co powinniśmy zrobić? Wykopać wiele pułapek, tak aby do naszego domu nikt nie doszedł. - A piechotą? - Jeżeli się nie zabija, to się zmęczą. - Poza Adamsami nikt nie wie o tym domu, więc daj sobie spokój z pułapkami. Gdyby doszło do tego, że musielibyśmy tu wrócić, to dom będzie taki jakim go zostawimy. A czy wrócimy? Nie chcielibyśmy, prawda? - Tak, Mark, nie chcielibyśmy, ale czy ja myślałam, że spotkam was, że Kristi, April, no wiesz, uratujemy się i będziemy z wami. Moja mama powtarzała że niczego nie można, się zarzekać. - Miałaś mądrą mamę, sorry, tak mi się powiedziało, bo ja nie miałem złych snów o twojej rodzinie... - Nie mam jej, mam was, Lolę i Goldego. Już się nie wycofasz... - Najpierw będę musiał cię jakoś wywieść do Stanów. To chyba już będzie publiczna tajemnica, że Karol chce powiększyć naszą rodzinę. - Powiedziała ci?! Ale super! - Nie bezpośrednio, mam takie wajby i chyba słuszne. - Ale z czego będziemy żyli. Tutaj było łatwiej. - To nazywa się nasza emerytura, plus dodatkowa praca już bez podatków. To jest najmniejszy problem przy tym kto i jak pozwoli nam żyć. Za wcześnie byś rozumiała, ale życie jakie przygotowali autorzy zarazy i całego tego kataklizmu od dawna było opracowane genialnymi metodami a jedną, z nich jest dla twego dobra obywatelu. Teraz dojdą takie jak nieustanny, najwyższy stopień zagrożenia... - Nie rozumiem, przecież już będzie po zarazie. - Nie zarazą zagrożenia, tylko światowym terroryzmem nawet gdy go nie widać, nie słychać nie czuć ale jest. Wystarczy, że jest w zagrożeniu. Ten, kto nie uwierzy... - Użyźni sobą ziemię, to chciałeś powiedzieć? - Flo, mówię poważnie i nie bierz tego jako komplement: Strach cię brać do nowego życia. Już teraz jesteś kandydatem do użyźniania... - Ty pierwszy. A niby po kim mam takie kandydowanie? - Zgoda, ale ja już się nie liczę, mówiłem ci. Ale ty możesz zarazić moimi myślami twoje pokolenie, a to jest zaproszenie do domu uśmiechniętej szczęśliwości. - Co takiego? - Tak nowa władza nazwie domy dla wariatów. Sam wyraz wariat jako ubliżający godności człowieka zostanie wymazany ze słownictwa. Zostanie wymazanych wiele wyrazów, powstaną nowe słowniki, dla naszego dobra oczywiście i tu dochodzimy do początku naszej rozmowy, do twego pytania. Słowo nienawiść też zostanie zlikwidowane. - Ale to będzie świat dla androidów! - A czy już nie było początków w klonowania w narodzinach z zamrożonej spermy, z próbówek? Nic nowego, Flo, nic nowego, a jedynie ulepszanie aby już nie zarazą, lecz dla naszego dobra zrobić z nas posłuszne bydło do jednej zagrody. Więc witaj w nowym świecie... Musze cię pocieszyć, bo nie będzie on zupełnie nowy. Gdy byłaś w szkole, to już nie była szkołą jak kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, bo stała się laboratorium do tworzenia nowych umysłów, jakich? Takich jakie Centrala widziała w swych daleko zakrojonych planach. Ale przede wszystkim szkoła powinna przestać nauczać, dosłownie. Dlaczego? To bardzo proste, bo nauczanie promuje samodzielne myślenie, a takie jest niebezpieczne dla władzy, dla każdej władzy. Mało tego. Jakieś pięć lat temu pewien kraj w Europie aby zupełnie zdołować sens nauczania dekretem Ministerstwa Edukacji zezwolił nie karać pozostawianiem na następny rok w tej samej klasie, najgorzej, skandalicznie zachowujących się uczniów. Takich, którzy nie tylko nie chcieli się uczyć, ale słuchaj uważnie - przeszkadzali uczyć! I dokładnie o to chodziło! Rozumiesz?Nagradzać kogoś kto przeszkadza procesowi nauczania w szkole, przeszkadza nauczycielom. Czyż nie genialne? - Powiedziałeś po raz któryś Centrala. Czy to jacyś specjalni ludzie? - Na pewno specjalni tak jak służby specjalne... Za wcześnie byś rozumiała, a im mniej tym lepiej dla ciebie. Już i tak za dużo rozumiesz. - Gdybyś chciał to o czym mówisz powiedzieć publicznie... - To co by się stało? Przed zarazą, gdy jeszcze świat był względnie wolny od „zarazy dla twego dobra obywatelu”? To miałaś na myśli? - No, właśnie. - Kpina, chyba już ci mówiłem, że kpina zabija wszystko co komuś nie jest wygodne lub niebezpieczne. A ci tłusto żyjący prezentujący w mediach, robiący recenzje w wydawnictwach, jakby zareagowali? Oczywiście, że kpiną, taką na uśmieszku politowania, bo raz, że wielu po prostu ma za ciasno w głowach, a dwa, że takie rozumowanie może podciąć im to na czym siedzą reprezentując, prezentując władzę. Kpina kpiną, ale również instynkt samozachowawczy i doskonale to rozumiem. Cholera wie, jeszcze mu ktoś uwierzy i będzie za głośno, więc najlepiej go śmiechem zajebać... - Zajebać? Przecież to nic nie ma wspólnego z seksem, mylę się? - Niezupełnie Flo, niezupełnie, ale to takie stare powiedzonko nie z twego miejsca na ziemi, tyle, że pasuje do każdego. - O Boże... A mama mówiła... O dobry Boże... Przecież to bzdura, bo czy jest Bóg zły? - Tak się mówiło i nie warto się zastanawiać. Ludzie uciekali się do Boga, gdy innych środków pomocy zabrakło. Ale Boga nowy doskonały świat też wykreśli ze słownika, nie zaraz ale na pewno. BÓG PRZESZKADZA WŁADZY... - Może jednak warto wykopać pułapki... Aby pilnowały naszego domu, to znaczy ten dom. Może warto obok pułapki na drodze wykopać jeszcze głębsze doły z ostrymi palami, aby ten kto wpadnie nadział się. Widziałam takie w kinie. - A pomyślałaś o zwierzętach, gdy wpadną? - No tak... - Obyśmy nie musieli tu wracać, ale gdyby? Dom będzie czekał.
|

