Start arrow Książki on-line arrow PIĄTY KOŃ APOKALIPSY arrow Rozdział IV "ODETCHNĄĆ"
Rozdział IV "ODETCHNĄĆ"
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   

ODETCHNĄĆ

Paco prawie przestał popijać. Tak, właśnie popijać bo nigdy nie było to pijaństwem. Trudno się dziwić, że chłopaka suszyło. Mark miał ogromny szacunek dla wytrzymałości, determinacji młodego

Meksykanina, który chciał oderwać się od typowego poziomu „pomocnika”. Wylewanie czarnej ,wodoszczelnej mazi na dachy gdy słońce nawet w cieniu parzyło mogło wycisnąć z każdego ostatnie krople. Ale to był dopiero początek męki dacharzy. Już wyschnięta czerń należało pokryć białą, odblaskową farbą... Można sobie jedynie wyobrazić jak oblepiała pracujących na gorącym dachu, pod palącym słońcem.

Teraz dołączył do tego naukę. Czasu miał tyle aby spać i skończyły się rozmowy. Zresztą, odejście Igora też wiele zmieniło a „dzibrisz” jak Amerykanie nazywali każdy język, którego nie rozumieli a jakim zabawiali się Zora i Mark nudził go.

Tymczasem już była połowa lipca a monsun czaił się gdzieś daleko na południu. Dobrze mu tam było w wilgoci i nie spieszno nad dyszącą suchym żarem Arizonę. Ale lato przynosiło tylko pozorna ulgę od szalonej rtęci termometrów, bo ta kurczyła się, ale rosła wilgotność powietrza co przy 35 stopniach ulgą nie było.

- Wiesz,miałem sen. właściwie to nie był sen, ale jedna z naszych rozmów. Co było w nim dziwnego, to jakaś ogromna chęć aby znowu pojechać w starą dzielnicę przy Orange Grove, gdzie rzędami stoją drzewa pomarańczowe zawsze pyszniące się ogromnymi kulami, przez cały rok.

- Myślisz o tych kwaśnych pomarańczach? Ozdobnych?

Tak Kasiu, to one szokują letnich turystów owocami, których każdy spodziewa się kosztować w sezonie, a więc zima. Zatrzymałem samochód pod daktylową palmą i wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w złotą czerwień pomarańcz malowanych ostatnimi dotknięciami zachodzącego słońca. Tak jakbym chciał się najeść tym widokiem. Inaczej nie potrafię tego określić, a przecież widziałem go tyle razy...

- Wiesz, że mówi się - najeść do syta...

- To było coś więcej, jakaś ,a przecież bez najmniejszego sensu niby tęsknota, nostalgia, wręcz strach jakiś... Dziwne, prawda?

- Bardzo, ale odczaruję, wsiadaj, jedziemy...

- Nie, chcę to zachować pod powiekami tak jak było. Może to będzie tylko krótka przerwa we śnie... Wrócę do niego, do tego złota, po powrocie.

- Kiedy ruszamy? Ja wszystko pozamiatałam w pracy, mogę już dziś.

- Joe szlifuje naszego Forda. Wiesz jaki jest pedantyczny. Odkrył, że płyn w hamulcach nie pachnie jak trzeba, a wiesz, że on nie tylko reperuje, ale wącha wszystko co dotyka...

- Golden Boy i Lola już czują. Niesamowite, przecież umówiliśmy się, że bez słów, bo rozumieją co chcą rozumieć, a kręcą się już gotowe wskoczyć do wana. Zahaczymy o Red Rock Country?

-Nie tym razem. Czerwień i fiolet „gór pomników” ma miliony lat więc zaczeka. Chce prosto w chłodna zieleń, aż do kanadyjskiego Tweedstmur Prowincjal Park w British Columbia.

- Ale to strasznie daleko!

- Mamy trzy tygodnie. Jeden z pacjentów opowiadał mi, że jest to takie miejsce na ziemi, gdzie jedyne zmiany to malutkie osiedla oddalone nawet o setki kilometrów. Góry, wiecznie zielone góry i lasy. Człowiek jest tam tak egzotyczny, że i sarny i niedźwiedzie podchodzą podziwiać...

- A komary? Te chyba są najbardziej spragnione takiej egzotyki.

- Nie tam. To nie północ środkowej Kanady, gdzie komary podobnie jak w naszej Minnesocie nie ruszą na łowy bez noża i widelca... Może nie jest to „Zaginiony świat”, ale facet twierdzi, że blisko takiego...

- Niedźwiedzie? Czy nie musimy mieć broni w razie gdyby któryś nie lubił ludzkiej egzotyki?

- Broń jest jak angielski parasol-noś i przy pogodzie, ale w Kanadzie nie możemy mieć broni palnej. Dlatego nie weźmiemy, a ci co zabierają, to muszą z pokwitowaniem zostawić na przejściu granicznym.

- To co zrobimy?

- Ty pytasz? Nie żartuj. Przecież podejdziesz do misia i powiesz mu, że kochasz zwierzęta...

- Ale on może nie znać angielskiego...

- To mu psikniesz w nos o tym... To jest i nie kpij, płyn na... niedźwiedzie. Ostatni wynalazek. Podobno paru młodych facetów w Kalifornii, jeden chyba Chorwat, wpadli na taki pomysł... Nic innego niż to co policja używa do obezwładniania niegrzecznych... Ten jest o tyle inny, że sika na odległość nawet do pięciu metrów. Nikt, zwłaszcza miś, nie lubi, gdy mu smrodem w pysk.

A dla wyjątkowo odpornych mamy kuszę i obyśmy nigdy nie musieli brać do ręki.

- Ile suchego prowiantu, w tym karmy dla psów? Kupiłam 50 kilo.

- Zwariowałaś? Przygotowujesz się do przetrwania wojny?

- Czy nie powiedziałeś, że tam osiedla ludzkie...

- Niby racja. Co jeszcze kupiłaś?

- Normalkę na tyle czasu, a w dziczy, puszki fasoli, jajka w proszku, mleko w proszku, no wiesz,jak zawsze.

- Nie zapomnij o śpiworach i kilku kocach. To 54 równoleżnik i góry. Jakaś apteczka?

- Typowa, ale kupiłam więcej wody utlenionej i bandaży. Zawsze można przywieść z powrotem, right?

- Right on, Kati, Kati...

- Czy można polegać na Paco, że utrzyma roślinność i drzewko cytryny. Eureka, jak wiesz kwitnie i owocuje cały rok, a jest młode.

- Paco zrobi wszystko o co go prosiłem. Coś słodkiego też kupiłaś?

-Jak zawsze, trochę dżemów, suszone owoce.

- Ciągle nie rozumiem dlaczego aż 50 kilo żarcia. To się zepsuje gdy będzie ciepło. Wyrzucimy zanim wrócimy.

- A jeżeli rozkraczymy się gdzieś, bo coś z silnikiem, a sam mówisz, że tam jest pierwotna głusza.

- Niby racja. Przypomnij abym załadował piłę i siekierę na dach. Joe zrobił super stelaż. Pojedziemy na Phoenix, aby wskoczyć w autostradę 40 i w Bakersfield do 5-tki wprost na północ. Za trzy dni powinniśmy być na miejscu.

- Chyba samolotem...

- No, może za trzy i pół. To da nam pełne dwa tygodnie oddechu.

Jakiś rok temu kupił dostawczy Van do przewożenia ludzi. Miał 12 siedzeń. Wyrzucił cztery robiąc sporo miejsca na „sypialnię". Po namyśle wyrzucił trzy następne, przecież nigdy nie wożą więcej niż trzy, cztery osoby. Joe sobie znana mądrością, przerobił tak siedzenie na trzy osoby, że rozkładały się, tworząc miejsce do spania. Van miał sporo schowków po obu stronach pod sufitem, gdzie Mark trzymał również „awaryjności” takie jak bielizna termiczna jakiej używają drapiący najwyższe góry lub frajerzy, którym biegun wydaje się atrakcją.

Gdy Kasia pytała po jaką cholerę im takie rzeczy w Arizonie, odpowiadał typowym, amerykańskim... you never know.

Co miało być! tym czego nigdy nie można się zarzekać, to sam nie wiedział, ale woził nie tylko to. Rakietnica i dwa tuziny rakiet, kilka kilo gwoździ, parę młotków, kuchenkę na suche paliwo, no i „w ogóle”.

To „w ogóle” mogło nigdy się nie przydać, ale kuchenka już kilka razy spełniła się idealnie.

Teraz pozostawał ostatni instruktaż dla Paco, który miał zamieszkać w domu, w ten sposób czyniąc go bezpieczniejszym.

Przez prawie dwadzieścia lat w Tucson Mark nie słyszał o włamaniach w sąsiedztwie. Tego typu przestępstwa były w ogóle rzadkością w tym mieście, ciągle odpornym na prawo dżungli, jakie obowiązywało w wielu dzielnicach Los Angeles i już wpełzało jak zaraza do Phoenix.

Tucson nie miał dzielnic bloków mieszkalnych, wąskich zaułków, do których jak to miało miejsce w Los Angeles policja bała się wjeżdżać wiedząc, że zawrócić nie można, a z tyłu mogą być podpalone opony ciężarówek. Kiedyś policja miała względnie łatwe zadanie walki z młodocianymi, latynoskimi gangami, którym przewodził „Rifamos 13”.

Już od kilku lat młodociane gangi, nawet gdy uzbrojone w broń lepszą od tej jaką dysponowała policja, ustąpiły miejsca na narkotykowym żerowisku okrutnemu, jak z makabrycznego filmu gangowi „Salvatrucha”. Określenie, że pochodził z Salvadoru było tylko w części prawdziwe. To prawda, że jego członkowie byli z Salwadoru, ale „droga” przez Los Angeles, skąd jako nielegalni „emigranci” zostali deportowani do Salwadoru. Byli nie tylko nielegalni, bo prawie wszyscy mieli wyroki, najgorszych kryminalistów, większość stanowili młodzi mężczyźni i dorosłe kobiety.

Władze Los Angeles w ten sposób chciały oczyścić miasto z najgorszego elementu. Błąd. Duży.

Element wrócił ponownie skacząc przez granice i zorganizował się właśnie w „Salvatrucha”. Był prawym ramieniem narkotykowych kartelowców z Cali i Medellin, z Kolumbii. Miał zielone światło i nieograniczone pieniądze, aby spełniać zadania narkotykowych baronów.

Władze Stanów Zjednoczonych, Kościół, różnego rodzaju zgromadzenia „Dobrych pań” wołały o pomstę do nieba, czyli popłakiwały nad problemem ćpania, zrzucając winę na kartelowców od kokainy, a nikt jakoś nie powiedział czegoś tak oczywistego: PRZESTAŃ AMERYKO PÓŁNOCNA ĆPAĆ, TO AMERYKA POŁUDNIOWA PRZESTANIE ZAOPATRYWAĆ CIĘ W NARKOTYKI...

Ale malutki Tucson na razie bardzo spokojnie dawał dach nad głowa dla miliona mieszkańców w granicach miasta, które jak przystało na miasta południa zachodu USA rozciągało się długie na 110 i szerokie na 95 kilometrów zabudowy domków jednorodzinnych i jednopiętrowych apartamentów. Nic tylko taki, miejski słodzik... Bardzo czysty.

Gdy Mark powiedział kolegom z zespołu piłki nożnej, z którym zdobył kilka miejsc „na pudle” rozgrywek Południowej Kalifornii... że przenosi się, do Tucson usłyszał, że chyba zgłupiał, bo tam jest potwornie gorąco.

Kasia i on mieszkali w odległej od Los Angeles dzielnicy Walnut leżącej w strefie klimatycznej bardzo podobnej do Tucson, wiec słowa kolegów wziął za typowe o Arizonie. Były nie tylko typowe, ale prawdziwe...

Jednak podobno można przyzwyczaić się nawet do kaprala w wojsku, co usłyszał od jednego ze swoich pacjentów.

„Suchy żar” jak określano Tucson rzeczywiście dawał ulgę, gdy weszło się w cień nawet rachitycznego Palo verde.

Twarda ziemia boisk piłkarskich zbudowanych na płytkim podłożu i brak popularności piłki nożnej, która w Kalifornii zrzeszała byłych profesjonałów z całego świata i szybko stała siec nieomal euforią nawet sześcioletnich maluchów, spowodowała, że w Tucson zaczął na dobre grać w koszykówkę. Pomimo niskiego wzrostu potrafił „wchodzić pod dziurę” bokiem dwutaktu rzucając wysokim „hakiem” o tablicę. To było nie do pokrycia. Przybywały puchary...

Uniwersytet Arizona Tucson miał jedna z najlepszych akademickich drużyn koszykówki w Stanach. Wychodzili z niej prosto do NBA tacy zawodnicy, a potem już gwiazdy jak Gilbert Arenas czy Andrew Igudola oraz dziesiątki innych. Było z kim i przeciwko komu grać, gdy w lipcu Tucson gościł zawodników czekających na kontrakty do NBA lub Europę.

Wielu z tych zawodników przewinęło się przez klinikę Marka. Jednak nie on zajmował się nimi będąc specjalistą głównie od urazów kręgosłupa.

Musieli zaczekać, bo tapicerka w vanie potrzebowała naprawy. Osobowy van miał po prostu za dużo okien i Joe dokonał pełnej zmiany na van mieszkalny, pozostawiając jedynie dwa okienka w obu ścianach i malutkie w tylnych drzwiach. Ściany, sufit i podłoga, jak na mieszkalny van przystało, otrzymały szklaną watę, wykładzinę i panele. Podłoga dodatkowo gąbkę. Było to tak zwane „Full van conversion” bardzo popularna przeróbka dużych vanów roboczych, dostawczych lub pasażerskich. Mały, sześciocylindrowy silnik dawał bardzo dobre osiągi i oszczędność. Dwa baki paliwa każdy po 25 galonów benzyny pozwalały bez tankowania przejechać nawet do tysiąca kilometrów. Nie było to imponujące przy spalaniach małych europejskich kurduplów, jak to Mark określał ohydnych bo „z obciętymi dupami” skróconej karoserii, ale w kraju ciągle taniego paliwa wystarczało.

Tydzień temu poznał Polaka, który pracował w miejscowej bazie lotniczej, gdzie uczyli się latać na F-16 polscy piloci. Polak nie chciał uwierzyć, że w takim upale można było grać w koszykówką na betonie odkrytych kortów.

Mark pamiętał koniec czerwca 1991, gdy rtęć podskoczyła do 48 stopni. Po pracy, wówczas w klinice st. Joseph Hospital, po południu jak zwykle grali na korcie jednego z ogólniaków. Nogi ruszały się jak w smole ze snu... W płucach nie tlen, ale gęsty żar. Idiotyzm, czysty idiotyzm facetów udowadniających sobie, że są twardzielami. Inaczej tego nie można nazwać. Ale... Jeden z grających, osiemnastolatek puścił krew z nosa. Wtedy Mark przerwał grę. Chłopca obłożono lodem. Doszedł do siebie, ale kilku innych zawodników bardzo zmiękło...

Nie pochwalił się wyczynem, bo Kasia jak to u kobiet typowe... Jeżeli sobie coś zrobisz to cię chyba zabije... Miało to oznaczać maksimum troski i miłości...

Tak, ale to było tyle lat temu i Mark miał już za sobą udowadniania tego typu. Wybór był może nie w dniach tygodnia, bo miejska liga grała tylko w niedzielę, ale w temperaturze i postanowiono nie rozgrywać spotkań gdy rtęć wspinała się ponad 35 stopni. Jeden z kolegów, z pochodzenie Francuz podsumował graczy jako idealny materiał do... Legii Cudzoziemskiej, której afrykański upał nie straszny...

Rówieśnicy Marka już dawno weszli w wiek rozmów o golfie i hemoroidach. Kpinami lub wyrozumiałymi uśmieszkami na kpinie usiłowali ukryć zazdrość. Potrafili jedynie czasem pograć w tenisa na zasadzie odbij piłeczkę, podaj piłeczkę ale pobiegaj ot, tak troszeczkę...

Czasem gdy miał ochotę lub spotkał kogoś życzliwego, to mówił że jest dzieckiem wojny, że ma za sobą 6 lat Syberii, która wypuściła go żywym szkielecikiem pozbawiając i dzieciństwa i odporności w najważniejszych latach wzrostu dziecka.

Już w Polsce mając 13 lat zachorował na dyfteryt i pomimo ratowania go penicyliną oleista w zastrzykach po 20cm zapadł w stan śmierci klinicznej. Tylko na cztery minuty długie jak wieczność. Czy doszedł do normy? Jeżeli normą było „przepowiadanie” każdego sezonu grypy, bo jako pierwszy łapał bakcyla.

Wujek Marka był trenerem narodowej reprezentacji w piłce ręcznej. Któregoś dnia powiedział krotko a treściwie... „Marek, albo się załapiesz za sport, albo padniesz i nie doczekasz do matury...”

„Załapał” się, zaraził sportem i tak zostało.

Miał propozycję trenowania piłki nożnej w jednym z liceum w Tucson. Po pierwszym treningu zorientował się, że ma do czynienia z filozofią poprawności politycznej na zasadzie - nie wygrana jest najważniejsza, ale sam udział w grze.

Dyrektor szkoły potwierdził to, ale gdy Marek zapytał jak słodziutki dla całego świata facet widzi taką filozofię w zestawieniu z amerykańskim sukces za każdą cenę... dyrektor nie potrafił odpowiedzieć.

Przypadek gdy dwa plus dwa nie dawało cztery...

Nie jest prawda, że uczymy się na cudzych błędach. Prawdą jest, że bardzo ładnie i słodko o czymś takim piszą tak zwani specjaliści od psychologii człowieka, ale i oni dostają po dupach własnymi błędami. Tylko takie pamięta się i być może jako naukę.

Jeszcze w latach mieszkania w Kalifornii Mark nauczył się wyjeżdżając vanem w teren wozić siekierę i łopatę... Kiedyś w drodze do kolorowych skał zakopał się w piasku. „Grali” w nim na cztery ręce beznadzieję odkopywania. Piękne paznokcie Kasi, wreszcie dohodowane do normy, poszły w strzępy. Na szczęście udało się. nałamać gałęzi sosnowych, co bez noża też nie było łatwe i jakoś wydostać z pułapki. Od tego dnia na dachu zawsze były „niezbędności” i doszła do nich piła.

Mądrość tego potwierdziła wycieczka na północ Arizony, gdzie już od wysokości 1500m rośnie las iglasty, a wyżej jesienią, nawet najlepszy malarz nie potrafi lepiej niż natura... Pozornie suche, skaliste podłoże miało swoje mini pułapki dla nieprzygotowanych i właśnie te niezbędności pozwoliły wydostać się na trwały grunt.

Czy zawsze grał aby wygrać? A co smakuje lepiej? Wygrana czy dupobicie? Czy za wszelką cenę? Oczywiście, że coś takiego zostało już kilkanaście lat temu, ale smaczniej było zejść z kortu koszykówki czując że dało się z siebie wszystko i udało się...

Zespołowy sport jednoczy i czyni koleżeństwo bardziej niż cokolwiek. Pot zostawiony na betonie kortu, gdy krople wysychają natychmiast, zmywa różnice rasowe. Ty pomagasz mnie ja tobie, nie tylko brzmi prawdziwiej, jest prawdziwe...

To prawda, że temperamenty często nie mieściły się w granicach kortu, gdy nowoprzybyli, jak to miało zwyczaj w ulicznym „folklorze” zrzucali podkoszulki, co było znakiem do - trzaskamy się!

Wtedy takiego amatora mocnych wrażeń po prostu wypraszano. Lata wspólnych sukcesów i porażek tworzyły trwałe przyjaźnie i Mark miał je w każdym odcieniu skóry.

Nie mieszali polityki ze sportem. Gra w upale pod żarem z nieba wystarczała za każde emocje, a po grze gdy studzienki z woda dawały jakąś ulgę nie było sił na więcej niż albo gratulacje albo plan na następny tydzień. Kto grał? Wystarczy powiedzieć, że nawet jeden z najlepszych adwokatów, specjalista od rozwodów. John nie był atleta ale potrafił i tutaj mieć sukcesy mądrego zawodnika, który zawsze był tam gdzie tego wymagała akcja. Przyjeżdżał albo wiśniowym odkrywanym Porszakiem albo srebrnym Mercedesem 500. Kpił z durni, którzy zamiast rozwód załatwiać miedzy sobą polubownie, idą do adwokata...

Najmniejszy Joe, Murzyn czarny jak smoła i dlatego nazywany... „Cotton” miał bezbłędny rzut za trzy punkty, a że był jak żywe srebro, to pomimo tylko 158 cm wzrostu potrafił dobić właśnie takim rzutem.

Mark podziwiał czarnych nastolatków niższych od niego, którzy potrafili wsadzić piłkę do kosza. Gdzie potem szły takie talenty, czy wchłaniała je ulica? Wątpliwe, bo ulice w Tucson ciągle wolne były od pokus szybkiego zarobku, chociaż biały proszek wysypywał się z ogromnego, ponad trzymilionowego Phoenix...

Sport, ten wyczynowy wymagał czegoś więcej niż niesamowitej skoczności. Bez ciężkiej, systematycznej pracy, bez dyscypliny, właśnie takie talenty kończyły tylko w takich grach. Ale... dodawały atmosfery tak zwanej Wielkiej Gry... Z latami sport w życiu Marka stał się, by nie zwulgaryzować, jak... oddychanie. Gdy przychodziła niedziela to rozlatane ręce nerwowo sznurowały Adidasy, serce dudniło poganiając nogę na pedale gazu. Wreszcie... Koledzy... Kort, dudnienie piłki... Jak za dotknięciem magicznej różdżki wracał spokój... Już, jeszcze jeden dzień szczęścia...

Kasia miała swoje „sportowanie”. Zaraził ją ciężarami i regularnie szarpała hantle, wyciskała sztangę. Z czasem, gdy kalendarz przypominał o dacie urodzenia dobrze było czuć, że potrafili złapać jedyny eliksir młodości.

A inni, ich rówieśnicy? Przecież mogli tak samo, ale o ileż było łatwiej i wygodniej rozwalić się na kanapach, prawda? Przecież ma się te lata i nie będę się wygłupiać udając kogoś...

Przepraszam, kogo?

Ale nie tylko kalendarz przypominał o następnej rocznicy... Przyszedł dzień gdy Marek zamiast dokładać krążki na sztandze musiał odejmować. Żaden „specjalista od człowieka” nie zrozumie uczucia... przegranej, gdy sam nie grał całe życie. Więcej... To nie była tylko przegrana, to było coś znacznie, znacznie więcej i mieściło się w dwóch słowach: Nigdy więcej.

Było jak świadomość, że w życiu może zrobić jeszcze tyle rzeczy, ale JUŻ nigdy nie dołoży ciężaru na sztandze.

Nic tylko kpić, bo przecież inni mają prawdziwe powody do „nigdy więcej”? Czy ktoś wie jak boli cudzy brzuch? Czy tylko potrafi o tym pisać...

Umieć pogodzić się z czymś to tak, jak umieć przegrać wiedząc, że nie uczymy się wygrywać na przegranych meczach, bo z przegrywania można jedyni nauczyć się przegrywania, ale zrozumieć, że już czas zwolnić. To bardzo pomaga.

Teraz jednak był czas Wielkiego Oddechu czystym chłodem Północy. Rozmowy z Zora schodziły coraz częściej na beznadzieję rodzaju a co będzie jeżeli będzie... Straszyła przypominając, że jej brat wspominał coś o eksperymentowaniu bronią biologiczną zdolna zabijać miliony. Podobno miał wystarczyć kontakt człowieka z człowiekiem...

Straszenie ludzi tej planety nie było czymś ani oryginalnym ani nowym. Co raz media prześcigały się w dostarczaniu takich ciekawostek jako, że żyły właśnie takimi ciekawostkami.

Ciekawe co by zrobili dziennikarze, gdyby na świecie nie było nieszczęść? A może, aby utrzymać się przy zarobkowaniu sami by takie tworzyli?

Przecież wystarczy włączyć telewizor, by zaraz zobaczyć kto, kogo i jak zamordował. O tym, że ktoś komuś podał rękę też jest, ale tylko wtedy gdy nikt nikogo nie zamordował...

A mordowania nie brakowało. Pod pretekstem demokracji w krajach, gdzie nigdy nie było, nie ma i nie będzie demokracji, mocarstwa mordowały setki tysięcy niewinnych ludzi, wielu z nich nazywając terrorystami, bo nie zgadzali się aby jakieś mocarstwo zmieniało ich kraj...

Fanatyzm religii tysięcy lat religią ustalonych praw, jak to miało miejsce w krajach muzułmańskich, wykluczał istnienie demokracji. Zresztą ta, sama w sobie, swoim pojęciem wykluczała praworządność nawet w najbardziej zaawansowanych krajach tak zwanego Zachodu.

Przecież: demokracja oznacza władzę, ludu... Co za nonsens, być może dobry w czasach Platona i eupikaryjskich ogródkach szczęścia, ale nie tam gdzie ogromne interesy ogromnych ludzi wykluczały władzę ludu.

Kiedyś, w epoce zdobywania kontynentów, Europejczycy mordowali ich mieszkańców w imię swego Boga. Teraz w imię demokracji mordują wyznawców innego Boga, nazywając to sprawiedliwością dla mas...

A przy okazji dziwią się, że coś takiego rodzi zemstę? Pojecie zemsty jest bardzo konkretne i uzasadnione. Pojęcie grzechu jest zrozumiałe tylko dla tych, którzy go wymyślili...

BÓG NAKAZUJE KOCHAĆ GRZESZNIKA, ALE RÓWNIEŻ NAKAZUJE NIENAWIDZIĆ GRZECH... DAĆ KOMUŚ W MORDĘ JEST GRZECHEM, ALE GDY KTOŚ NAM DA W MORDĘ, TO MAMY GO KOCHAĆ?...

Trzy tygodnie z dala od demokracji i mediów powinny dać mocny zastrzyk na następny rok. Czyż nie żyje się od urlopu do urlopu?

A czy ci, którzy już są na emerytalnym? Czy nie więdną, a przynajmniej nie dziadzieją? Nie pomagają partyjki takich lub innych gier czy gierek. Już jest się poza...

Jeszcze tylko ostatnie zakupy, jeszcze sprawdzenie czy ostatni guzik zapięty i można było ruszyć...

Czy jednak... A może należało zrezygnować z oddechu i pilnować domu, nie zdając się na Paco... Media coraz wyraźniej straszyły światowym konfliktem. Hipokryzja przez największe H i obawa przed nalepką antysemity przybliżały konflikt, ale każdy kto odważyłby się tak to określić natychmiast usłyszałby o 6 milionach Żydów, tak jakby od 1940 do 1955 i nawet dalej nie zamordowano równie niewinnych ludzi, a w ilości ponad trzykrotnie większej.

Czyż nie było hipokryzja, krytykowanie Rosji za jej kolonialne, zaborcze mocarstwowe, czy jak im tam ambicje i już dokonane zbrodnie? A czy ktoś równie mocno osądził kolonialne państwa Europy za zamordowanie milionów Murzynów, Hindusów, Azjatów i Indian obu Ameryk. Skoro Anglia, Francja, Belgia i Hiszpania i cała reszta kolonizatorów mogły mieć kolonie, to niby dlaczego nie Rosja?

Komu to i jak osądzać...

Iran nigdy nie był agresorem, a od czasów starożytnych jedyną wojną jaką prowadził była z Irakiem i chyba tylko Allah wie z czyjej winy...

Tak, ale Iran jako niebezpieczny dla świata nie miał prawa posiadać broni nuklearnej.

Izrael będący w nieustannym konflikcie z sąsiadami, gdy nie tylko w konflikcie, bo aktem agresji zniszczył infrastrukturę Libanu pod pretekstem, że chce odbić paru swoich żołnierzy, no i oczywiście, że bardzo nie lubi partii Hezbolah, która jest legalną częścią rządu w Libanie, jakoś nie doczekał się potępienia. Nikt również nie kwestionuje prawa Izraela do posiadania broni nuklearnej prosto z USA. A przecież to w USA mówi się o tym rejonie świata jako o zapalnym. NIKT nie gwarantuje, że Izrael genialnością swego wywiadu, a ten jest najlepszy na świecie nie spowoduje, że właśnie z Iranu poleci rakietka czy dwie, a wcale nie nuklearna na Izrael... A wtedy?...

Tak, może jednak warto zostać w domu żeby nie wrócić do przepraszam czego? Leju po bombie? Skoro ma być tak, to chyba jednak lepiej wyjechać... Jest bardzo łatwo mówić i pisać o trudnych decyzjach kogoś. Był głowa rodziny i bez znaczenia, że przeważały w niej cztery nogi...

Psy doczekały się najohydniejszych określeń typu - żebyś zdechł jak pies (z ręki szlachetnego człowieka, który umiera a nie zdycha...), łżesz jak pies (jako że człowiek nie kłamie), ty parszywy psie... Oraz tuzin równie, a niesprawiedliwie oceniających najwierniejszą miłość i bezinteresowne oddanie.

Ciekawe dlaczego specjaliści od psychologii człowieka ani razu nie napisali, że pies nie gwałci, nie morduje ojca, matki, dzieci, nie prowadzi wojen zaborczych, nie torturuje, pali żywcem drugiego człowieka...

„Zszedł na psy”... bynajmniej nie komplement, ale obelga. I tak dalej... Kasia zaszła chyba na koniec ulicy, niestety bez wyjścia, bo któregoś dnia w bardzo tak zwanie kulturalnym towarzystwie najpoważniej oświadczyła, że zaczyna polować...

Towarzystwo znało poglądy Kasi, bez reszty oddanej sprawie ratowania prawdziwych właścicieli lasu, który kiedyś zanim człowiek wymyślił cywilizacje, był suwerennym państwem.

Zapanowała cisza, nikt nie wiedział co powiedzieć, więc Kasia wyjaśniła, że będzie polować na myśliwych...

W towarzystwie był myśliwy. Nawet pokazywał u siebie w domu odcięte głowy jeleni i niedźwiedzi... Bardzo ostro zareagował w obronie swoich praw jako płacący podatki i w nie emocjonalny lecz naukowy sposób chroniący las.

Kasia bardzo spokojnie a wyraźnie odpowiedziała językiem, który każdy myśliwy zrozumie - Odpierdolcie się od rysi, wilków i niedźwiedzi. Dajcie im zadbać o równowagę w lesie. Widzisz te drzwi? Rusz dupę w ich stronę i nie pokazuj się w tym domu, bo zacznę od ciebie...

Tak... Znając swoją partnerkę na dobre i na złe, Marek brał takie stwierdzenia poważnie. Zawsze gdy w czasie polowania przypadkowo ginął myśliwy, Kasia kupowała szampana. Więc od słów do czynów?...

Teren gdzie planował odetchnąć po upale Arizony był zamknięty dla myśliwych. Jedynie jego prawdziwi mieszkańcy Indianie mieli dla własnych potrzeb prawo do odstrzału najstarszych i najsłabszych zwierząt.

Jednak to już nie Indianie z lat odkrywania Ameryki. Współcześni woleli sklepy zaopatrzone głównie w napoje gazowane, słodycze i słone czipsy. Cukrzyca zbierała obfite żniwa w pierwotnych mieszkańcach Ameryki. Zdecydował tylko telefoniczne powiedzieć do widzenia Zorze. Nie chciał słyszeć najnowszych wiadomości prosto z Rosjji, gdzie podobno bardzo realnie oczekiwano wojny, a partia nacjonalistyczna, czyli inaczej... patriotyczna „Narodnaja Wola”, otwarcie głosiła, że zgniecie wojska NATO...

Na czele nie tylko tej partii stali dawni admirałowie i generałowie Czerwonej Armii, teraz „zakochani w Bogu” i prawdziwej Rosji...

Marek daremnie szukał w literaturze, w dyskusjach ludzi znających się na wszystkim co dotyczy człowieka wyjaśnienia różnicy między nacjonalizmem a patriotyzmem. Bo to, że nacjonalizm był diabłem, a patriotyzm (ale aby nie za głośny bo wtedy nabiera... nacjonalizmu) był prawie, prawie aniołem, dobre było dla małych dzieci, a najlepiej dla tych co jeszcze robią pod siebie.

Patria to ojczyzna, a nacja to naród... Gdzie jest więc ta różnica? Kochasz własny kraj, to pięknie, ale gdy nie kochasz innego to już nie tak pięknie..

Może rzeczywiście Kasia miała racje mówiąc, „że czas najwyższy aby ten świat się rozpierdolił, to może zostanie ktoś uczciwy...”

Używała takiego języka tylko właśnie w przypadku myśliwych i cwaniactwa pociągającego za sznureczki rządzących tym światem...

What the heck... Czyli a niech tam... Zaplanowaliśmy, to ruszamy. Wyjechać żeby wrócić? A czy można inaczej? Można, są jeszcze miejsca, gdzie na upartego korzonkami i jagodami ktoś uważa, że zawróci bieg tego wariactwa zwanego cywilizacją, bo on uciekł, tak, uciekł. Na złość? Komu?

A wiec wrócić i udawać, że nie widzi się tej samej hipokryzji, z którą tak patetycznie obiecywał walczyć nowy, czarny prezydent. Tak odcinał się się od poprzedniego wypominając mu ku uciesze naiwnej gawiedzi wysyłanie Amerykanów na wojnę do Iraku i Afganistanu. Wojnę, która faktycznie taką nie była, bo nie z żołnierzami tych krajów koalicja amerykańsko - europejska walczyła, ale z obywatelami tych krajów, broniącymi swojej suwerenności. Jeżeli takowa miała polegać na normach innych niż tak zwane zachodnie, jeżeli miała wysyłać w świat heroinę lub ochotników śmierci, to po jaka cholerę świat ćpał narkotyki i dlaczego wsadził kij w mrowisko wtrącania się w nie swoje sprawy.

Dziś elokwentna hipokryzja uzasadnia, że jeżeli nie zabijemy Afgańczyków, to oni zabija nas, w naszych domach. A po jaką cholerę, nikt nie zapyta? Aaaa, to nie są Afgańczycy tylko terroryści... A kto ich stworzył w pierwszym rzędzie dzieląc kraje Bliskiego Wschodu na ważne i mniej ważne dla interesów Ameryki, ba, nawet na bliskie sercu w Waszyngtonie i te warte okupacji w imię demokracji...

Wrócić do kolejnej hipokryzji, uzasadnianej że dwa plus dwa daje cztery, ale może trzy plus jeden? Nieudaczni politycy typu byłego vice prezydenta Stanów odbierają nagrody Nobla w sprawie globalnego ocieplenia, ale nikt nie przypomni że dziewiętnasty wiek wydzielał tylko w jednym dziesięcioleciu więcej dymów, dwutlenku węgla, jako że palono tylko TYLKO węglem, niż cały 20-ty wiek... Przemysłowa rewolucja w Anglii, tylko w samej Anglii zakrywała niebo solidną warstwą węglowego dymu.

Dziś kraje tak zwanej wschodniej Europy palą przepraszam, czym? W takiej Polsce, tylko w Polsce, zimą leci z kominów, tylko z domków jednorodzinnych, więcej dymu węglowego niż w połowie całych Stanów Zjednoczonych, gdzie od dawna nie ogrzewa się węglem! Samochody? Marek doznał szoku, gdy rok temu poleciał odwiedzić swój dawny kraj i zobaczył więcej samochodów w powiatowym miasteczku, niż na ulicach Tucson. Parkowały wszędzie, chodnikami nie było łatwo przejść...

Do jednorodzinnych domków co miesiąc jadą ogromne ciężarówki, traktory wyładowane drewnem z wycinanych lasów, a hipokryzja słodzi, że planowo wycinanych, bo puste miejsca zasadza się sadzonkami. Nikt jakoś nie powie, że nawet na sosnę, aby nadawała się do pieca... trzeba z takich sadzonek czekać ze trzydzieści lat. W międzyczasie puste miejsca też jakoś nie przypominają o.. .wycinaniu lasów nad Amazonką...

Tak, wrócisz do tego i będziesz strusiem, nie będziesz widział wystawiając tylko dupę na kopniaki słodzików przekonywujących cię, że to dla twego dobra... A masz inne wyjście, czy może znowu zaczniesz nudzić o życiu pustelnika, jagódkach i roślinkach... A dokąd wtedy uciekniesz, gdy do ciebie dotrą elektryczne piły...

Może więc rację ma Kasia, nigdy nie używająca wulgaryzmów, gdy nagle mówi... Niech się ten świat wreszcie rozpierdoli...