| Rozdział III "WTEDY BĘDZIE KONIEC ŚWIATA..." |
| Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz | |
WTEDY BĘDZIE KONIEC ŚWIATA...- Zora, wspominałaś, że twój brat pilnował jakiejś chemicznej zarazy. - Zarazy nie upilnujesz... - Niby prawda, ale co to było? - Nigdy nie tłumaczył... - Musiał coś niecoś, wiesz jak to jest w rodzinie... - Mówił, że tyle tego co w pingpongowej piłeczce wystarczy, aby zabić więcej ludzi, niż w Nowym Yorku. Że czymś takim o ścianę i leci to diabelstwo, leci i dusi. Znaczy się, że leci mać twaju leci i na kajuk... - Ja słyszałem, że „doleciało” zapakowane do tego „kto da więcej”... Że tam robili tego 40 ton rocznie, ale każdego roku tona lub dwie znikały. - A czy nie rozmawialiśmy o końcu świata? Dla takiego Natana już się zaczął kończyć... Wiedziałam, że kpi ze wszystkiego, a Torę uważa za wymysł kapłanów, aby mogli doić durni, którzy nie żałują na ich tłuste życie... Za samo to powinien bardzo powoli smażyć się u diabławki. Ale żeby ożenić się z sziksą! Mało tego, podobno kurwa... Poleciał na cyc jak u krowy. - Dlaczego koniec świata, znaczy dla niego. - Co znaczy dlaczego! Już kupił jej samochód! Gdzie on się wychował! Znałam jego ojca, bo matka umarła jeszcze w Baku. Ojciec wcale nie miszuge, żeby mieć takiego syna! - Chcesz coś o końcu świata? Tylko nie kpij, że wymyśliłem... Sam w to nie wierzę, gdy wracam pamięcią. Może to jednak prawda co mówią o czwartym wymiarze, zresztą, posłuchaj... Po dziesięciu latach szlepania godzinami, by dojechać do pracy, gdy mieszkaliśmy w Los Angeles, mieliśmy tego dość. Jednego dnia zastanawiamy się dokąd. Czy do Seattle czy do Tucson. W Seattle zawsze zielono i praktycznie bez zimy, ale pada za dużo. W Tucson zawsze ciepło i nie pada... - Nu, gdzie tu koniec świata? - Heje, heje, będzie... Następnego dnia moja bosowa, Monika, Dunka i właścicielka Nordic Physical Therapy pyta czy mi się podoba Arizona bo dostała kontrakt w Tucson General Hospital... Tak i tu jesteśmy, znaczy się. - Ja też i co z tego? - Przecież powiedziałem zaczekaj... Kasia mówi... Wiesz co, a może by tak w tej ciągle pustej, czystej Arizonie poszukać Indian, którzy żyją tak jak tysiąc lat temu, znaczy się prymitywnie... - Ja też tak potrafię na dożywotniej zapomodze z Waszyngtonu, a z podatków takich durni jak ty i ja... - Nie o tym... Wtedy ja, czemu nie. Dalej było tak, dokładnie tak... Jeden z pacjentów dał mi wojskową mapę Arizony. Wszystko na niej. Każda rzeczka i nawet większy kamień. Wybrałem teren północno wschodniej Arizony w obrębie czterech dróg: Numer 160 od północy, 87 od zachodu, 264 od południa i 151 od wschodu. Po przekątnej to prawie 300 kilometrów skalistej pustki rezerwatów Indian Navajo i Hopi. Miast żadnych, trochę osiedli z których Ganado liczy zaledwie kilkaset mieszkańców. By nie niszczyć własnego samochodu wynajęliśmy Dżipa wówczas nieświadomi jakim nieudacznikiem jest ten bękart amerykańskiej motoryzacji, idealny do pozowania w mieście, zwłaszcza bez drzwi, tak aby panienka w nim siedząca miała „dłuższe nogi”... Reklamy Dżipa pokazywały go na szczytach skalistych „kominów” w Monument Valley, gdzie pięknie pozował zaniesiony przez helikopter. Ale stało się pojechaliśmy. Do tej pory mam ciarki na plecach, gdy wspominam o tym... A zaczęło się tak gładziutko... - No, może właśnie zaczniesz? - Zaczynam... Kasia „pstrykała” buźki Indiańskich maluchów (zdjęcie za dolara...), których mamusie sprzedawały w przydrożnych straganach indiańskie folklorika. Wjechaliśmy w dobrą, skalistą drogę 43. Jak wszystkie miała indiańskie oznakowanie w kształcie średniowiecznej tarczy z napisem INDIAN. Prowadziła w kierunku wąskiej strużki dymu ginącej gdzieś w górach. Pomyślałem... Aha, może jesteśmy w ostatnim, czystym miejscu nie zabrudzonym przez białego człowieka. To, że w rezerwacie San Carlos w pobliżu Tucson jedynie biali sprzątają tony śmieci i szkła z rozbitych butelek zalegającego, otaczającego domy Indian było inną sprawą. Ale tu, w tej pustce spodziewaliśmy się zastać świat, który się nie zmienił... Po paru godzinach góry nie przybliżyły się. Wiadomo, na pustyni widoczność jest tak niesamowita, że przybliża coś co odległe jest o setki kilometrów. Droga weszła w czerwone piaski. Sprawdziłem paliwo, mieliśmy pół baku i dwa zapasowe kanistry, nie jest źle i czas na przerwę. Dochodziło południe i słońce wcisnęło nas pod skalna półkę, gdzie w resztkach cienia bardzo z siebie zadowoleni połykaliśmy kanapki. Ruszyliśmy dalej, ale góry ciągle nie przybliżały się, a my wjechaliśmy w piasek. Dżip zawył, palił opony i wkopywał się jeszcze głębiej. Nie pomogły moje popisy ciężarowca i... Kasia, daj pełen gaz!... Zrozumiałem, że prędzej zerwę plecy niż uwolnię Dżipa. Przygoda przestała się uśmiechać. Byliśmy w rozpalonej pustce czerwonych skał. Że połowa października? Nie tutaj, na 33 równoleżniku. Ziarna miki odbijały słonce, oślepiały. Para idiotów siedziała w wąziutkim cieniu samochodu i główkowała. Wiadomo, że nie wyciągniemy Dżipa, wiadomo również, że nie dojdziemy tam skąd płynęła stróżka dymu i wiadomo też, że nie dojdziemy gdzie zaczęliśmy „szukać Indian w pierwotnej postaci... - Bałeś się, nie mów, że nie... - Nie mówię... Ale przecież nie damy się, nie możemy skończyć tak głupio, coś wymyślę. Mieliśmy zapas wody na jeden dzień, dwie tabliczki czekolady i kilka pomarańcz. Nie zginiemy bo... coś wymyślę... Wymyśliłem aby iść do przodu, nocą. W tej części Arizony, na wysokości średnio 2000 metrów, już w październiku noce są zimne, ale jeszcze bez przymrozków nad ranem. Do rana powinniśmy zbliżyć się do czegoś. Nasze ciała rozpalone dniem stygły gwałtownie, ale ruch pomagał utrzymać ciepło. Nie bałem się grzechotników... - Ty co, gieroj Sawieckowo Sajuza? Każdy się boi... - Tak, ale o tej porze roku normalny grzechotnik już powinien zimować pod ziemią. Po godzinie marszu Kasia zastygła jak wryta. a ja usłyszałem „brzęczenie”. Dźwięk jaki wydaje osa, bo nie jest prawda, że grzechotnik to jak grzechotka, właśnie brzęczy, a nie grzechocze... - Kakaja rażnica! Dość, aby zrobić w majtki! Zgadzam się. Czy zrobiłem? Ja nie. Kasi nie pytałem. Ohydna kiełbasa prawie dwumetrowego cielska kołysała kwadratowa głowa gotowa uderzyć. „Na cypeczkach” cofnęliśmy się omijając gada. Tak więc noc nie była najlepszą porą, może dla grzechotników, bo właśnie w nocy polują. Pójdziemy ze wschodem słońca. - Dojdziesz wreszcie? - Ja też miałem taką nadzieje... Po paru godzinach padliśmy w cień rachitycznego drzewa Palo verde za słabi nawet na rozmowę co będzie, jeżeli nic nie będzie. Zapadliśmy w sen. Obudził nas odgłos samochodu. Stara ciężarówka Smrodziła najcudowniejszym zapachem życia... Indianie od początku lekceważyli zakazy federalne jazdy na ołowiowym paliwie. Paru Indian przyglądało się nam z wyraźna satysfakcją... Oto para białych durni, bezradnych jak mrówki pod butem człowieka. Zacząłem na migi, ale młody Indianin przerwał... - Nie wygłupiaj się, to nie jest film o Indianach. - Sorry... - Sorry your ass. Jeszcze dzień, dwa, a żadne sorry by wam nie pomogło. A w ogóle co tu robicie? - Szukaliśmy prymitywnych Indian... - Bardzo cichutko, na uśmiechu, a szczerze odpowiedziała Kasia. Mieliśmy szczęście, że Indianie mieli poczucie humoru, bo jeżeli ktoś tu był prymitywny To na pewno nie oni... Indianie zawieźli nas do zbawczego dymu. Był mała, cudownie zieloną osadą w rozlewisku wąskiej rzeczki, której nie było na mapie. Nasz zbawca odsunął malowaną skórę i weszliśmy do domu - lepianki z czerwonej gliny. Przez wąski otwór w dachu ulatywał dym. Obok paleniska siedział stary człowiek przypominający ogromnego, chudego ptaka. - To mój ojciec. Wyjaśnił Indianin i dodał... Ja jestem Mike. On nie zna innego języka niż Navajo. Jeżeli chcesz to przepowie ci przyszłość. - Teraz wreszcie zaczynasz, ale... czy ty nie piszesz bajeczki dla dzieci? - Nie piszę, Zora, może kiedyś spróbuję, ale nie przerywaj. Ten stary co kroku poza dom nie zrobił ma przepowiedzieć moją przyszłość. Niby gdzie, w jakim świecie, którego nie zna?... Mikę widocznie czytał moje myśli, bo spokojnie powiedział. - Nie kpij. Nasi, starzy ludzie wiedzy nawet kiedy będzie koniec świata. Aha, więc już jestem w środku takiej bajeczki, ale mam nie kpić? O końcu świata napisano i bardzo dużo i bardzo, bardzo dawno. Tak dawno, że nawet nie napisano, ale wyryto w skałach, wyrzeźbiono na ścianach budowli... Wszystkie przepowiednie zamykały się na czterech cyfrach: 2012... Ludzie zawsze fascynowali się końcem świata, a nasz, jeszcze kilka godzin temu już mógł nastąpić. Zmęczenie zwyciężyło myśli i zasnąłem. Śniłem, że zajadam się wędzonymi rybami, o których jak mawia może i głupawe powiedzonko, że ojca, matkę oddam za wędzonego dorsza... Widocznie gadałem przez sen, bo obudziła mnie Kasia.- - Majaczyłeś... - Mike słysząc język naszych rodziców, tylko uśmiechał się i powiedział, że dowiezie nas do drogi. - Dzięki, ale co z tym koncern świata? Zażartowałem. - Chcesz? Naprawdę chcesz zaryzykować? Podszedł do ojca i powiedział kilka słów. Stary podniósł ciężkie, wyłupiasta powieki i zobaczyłem oczy jak czarne, bezdenne studnie. Patrzyły niby na mnie, ale jakby przez... Powiedział coś i zamknął oczy. Znowu przypominał siedzącego ptaka. Mike nie patrząc na mnie powiedział... Mark, prawda, że Mark? - Przecież powiedziałem ci. - Ojciec twierdzi, że koniec świata będzie, gdy skończysz 74 rok życia. Wiem, że nikt mi nie uwierzy i nie pytaj... Ja sam nie potrafię nic mądrzejszego powiedzieć, niż to co usłyszałaś... - Mark, oj, Mark, to jest szweja sztik. Nawet gdy wymyśliłeś... - Nie, Zora, nic nie wymyśliłem, a co jest w tym najdziwniejsze? - Jeszcze nie wystarczy? - Nie. Ojciec Indianina nie mógł wiedzieć ile mam lat. Portfel zawsze nosze w przedniej kieszeni dżinsów a śpię na brzuchu. Więc jakim cudem? Indianie pomogli odkopać Dżipa. W Tucson przewałkowaliśmy wszystko na najdrobniejsze cząstki. Jeszcze raz sprawdziłem mapę i jeszcze raz postanowiliśmy sprawdzić... hipnozę? Wynająłem prawdziwy wóz na teren. Ogromny silnik Forda rwał skały oponami. Taki nie potrzebuje helikoptera... Ta sama droga. Oto nasza skalna półka, a tutaj plamy po oleju, gdy ten zasraniec Dżip się zakopał. Paliwa i żarcia mamy na tydzień. Dobrze jest, ale droga zamiast jak wtedy prowadzić do zielonej oazy zwężała się, wreszcie przeszła w skalny gruz, a zamiast stróżki dymu ze skał spływał piasek. Dalej jechać nie można. A przecież dokładnie, tak jak wtedy, wiec gdzie... Gdzie jesteś Mike... Zawróciliśmy. Jakiś czas później przypadkowo spotkałem tego pacjenta Indianina, który mówił o czystych miejscach w Arizonie... Opowiedziałem mu co nas spotkało. Uśmiechnął się tak samo jak ci Indianie z ciężarówki. Nic nie powiedział. - Ot i zagwozka... Więcej, bo chyba nigdy się nie dowiesz, chyba, że zaczekasz a to już za pół roku... - Prawda, niedługo będziemy mówili sobie...Happy New Year 2012... - Happy, szmapi, a ja zostaję. - Nie wracasz do Baku? Co się stało? -- Nic się nie stało, właśnie to. Bo niby do kogo. Ojciec? Żeby mu matkować, bo podobno już robi pod siebie? A do tego ta nacjonalistyczna, ruska swołocz w bojówkach bije każdego kto nie wygląda jak oni. Teraz biją kasagłazych znaczy się mahmedków, mieszkańców Kaukazu i wołają, że Rosja jest tylko dla Rosjan. Jutro będą bić każdego kto myśli inaczej. - A policja? - Oj, Mark, policja... Jak to mój ojciec mawiał... Adin głaz na Kawkaz a drugoj na Maskwu... Znaczy się, że patrzy w inną stronę. To ma być moja Rosja? Nie moja, Mark, nie moja... - Co jest, że każdy znajduje dom tutaj i każdy powtarza, że jego dawny też już nie jego... To samo z moim, starym. . .Niby mój i nie to, że inny, bo nie może być jak ten gdy miałem dwadzieścia lat. Ale... Właśnie, jakby dwa pociągi, a każdy w inną stronę... - Mogę na chwilę? - Pacito, możesz na dwie. Właśnie rozmawiamy o tobie. - Niby dlaczego o mnie? - Bo mówiliśmy, że każdy albo ucieka ze starego domu, albo go opuszcza wmawiając sobie, że kiedyś wróci, a wrasta w ten nowy, tutaj. - Nie wiem jak wy, ale ja wrócę! - Do czego Paco, do czego... Przecież uciekłeś od tego. Że wrócisz, bo będziesz miał pieniądze? Tym bardziej będziesz obcy. Obcy we własnym domu. A na to nie ma lekarstwa. Znam takich co wrócili. Wielu nie miało powrotu, ale nawet ci co mieli, a próbowali jeszcze raz wrastać w rodzinną ziemię, nie potrafili. Albo im przypominano, że są inni, co nie znaczy, że w dobrym sensie, albo wypominano, że kiedyś wypięli się, bo chcieli być lepsi, a teraz chcą być tacy sami... Nie przeskoczysz. - Rób Paco dyplom kucharza i trzy razy całuj tą ziemię. Przyjęła i przyjmuje każdego kto nie gardzi nią, nie szuka dziur. Te są wszędzie, ale tylko ona daje ci gościnę i nie wypomina, że jesteś inny. Chyba, że sam to podkreślasz... - Ale tak naprawdę, to o czym rozmawialiście. - O końcu świata, Paco, o końcu świata, że już za rogiem... - To po co mam się uczyć na kucharza, czy nie lepiej na bandytę i stuknąć bank? - Też można i tak, ale czy pomyślałeś co zrobisz z forsą? Mówią mądrzejsi od nas, że albo świat zamarznie albo utonie. - Mój rabin by lepiej nie powiedział, bo czy tak czy siak to miałby rację. „Telemundo” wczoraj pokazywało, że Stany bojkotują jakąś konferencję co ma uzdrowić klimat... - Na razie uzdrawia kieszenie cwaniaków, a nawet daje Noble tak jak temu viceprezydentowi USA. Gówno znaczył i gówno robił, gdy był w Białym Domu, a teraz robi jeszcze większe, ale co zachapał to jego. Stany są chyba jedynym krajem, gdzie już dawno nie pali się węglem w piecach jednorodzinnych domków. Nie ma gorszego dymu i zanieczyszczenia niż właśnie ze spalanego węgla. A co robi Europa? Jej wschodnia część, więc ta najbiedniejsza nie tylko, że pali węgiel, to wycina lasy, bo pali drewnem. Ale na konferencji wytyka się Stany. Kiedyś poleciałem na kilka tygodni do mego starego kraju, późną jesienią. Czarne chmury spalin węglowych przykrywały miasta, a właśnie w tym kraju najgłośniej krytykują Stany. - Mark, oj Mark, co ty porównujesz jakiś kakamynja kraik, jak ten twój dawny do Rosji. Tam dopiero zobaczyłbyś co to są czarne chmury. Tam ludzie nie mają wywozów śmieci sprzed domów bo spalają wszystko od pampersów, jako że niektórych na takie stać do plastików każdego rodzaju. - Właśnie, ale „Stany i Chiny to wróg klimatu numer jeden” i to one podniosą temperaturę Ziemi o parę stopni. A wtedy... - Wtedy Tucson ucierpi... - Oczywiście, bo już jest gorąco. - Parę stopni wytrzymasz i ty i ja ale hotele mogą nie wytrzymać. Gdy na północy kraju ocieplenie globalne pozwoli mieszkańcom odpocząć od szuflowania śniegu sprzed garażów, to tu będziemy mieli mniej tych „snow birds” czyli śnieżnych ptaszków. Mój sklep też ucierpi... - Ot i tak od Nobla dla tego cwaniaka, przeszliśmy do handlu. - To ja lepiej już pójdę bo muszę nauczyć się jak dogadzać tym śnieżnym ptaszkom. Nigdy nie myślałem, że można marnować tyle najlepszego mięsa! Zamiast robić nasze, marynowane, pikantne carne asada co samo się rozpływa w ustach, to oni, no, ci Anglos, biorą kawałek najlepszego mięsa i gotują go! A do tego w kapuście! A to już jest ohyda. Albo dodają do takiego mięsa duży kartofel w nim to świństwo, śmietanę i kilka mrożonych groszków. Usrywają się z zachwytu! Jak oni mogą coś takiego jeść? Czosnek? Tylko nie czosnek! Trochę soli, pieprzu i jedzą... A od tej kiszonej kapusty, od tego smrodu, nie mogę się uwolnić jeszcze następnego dnia... Kiedyś otworze własną restaurację, nawet gdybym musiał gotować tylko dla siebie. Przynajmniej będę jadł co lubię. - Musisz się śpieszyć. Na nowy rok świat ma wejść w początek końca... - Dlaczego Anglos straszą ludzi? - Nie jesteśmy Anglos, ani Zora, ani ja, a tylko powtarzamy te bzdury o końcu świata. Jestem pewny, że cwaniacy z Hollywood już oblizują, łapy licząc kasę za cwaniackie filmy, a durni ludzie oglądają. - Mój ojciec powtarzał, że ludzie maja prawo być durni. W Rosji mawiają... Buraków i w kasciele bijut. - Zora, on nic z tego nie rozumie. - Znaczy się, że durnych ludzi uderzą nawet w kościele. - Czy dlatego w kościele jest tyle złota, nawet na ścianach? - Paco,musiałbyś zobaczyć popów... - Kogo? - A takich księży w ruskim kościele. Oni to dopiero kapią złotem i kolorowymi kamyczkami. Za kilka możesz kupić taki samochód jak twój. - Ale mówią, że Chrystus był biedny, że nie pochwalał bogactwa. Może dlatego skończył jak skończył... Sorry, Paco nie chcę obrażać twojej religii, ale tylko biedacy tak kończyli. Nie słyszałam o bogaczu co dałby się tak skatować. Pieniądze są lepsze niż firma ochroniarska... - Powiedzcie, że nie będzie końca świata... - Ja mówię... - Ja też. - No, to idę się uczyć. - M ark, chcesz dowiedzieć się czegoś o nauce? - Chyba każdy chce. - Ale przy okazji dowiesz się o oficerach... - Teraz to już bardzo chcę... - Ruski naród tak mawia... Uczyś, uczyś, astaniesz studientom, nie dauczysia, tak i astaniesz aficerom... Poniał? - Nu kak, kanieszno, Zorenka, a teraz ja ci coś powiem... W Boga wierzysz, prawda? - Nie pytaj. Wobec tego rozwiąż taka zagadkę, a zaznaczam, że każde dziecko potrafi... Co jest gorsze od diabła, lepsze od Boga, biedni ludzie maja tego bardzo dużo, a gdy bodziesz to jadła, to umrzesz?... - Ale wymyślił! Daj mamient. Nie mogę, wstyd, ale nie mogę. - Powiem ci dlaczego nie możesz, bo jako dorosły człowiek kombinujesz, rozgryzasz na dorosły, mądry umysł i nie możesz, a małe dziecko zaraz odpowie, że NIC. Że nic? - Tak. Odpowiedź brzmi nic. Bo nic nie jest gorszego od diabła, nic nie jest lepszego od Boga, biedni ludzie nic nie mają, a gdy nic nie będziesz jadła to umrzesz... - Genialne! Kto to wymyślił? - Usłyszałem gdzieś, sam nie potrafiłem odpowiedzieć. - Może warto zapytać mego syna co sądzi o końcu świata... - Na pewno odpowie ci to co nagrywa i jemu i wszystkim dzieciakom maszynka nakręcana nauczycielami. Kiedyś właśnie dziecko potrafiło tak logicznie opowiedzieć, ale to było kiedyś. Dziś nie potrafi myśleć, nie musi. Dostaje papkę, jak dla niemowlaków, nie trzeba gryźć, wystarczy połykać. - A my, ty, ja, Paco i miliony nas, durni, utrzymujących najlepszy interes świata... - Banki? - Oj, dlaczego zaraz banki. Rząd, Mark, rząd. To dopiero jest interes. Nic nie produkujesz, a zbierasz gield. Czy to nie rząd wlewa nam chochle gówna z programów telewizyjnych, z wiadomości... Też nie musisz myśleć, połykaj, połykaj... - Może jednak warto aby albo woda albo śnieg oczyściły ten świat? - Czy to nie w tym roku kończysz 74 lata?... |
