| Rozdział II "CISZA" |
| Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz | |
| 27.07.2010. | |
CISZA...- Mark! Widzisz co mam?! - Każdy widzi samochód... - To nie jest każdy samochód! -Takich są miliony. Czy masz mnie za durnia? - Nie i jeszcze raz nie, bo ten samochód ma ekranik. - Wiele ma telewizję w środku, więc o co chodzi. - To jest ekranik, który zaprowadzi mnie wszędzie gdzie zechcę. - Gdyby świętej pamięci Igor żył to powiedziałby po swojemu... Duraków i w kaściele bijut...To znaczy, że głupich ludzi nawet w kościele biją. - Ty i twój Igor. To jest bardzo mądre urządzenie i mój kompadre dał mi dobry upust w Hondzie. - Tak? Twój kompadre właśnie wysłał kolejnego Amerykanin na bezrobotkę, sprzedając japoński samochód, ale masz to w dupie, right? - Tak jak taki robotnik ma mnie, więc coś za coś, right? Ale niby dlaczego coś pierdo... o durniach. - Paco, ten ekranik pozwala namierzyć cię w każdym zakątku kuli ziemskiej..Nie schowasz się przed okiem Centrali i jej kamerek umieszczonych w satelicie. Właśnie wystrzeliła kolejnego. - Nie jestem Amerykaninem i nie muszę ci tego powtarzać... - Nie musisz, co nie znaczy, że lepiej nie wchodź do kościoła... - Ty, obywatel tego kraju, a już jak twierdzisz od 4o lat, czy nie jesteś dumny, że twój kraj zdobywa kosmos? - Gówno a nie kosmos, bardzo prosto to ujmując. Jak myślisz jak daleko jest stad do tego satelity, jak to nazywasz w kosmosie... - Nie wiem, na pewno bardzo daleko, to znaczy wysoko. - Frajerze, do Los Angeles jest dwa razy dalej... - Niemożliwe! Przecież to jest w kosmosie! - Co dla kogo kosmos... To już chyba przynajmniej setny satelita, a pierwszy poleciał jakieś 60 lat temu w ten twój kosmos i co? i gówno. Ciągle krążą w tej samej odległości od Ziemi, a wiesz dlaczego? Dlatego żebyś miał taki ekranik w samochodzie, bo już zapomniałeś jak zapytać o drogę, prawda? Ile dopłaciłeś, aby mieć ten ekranik. -Jest w cenie samochodu... - Ja ci powiem ile, bo też taki miałem. Podbija to cenę wozu o ponad tysiąc dolców. Powiedz Paco ile zapłacisz pytając kogoś o drogę... - Mówisz, że miałeś? - Tak bo szybko „zepsuł się”... Pomogłem i teraz ci centralni „kosmici” mogą sobie do dupy wsadzie kamerki. - Ale chyba wierzysz w próby zdobywania kosmosu. - Przestałem, a pomógł mi mądry człowiek z NASA, który szesnaście lat temu powiedział, że te miliardy miliardów utopionych w programie zdobywania kosmosu już dawno wystarczyłby na zbudowanie stacji, z której człowiek poleciałby na inne planety. Satelity większe i mniejsze krążą, od lat na tej samej wysokości czy odległości od ziemi, nie większej niż 400 kilometrów. - Tak powiedział? - Tak ale tylko raz, bo słuch o nim zaginał... - Więc dlaczego Stany nie zbudują takiej stacji? - A po jaką cholerę. Już wiemy, że na planetach naszego układu słonecznego nie ma życia takiego jak na ziemi. Są diamenty, czy ropa naftowa? No i co z tego, przywieziemy we wiaderkach? - Wiec po co te miliardy miliardów? - Żebyś cieszył się, że masz ekranik w samochodzie. Nie rozumiesz? Satelita, każdy, to nic innego niż oko na nas tutaj, nie magiczne ale takie, że zobaczy jaki masz kolor majtek... - Może któregoś dnia, gdy Centrala uzna, że już czas poleci z nieba zaraza, wymorduje większość ludzi. - To nie ma sensu, ludzie są potrzebni żeby pracować. - Paco, sam bym lepiej nie powiedział, ale zaraza zostawi i tych do pracy i tych w rządowych schronach, aby dalej rządzili, ale już bez takich przeszkód jak konstytucje, prawa i tego typu nonsensy... - Mark, czy Hitler był głupi? - Skąd takie pytanie, od ciebie, Paco, zadziwiasz mnie... - Mój ojciec słyszał, że w Argentynie jakiś wielki hitlerowiec nazwał Hitlera durniem, więc jak to było... - Dziękuj Bogu, że już było. - To nie jest odpowiedź. On chyba nie lubił Żydów... Dlaczego? Zora jest bardzo dobra dla mnie... - Nie wiem czy był głupi, ale na pewno miał głupich doradców, bo uwierzył, że wygra z całym światem i że nawet z rosyjskim mrozem... Ale dlaczego jakiś hitlerowiec nazwał go durniem? - Bo Hitler zamiast wydawać tyle pieniędzy na wojsko i wojny na mordowanie Żydów, powinien sterylizować Żydówki, nawę t małe Żydówki to już by nie było Żydów, tak on powiedział. Że bez tych obozów, bez mordowania osiągnąłby cel, bo podobno miał taki... - Paco, nigdy w historii ludzkości nikt nie zlikwidował jakiegoś narodu lub rasy. Nie wiem dlaczego, ale widocznie takie jest prawo życia, prawo natury? Nie wiem. - Ale ludzie, jak to nazywasz likwidują zwierzęta... - Zwierzęta tak, ale to coś innego, bo człowiek ma pełną władzę, a zwierze nikomu się nie poskarży, nie zaskarży do sadu, nie napisze książek. - Więc te loty z Floridy, ta cała sprawa z podbojem kosmosu to dlatego, aby mieć nas pod kontrolą? - Głównie dlatego, ale podobno tylko podobno coś dobrego jest z badaniem klimatu, chociąż to jest następne gówno wlewane nam do mózgów. Paco, jak jest naprawdę z twoim wzrokiem... - Nie chce o tym rozmawiać. - Musisz, jeżeli chcesz osiągnąć coś więcej niż smarowanie dachów. Nie umiesz czytać... - Ale potrafią zapamiętać wszystko co usłyszę. Czy jeżeli nauczę się czytać, to nie będę musiał słuchać, czy nauczę się więcej? - Będziesz wybierał... - Ale przecież nie będą wiedział co wybierać. Od tego mam ciebie - Ja nie gestem wieczny. - Ale ciągle podnosisz więcej niż te grubasy w futbolu. Mów lepiej o tych zmianach klimatu, może to prawda i będzie zimniej... - Sorry, właśnie ma być jeszcze cieplej. Ale, te wszystkie konferencje są gówno warte, więc spokojnie... - Tak jakby jakiś super miliarder produkujący za dużo gazów zechciał raptem mieć mniej pieniędzy, bo tak wyszlachetniał ,prawda? Problem w tym, że jego własne dzieci, żona, rodzina, na co dzień bardzo zakochani w projektach ratowania naszej planety, widząc,że coraz mniej kasy na luksusy do których są przyzwyczajeni powiedzą - tatusiu, przestań być taki szlachetny. Przecież mieliśmy kupić własną wyspę, uniknąć tej hołoty... - Tak, mój meksykański bracie,jeżeli nie z , to ze zwykłej chciwości tych najbogatszych zdechniemy, jak środa po wtorku. A w między czasie będą nas zabawiali protokółkami Kioto i temu podobnymi pierdołami dla ubogich. 10 lat temu cwaniacy od handlu drewnem podpalili lasy w Indonezji. Przez dwa lata płonęły tropikalne lasy, ginęły zwierzęta, dym był taki, że właśnie z satelitów widać było jak wiatry niosą go nawet na sześć tysięcy kilometrów daleko i na dwa wysoko. I co? I co zrobili ci od konferencji o ratowaniu Ziemi. Już pewno domyślasz się, że gówno. Słusznie. Ci co podpalili i wyrąbywali las byli szczęśliwi, że mają prace, ci co handlują drewnem byli szczęśliwi, że mają kasę. Wypalili co trzeba, przestało dymić i cisza. - A wy Amerykanie pozwalacie, aby wypalać lasy nad Amazonka, bo muszą byćpastwiska dla krów, abyście mogli mieć jeszcze grubsze dupy od hamburgerów... - A wy Meksykanie spierdalacie ze swego dumnego kraju, aby wreszcie najeść się do syta naszymi hamburgera... Kółeczko przyjacielu, kółeczko napędzane od wieków tym samym - pieniądzem. - Spotkałeś kogoś kto ma za dużo pieniędzy? - To co, mam zepsuć mój ekranik? - Jasne, że nie! Ja zepsułem mój, bo się wkurwiłem, że mają mnie za durnia, ale i ty i ja jesteśmy nic nie znaczącymi ludzikami. Zapierdalamy w kółeczko, aby nie zdechnąć z głodu, aby mieć na taki ekranik, tak jak Kati ja, za kilka dni uciec od tego żaru, gdzieś w chłodną, zielona północ, przynajmniej na parę tygodni. A potem? Potem robolu wracaj do kieratu. Inaczej się nie da, nawet gdy pracujesz jak to się nazywa dla siebie. Myślisz, że mamy rząd? Kongresmenów, prezydenta? - Odbiło Ci? Jasne, że mamy, ja kiedyś też będę mówił, że to jest mój prezydent. Za rok zdaję na obywatela... - Pięknie, Paco, pięknie. A rząd? To są marionetki na sznurkach tych co trzymają końce. Kim są? Pewno nigdy się nie dowiemy, bo powiedzieć, że to Wielki Bankier trzyma te sznureczki jest dziecinnym uproszczeniem... - Tak, mamy obrady Kongresu, widzisz, że ęce i usta się ruszają... - To po cholerę mam być obywatelem! - Bo Stany to nie tylko te marionetki, to kraj najlepszych, najprawdziwszych ludzi na tej planecie. Mam skalę porównawczą. Tutaj nikt ci nie powie, że nie należysz, bo wszyscy kiedyś nie należeli, wszyscy byli z zewnątrz... To wspaniały kraj, który dał życie milionów swoich synów i córek w obronie nie tylko Europy w czasie, gdy nikt na Ameryką nie napadł, prawda? Młodzi Amerykanie jechali walczyć ze zwyrodnialcami spod znaku Hitlera. Jechali walczyć z japońskimi zwyrodnialcami, którzy bawili się podrzucając filipińskie niemowlęta do góry, by łapać je na ostrza bagnetów. Walczyć i umierać nie w obronie własnego kraju! - Ale świat zapomniał... świat potrafi kpić z „głupich Amerykanów”, bo w Paryżu pytają gdzie grają amerykańskie westerny... - Europa kpi, ale naśl, nawet dosłownie kopiuje wszystko co amerykańskie. Dlatego powinieneś być dumny, że zostaniesz obywatelem tego kraju. Bo chyba dlatego się starasz? Że gówno prawda? Nie szkodzi. Daj sobie trochę czasu, to bodziesz nie inaczej niż Chicanos... - Chicanos nie są prawdziwymi Meksykanami! - Bo urodzeni z meksykańskich rodziców, czy przodków? Zgoda, ale są Latinos i wykrzykują tak, jak ty, że La Rasa Unida... A wiesz co jeszcze wykrzykują? Przedstawię cie młodego Chicano. Rzecz o tyle niezwykła, że pierwszy powinien krytykować „rasistowską” politykę dyskryminacji nielegalnych, takich jak kiedy byłeś ty. Wiesz co ci powiem? Że jest bardzo skuteczny i nawet humanitarny sposób, jak powstrzymać prawie dwa miliony Meksykanów i ludzi z Centralnej Ameryki, aby nie skakali przez nasza granicę. Poustawiać wieże z karabinami maszynowymi... Że okrutne? To prawda, ale nie będą musiały długo strzelać, bo nic tak nie uczy ludzi jak ból i strach. - Hitler by lepiej nie wymyślił. - Długo po Hitlerze, wcale nie hitlerowscy Niemcy, tak strzelali do innych Niemców, bo lizali czerwoną dupę Stalina, ale to dla ciebie jak ten kosmos tyle, że nawet nudniejszy, prawda? - Mh... No... - Czy nazwiesz śmierć z pragnienia, z jadu grzechotników, z upału na skalistych piaskach pomiędzy Arizoną, a Meksykiem mniej okrutna niż od karabinu maszynowego. Przecież wiesz, że każdego roku tak umiera około sto osób, przeważnie kobiet i dzieci bo Coyotes, nieuczciwi przemytnicy ludzi wzięli kasę i zostawili ludzi na pustyni. Chyba z własnego doświadczenia wiesz, że w styczniu, nad ranem, rtęć na tej latem jak patelnia rozpalonej pustyni, spada do kilku stopni poniżej zera. Możesz chyba zrozumieć, jak to czują mieszkańcy wilgotnych, gorących tropików twego kraju, czy tych ze środka Ameryki łacińskiej. - A wiesz dlaczego nasze marionetki nie ustawia takich wież na granicy z Meksykiem? - Każdy wie. Opinia światowa... - Każdy wie tyle gówna co zobaczy w mediach, a te starają się wlać nam go tyle ile potrafią. Paco, pomyśl, ile opinia światowa pomogła pomordowanym opozycjonistom w Chinach, w Północnej Korei, w Rosji, czy w innym silnym, niezależnym kraju. Robią co zechcą ze swoimi obywatelami, a Onanizacja Narodów Zjednoczonych zwana również Organizacją uchwali 2456 uchwałę o rezolucji do głosowania nad 2457 uchwałą... - Oczywiście, że Stany wstydzą się takiej opinii, jaką mają dyktatorskie kraje, ale nie dlatego, mój naiwny przyjacielu. - Naszym rządowym marionetkom ktoś ciągnąc za sznureczki podpowiada... - Wpuścić jeszcze więcej Meksykanów, prześladować ich mówiąc, że są nielegalni, a oni, jako bardzo dumni ludzie, w zamian nie będą uczyć się angielskiego, Będą zamykać się w swoich Barios, aby po kilku latach domagać się hiszpańskiego, jako oficjalnego języka w takich stanach jak Arizona. Chyba pamiętasz co było tutaj kilka lat temu. Tacy jak ja uczyliby się hiszpańskiego... - Ty nie musisz... - Nie w tym rzecz. Już teraz, gdy Amerykanin stara się o prace to pytają go czy zna hiszpański. Nie? Adios mother fucker... - Ale i nie w tym rzecz. Im więcej tych co nie znają angielskiego, plują na nasza kulturę i zwyczaje, tym większa niechęć, nieufność sąsiada do sąsiada, zwłaszcza gdy jeden nie rozumie drugiego, kumasz? Czyż to nie jest super genialne?! Tak skłócone społeczeństwo o wiele łatwiej jest prowadzić na smyczy do wspólnej obory. Europa już tak prowadzi... Sznureczki Centrali przerosły i Hitlera i Stalina i wszystkich razem wziętych bo tamci durnie potrafili jedynie siłą i strachem. Wszystkich ani przestraszysz ani pokonasz siłą, dlatego się przekręcili, - Seniora de Pilar... Czy nie widzisz? Czy nie możesz powiedzieć swojemu synowi - Jesu Christo... Czas byś nie umierał za człowieka, ale perdon Dios mio... kopnął go najpierw w głowę?... - Ale jak mawia mądry Gilberto, twój ojciec...I pase lo que pase y mucha mierda hace... - Bo to wszystko jest jedna wielka mierda, czyli gówno, ale nie twój ekranik w samochodzie... - Wiesz co, Mark, to znaczy... Powiedz, jak to się stało, że się zepsuł... Czy to nie wpłynęło na resztę elektroniki? - Jestem tylko fizjoterapeutą, ale wyleczyłem tą „wrodzoną kontuzję”. Chcesz? Pomogę. Jak mawia Rigoberto? - Conyo, una grandepinga, morronga con timbales... - A co u niego? Dawno się nie odzywał. - Poleciał do Miami, aby z resztą Cafecinos organizować protesty przeciwko coraz większej miłości Ameryki do tego kozła na Kubie... - Widzisz... Masz kolejny przykład, jak bardzo przejmują się światowa opinia tacy, jak ten brodaty kozioł. Aby kasa za turystykę i przemytu koki szła. Opinopinia, a miliony turystów z Europy i Kanady wygrzewają dupy na piaskach Varadero i zostawiają normalne pieniądze... - Może kiedyś skuszę się i posłucham Rigoberto, gdy mówi, że „Un dia me woy a Cubita la bella”... Podobno plaża Varadero ma najlepszy piasek na świecie, a mulatki... Ay, mamacita!... - Mark, skąd ty tyle wiesz. Mówisz jakbyś był telewizją - Tylko nie telewizją! Ja mam kręgosłup! A że wiem? Ty też możesz wiedzieć. Wystarczy słuchać tego co media nie mówią... Sorry, wiem, że to nie jest proste, ale po prostu wiem. Gdy ma się prawie 4 tysiące pacjentów rocznie, a są prawie z każdej strony świata to można usłyszeć więcej niż pomieści głowa. - Rozmawiasz o tym z Kati? A może byś chciał napisać... - Nie chce zatruwać życia Kati, ma swoje górki i dołki. Napisać? Wiesz co chcą wydawcy? Bez głębi psychologicznej, jakiegoś narkomana czy alkoholika nie ma książki... Chyba, że jest o ćwierć bohaterku z ćwierć ruchu oporu, najczęściej przy gitarze, ognisku i na deskach studenckiej „rewolucji" kabaretowej. To jest coś, bo każdy każdemu włazi do dupy... - Jednak dobrze jest nic nie wiedzieć, to znaczy wiedzieć mniej, tyle aby na talerz... - Pacito, wypowiedziałeś mądrość narodów, pozwoli ci żyć długo i może nawet syto. - Mieć dużo tłustych dzieci... - Właśnie. Jest coś na horyzoncie? - Do zarzucenia na ogon, to aż za dużo, ale gdy ślepy prowadzi kulawego, daleko nie zajdą. One szukają kasy, a ja dopiero uczę się, jak taką zrobić. Mam dość wylewania smoły na płaskie dachy tych durni co kupują domy w stylu adobe meksykańskiej. Nie wiedza, że taki dach trzeba naprawiać i naprawiać, a nie wejdą, aby poczuć co to jest pochylać się nad tą niby smoła, gdy jest 45 w cieniu. Uczę się za kucharza. Moja matka, niech ją Santa Teresita ma w opiece, robiła takie tamales w Hermosillo, że nawet Amerykanie ustawiali się w kolejce przed naszą mała chatynką. - Amerykanin u którego właśnie po raz trzeci reperujemy dach powiedział mi, że Tucson potrzebuje informatyków i kucharzy... - A co to znaczy informatyków? - Teraz bez komputera ludzie są jak ślepcy. Ciekawe, jak to się stało, że bez komputerów wynaleziono komputery... Tucson jest centrum fizyki kosmicznej, a nasz uniwersytet jest numer jeden w Stanach. Wszystko co jest teleskopem, lustrem i lata w kosmosie, to z naszego uniwersytetu. Pomaga też to, że mamy 352 słoneczne dni w roku i czyste niebo. - Nie mnie! To znaczy pomaga mieć pracę, bo słonce niszczy co naprawimy. Ale, że Tucson jest mekką golfa zimą, gdy tutejsze lotnisko jest jak postój taksówek, bo tyle tu się pcha z północnych stanów. Motele, hotele, knajpy i jeszcze raz hotele, a wszędzie kuchnie, prawda? - Za rok będę obywatelem i kucharzem. To jednak jest piękny kraj... Dobry dla każdego. - Zapomniałeś dodać, że dla każdego kto uzna go są swój dom, jak wiesz, nie ma idealnych domów... - Koniec czerwca przynosi pozorną ulgę bo rtęć spada do tylko 40 w cieniu, ale tylko pozorną. W „Dolinę małego strumienia” jak Indianie nazwali Tucson wpełza wilgoć. Tylko roślinność się cieszy, bo 40 stopni w cieniu i 80 procent wilgotności jest mokrym piekłem dla stworzeń każdego, innego rodzaju. Zbliża się czas monsunu. Powiedzieć, że zbliża się jest niestety jedynie optymistycznym określeniem, bo monsun właśnie poleciał na wschód i dał błogosławieństwo deszczu w New Mexico. - To zbliżanie się może potrwać parę tygodni lub dłużej. Co jest po środku? Suche burze, czarne chmury spadające z gór, które z czterech stron dosłownie otaczają miasto. Czasem krople deszczu ciężkie, jak pociski, uderzają rozpaloną ziemię, ulice, podsycają nadzieję, że już... - Wreszcie o trzeciej po południu czarnymi chmurami pierwszy zakrywa się szczyt Mt.Lemon, a jest tuż nad miastem. To z niego czerwień błysków rozrywa czerń i nagle, bo nie ma innego słowa, nagle, bez ostrzeżenia chmury spadają na miasto ulewą? To nie jest właściwe słowo, bo ulewa nie zmienia ulic w wodospady, a suche, piaszczyste dno Rilito River wypełnia rudą spienioną wodą porywająca nie tylko brzegi, ale wszystko co na nich. Jest czas życia i czas śmierci, wiec tak naprawdę jest to czas życia, bo czyż takim nie jest? - Jest to również czas grzechotników wypędzanych z ukrycia przed słocem, teraz zalewanych wodą. Gady mają dość takiej zabawy, a że ta również przepędza i myszy i wszystko co gadom jadalne, to nie daj Boże wejść grzechotnikowi w drogę. - Jedynie w głupkowatch scenariuszach z Hollywood grzechotnik gryzie jak pies, wielokrotnie. Nawet filmowo potrafi wczepiać się w ofiarę, która filmowo, dramatycznie usiłuje uwolnić się od węża (będącego żmiją....). Grzechotnik uderza raz, tylko raz zębami jak lekarskie „strzykawki”. Wpuszcza jad i czeka. Nawet nie pełznie za ofiarą. Ma czas. Ofiara nie ma... - Nie jest to najlepszy czas, aby pozostać w mieście. Kto może planuje na ten czas urlop lub chociażby tylko kilka dni, by uciec do... suchego żaru nad pobliskim jeziorem San Carlos w rezerwacie Indian San Carlos. Ogromne, po zimowych śniegach w odległych górach, rozlane na ponad 3 tysiące hektarów jezioro, żywe jest czaplami, kaczkami, nurkami i kojąco szumi szuwarami... - Woda, że możesz pić, bo najbliżej fabryki, czy czegoś poza Indiańskimi domami nie ma w odległości dziesiątek kilometrów. - Kiedyś Mark miał pacjentkę z Polski. Bardzo chciała zobaczyć rezerwat Indian. Spodziewała się... afrykańskiego rezerwatu. Nie mogła uwierzyć, że jest to teren... zarezerwowany dla Indian, z indiańskimi znakami drogowymi, indiańską drogówka, szkołami, urzędami, z aresztami włącznie. Tylko dolary są takie same, ale prawo do budowy i użytkowania kasyn gry w Arizonie maja tylko i wyłącznie Indianie, których jest tutaj 17 plemion. - Nie chciała również wierzyć, że biali rodzice kupują od Indian zaświadczenia o chociaż ćwierci krwi indiańskiej, aby ich białe dziecko mogło w pierwszej kolejności dostać: się na studia... - Oczywiście „piękni ludzie" z Hollywood, od lat nienawidzący wszystkiego co czyste, dobre w tym kraju, robią filmy w których Indianie są albo alkoholikami, albo są poniewierani. To fakt, że - Indianie piją, ale pije każdy kto lubi pić lub już się przyzwyczaił pić?... Życie na dożywotniej zapomodze z Waszyngtonu dla Indian, gdy mieszkają w rezerwacie nie pomaga w samodzielności. - Ale inni Indianie kończą studia w najlepszych, amerykańskich uczelniach, wracają do domu i tak, jak jeden z Marka pacjentów Mike, Apache White Mnts, kupują następne kilka tysięcy hektarów i hodują konie rasy Appalusa, lub peruwiańskie „El paso”, czyli takie, które nawet w galopie biegną równiutko, bez podskoków. „Bóg pomaga tym, którzy potrafią pomagać sobie"... Hasło, które zbudowało ten kraj, co nie znaczy, że Bóg nie nakazuje pomagać bliźniemu w potrzebie, co również zbudowało ten kraj... Europejscy cwaniacy zwani Amerykanistami robią tytuły profesorskie po „studiach” w domach europejskich mniejszości narodowych lub na prokomunistycznych uczelniach takich jak Columbia czy Georgetown University, wracają do swoich krajów ucząc Ameryki... Przybysz do tego kraju dopiero po kilkunastu latach zaczyna go ledwo rozumieć. Pomaga praca na dnie ulicy, taka, która uczy życia... Ale trzeba wiele lat, aby powiedzieć - rozumiem Stany. Czy tak naprawdę?... Mark i Kasia wrośli w ten kraj. To już czterdzieści lat, gdy pierwszy raz dotknęli jego ziemię. Czy go znają?Tak, turystycznie mogą być przewodnikami, ale ciągle odkrywają ile muszą się uczyć... Teraz jednak był czas monsunu, który w tym roku nazwano... Nonsoon, czyli nie tak prędko. Pozwalał na siebie czekać, kusił, wyciskał resztki potu z ludzi skazanych na pracę fizyczną i tylko rośliny piły „przystawkę” do oczekiwanego .głównego dania... Paco, czyli w pełni Francisco Luis Gonzalez, pojawił się w życiu Marka jako pacjent. Podnosił coś ciężkiego i zrobił to niewłaściwie. Miał na tyle uczciwego pracodawcę, że ten zgodził się pokryć sześć godzin rehabilitacji. Nie tyle była potrzebna, co nauka prawidłowego podnoszenia nawet najmniejszego ciężaru. W czasie ponad dwudziestoletniej praktyki Mark miał tysiące pacjentów, którzy nie tylko, że nie potrafili zrozumieć, ale kłócili się z nim, że podniesienie długopisu lub kluczyków do samochodu nie mogło spowodować kontuzji kręgosłupa. Tłumaczył, że gdy pacjent waży 70 kilo (co było wyjątkiem nieomal przedpotopowym...), to schylając plecy bez zgięcia nóg podnosi długopis, ważący... 35 kilo. Podnosi używając tylko kręgów w kręgosłupie. Że robi to całe życie? To dlaczego właśnie teraz wyładował w pogotowiu zgięty bólem... Przecież to tylko „przypadek”... Mark zwykle pytał takiego pacjenta, czy zna ortopedę, chirurga, lekarza, którzy jeżdżą tanimi, starymi samochodami? Nie? Właśnie dlatego, że uparty pacjent wierzy w przypadki, a nie w prawidłowe podnoszenie czegokolwiek. Po dziesięciu tysiącach takiego schylania się, przyszedł czas na dziesięć tysięcy i jeden. Właśnie ten jeden, to czas, gdy kręgi ścierane, naciskane takim pochylaniem się miały dość głupiego, upartego właściciela i wypchnęły cały dysk lub tylko jego cześć, a ta zaraz do nerwu - a mam cię i będę cię „pukać”... Paco bardzo silny z natury, był nie mniej uparty. Gdy kpił, że Mark wie jak podnosić książki, Mark podszedł do 120 kilowej sztangi, która (od czasu gdy kupił więcej sprzętu do domu) „rdzewiała” w kącie kliniki i z uśmiechem podniósł ją na wysokość piersi, aż pod brodę. To wystarczyło za wszystkie instrukcje... Paco nie wiedział, że Mark mając 46 lat, jeszcze gdy mieszkał w Kalifornii, zdobył 1 miejsce w podnoszeniu ciężarów czego dowodem był piękny puchar... Klinika wysyłała Marka „w teren” do firm, gdzie uczył pracowników prawidłowej mechaniki ciała, od urzędniczek do najciężej pracujących fizycznie. Potężni często dwumetrowi faceci początkowo z kpiącymi uśmieszkami wysłuchiwali instruktażu... Zmieniali się w religijnie wierzących, widząc, jak samymi nogami 180 kilowe ciężary idą do góry, jakby nic nie ważyły. Gdy Ogromna Nova Care zjadająca małe kliniki zjadła również Tucson Physical Therapy, Mark zaczął na własna rękę uczyć. Założył firmę jednego pracownika, siebie „Save your back” i zasłynął na całym południowym zachodzie Stanów, jako „sabotażysta dla ortopedów i chirurgów", pomagając ludziom unikać tych fachowców, metodą - lepiej się nauczyć, niż płacić... Paco był analfabetą i przechwałki, że przeczytał jakaś książkę były sposobem samopocieszenia... To znaczy, że potrafił czytać; te słowa, które znał na pamięć... Jak to robił i jak zdał pisemny egzamin (w języku hiszpańskim) pozostało pytaniem bez odpowiedzi... Jego praktyczny analfabetyzm miał potężnego wroga w postaci wrodzonej wady lewego oka, które gdy zmuszone do dłuższej koncentracji powodowało ból głowy. Po konsultacji ze specjalistami Mark dowiedział się, że chłopak, właściwie młody mężczyzna, potrzebuje skomplikowanej operacji. Bez ubezpieczenia cena takiej operacji równała się cenie kilkunastu nowych samochodów. Funkcjonował w pracy, którą wykonywał i prawdopodobnie równie dobrze będzie, jako przyszły szef kuchni ze specjalnościami na południe od Stanów. Tymczasem chłonął każde słowo Marka, miał doskonała pamięć i był idealną „bibuła” do wiadomości, które Mark określał, że są mu tak potrzebne, jak przysłowiowej świni siodło. Ich rozmowy może i wzbogacały Paco, ale były właściwie upustem myśli Marka. Gdy jeszcze Igor żył, to Mark i Zora godzinami potrafili wywrócić porządek tego świata do góry nogami. Igora i Zorę poznał również w klinice, bo Igor był po wypadku samochodowym i wymagał rehabilitacji. Teraz rozmowy urwały się. Zora widocznie rzeczywiście myślała o powrocie do Rosji nazywając ją prawdziwym domem, pomimo kilkunastu lat życia w Stanach. Kiedyś zabrała dzieci do Baku na kilka tygodni. Wróciły zachwycone egzotyka, bo taką dla nich była bieda i brud. Tucson należał do najczystszych miast w Stanach, co Zora przypisywała minimalnej ilości Murzynów, mówiąc, że im mniej tej szwarce hedeje tym lepiej. Kasia unikała niekończących się rozmów. Po pracy, jako jedna z najlepszych dental ceramistek z Magna Bental Technology by New York University, oddawała się całym sercem sprawie pomocy maltretowanym zwierzętom. Bez Igora ten mikro światek stracił i kolor i wymiar. Śmierć jednego człowieka reakcją łańcuszkową pociągnęła czarne myśli. Zora nie dała się namówić na pomoc psychologa, twierdząc że zna przykłady... rozwiedzionych lub nieszczęśliwych psychologów... Cytowała jeszcze jedno z genialnych, rubasznych rosyjskich powiedzonek, zabarwiając je niezrównaną mądrością i finezja w Jidisz. Na porady znajomych doradzających, aby z psychologiem podzieliła się czernią myśli odpowiadała bez dłuższych wywodów starym, rosyjskim „Ja czużuju biedu palcom razwiedu, a swaju i rukami nie magu" ... Czyli cudzy problem rozwiążę palcem, ale własnego nie potrafię rękami... Dodawała swoje... The jam, jam (dół) jest dość głęboki i na gówna i aby pomieścić pieniądze psychologów... Podobnie jak zdecydowana większość nowoprzybyłych z Rosji, nie miała sympatii do Murzynów i Meksykanów. Czy miała powody? Igor kiedyś po pijaku wygadał się, że w latach zaczynania Ameryki, oczywiście typowo, bo w Nowym Yorku, policja uratowała Zorę przed gwałtem z rąk murzyńskich wyrostków. Zora była piękna kobietą o bujnej południowej urodzie i głębokich przepastnych, czarnych oczach. „Kpiarz" Natan cmokał z zachwytem powtarzając... Zawdyk, oj zawdyk. Miał prostą ocenę urody kobiet - im więcej na kobiecie, tym słodszym jest zawdyk... Matka Marka urodzona na terenach dawnej Galicji przekazała mu wiele z dziś utraconej mądrości, cynizmu, finezji i logiki jej mieszkańców. Kultura „Glicjana” była jedyną w swoim rodzaju, ale niestety, jak wiele innych znikła rozbita coraz szybszym pędem świata. Kasia była z „innej gliny”... Szczupła, ubierała się zawsze w swoim stylu złośliwie określanym... spóźnionej nastolatki. Pasowało do niej, było naturalne. Żona Natana odpuściła go dla zwalistego rudzielca, sierżanta policji. „Mścił się w rodzaju - na złość mamie w uszy zmarznę, bo płacił mandaty za szybkość, aby tylko mieć okazje wymyślania policjantom za ich „brutalność”... Kasia, tak chodziła, tak poruszała się, a przecież bez formalnego treningu, że gdy weszła do sklepu z odzieżą, by coś przymierzyć natychmiast inne kobiety próbowały to samo... Miała „aurę” ciepłego, złotego światła. Może to korona jasnych włosów, które albo plotła w „ogon”, albo upinała w kok, a może coś co jest poza słownikiem... Mark nie zapomni jak przeszła przez lotnisko niezatrzymana, nie sprawdzana a przecież był to czas paranoidalnego wręcz sprawdzania pasażerów. - Nie sprawdzali cię? - Nie... Czy jest możliwe, że człowiek promieniuje dobrocią, uczciwością? Może kiedyś ten kto pociąga sznureczki czynów i myśli naszych odpowie nam... Mark pamięta z „tamtych” lat, gdy kobiety zatrzymywały ją przepraszając i pytając czym ściska się w pasie, że może swobodnie chodzić... Oczywiście, że niczym, co z pewnością nie przysparzało jej prawdziwych przyjaciółek... Ale był początek lipca i powietrze ściskało stworzenia każdego rodzaju tak, że poruszały się wolniej, jakby łapały oddech. Nadszedł dzień by odetchnąć głębiej... |
