Start arrow Spis felietonów arrow KONIEC ŚWIATA
KONIEC ŚWIATA
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
14.12.2009.

KONIEC ŚWIATA

Ostatnio w polskich mediach słyszy się o „końcu świata” mającym nastąpić w roku 2012. Dziś, internauto chcę Ci dać coś, co przydarzyło mi się w październiku 1990 w Arizonie. Do tej pory mam resztki przysłowiowych siarek na skórze. Najlepiej, gdy przytoczę z mojej książki „Z Arizony do Polski” jednej z sześciu, które napisałem po powrocie do Polski w 2005. (Nie mógł nie zaszpanować, że tyle napisał. Nic dziwnego, że mu nie wydają, bo nudne jak całe jego pisanie) Koniec nawiasu... A może recenzent w wydawnictwie po prostu nie wie jak to „ugryźć”? Bo, cholera, skrytykować tego nie może. pojęcia o temacie nie mając...

Czyli zaczynam nudę:

...Jeden z moich pacjentów, Indianin Navajo powiedział, że są jeszcze miejsca gdzie biały człowiek nie zabrudził...

Od innego pacjenta dostałem wojskowa mapę, dokładną co do „krzaczka" i strumyczka. Obszar od północy zamknięty szosą 160, od zachodu 87, od południa 264 i od wschodu 191, to w sumie prawie 300 kilometrów po przekątnej.

Gładziutko zaczęła się, nasza wycieczka. Wjechaliśmy w dobrą, drogę 43. Jak wszystkie na terenie rezerwatu Indian, a więc ziemi gdzie Indianie są nieomal jak państwo w państwie, miała indiańskie oznakowanie kształtu średniowieczne tarczy z napisem INDIAN.

Droga ginęła w górach i prowadziła do wąskiej stróżki dymu rozpływającej się w pobliskich górach. Słowo -pobliskie okazało się błędnym, ponieważ po paru godzinach jazdy góry ciągle były tak samo daleko. Spokojnie, przecież wiemy, że w krystalicznie czystym powietrzu skalistej pustyni wszystko wydaje się, ...pobliskie.

Droga weszła w czerwone piaski. Sprawdziłem paliwo, mieliśmy pół baku i dwa zapasowe kanistry. Czas na przerwę.

Dochodziło południe. Słońce wcisnęło nas pod skalna półkę, gdzie bardzo z siebie zadowoleni zaliczaliśmy kanapki...

Ruszyliśmy dalej. Góry nie przybliżały się, a Dżip zakopał się w piasku (Wypożyczyliśmy tego nieudacznika amerykańskiej motoryzacji, by nie zniszczyć naszego samochodu).

Nie pomogły moje podsadzani (a tu ponownie zaszpanuje, bo w wieku lat 46 wywalczyłem I miejsce w podnoszeniu ciężarów - podnoszenie siłowe, w Los Angeles, aha, nie wytrzymał!) Czułem, że prędzej zerwę nogi i plecy, a durny Dżip zakopywał się głębiej.

Przygoda przestała się uśmiechać. Byliśmy w rozpalonej pustce czerwonych skał. Że jesienne słońce? Nie na 33 równoleżniku!

Para idiotów siedziała w wąskim cieniu Dżipa i główkowała. Wiadomo, że nie dojdziemy skąd zaczęliśmy „szukać czystego miejsca”, wiadomo też, że strużka dymu ciągle daleko. Mieliśmy wodę na może dzień, dwie pomarańcze i dwie tabliczki czekolady. Postanowiliśmy iść nocą. W tej części Arizony, na wysokości prawie 2000 tys. Metrów, noce o tej porze roku są zimne. A Nasze ciała rozpalone dniem stygły przerażająco szybko. Ale ruch rozgrzewa...

Po godzinie marszu Zając (dla reszty świata Renata) zastygł przed ohydną kiełbasą strzelająca kwadratowym łbem. Grzechotnik zamiast spać w „zimowych” pieleszach polował, a jak zawsze nocą. Nie brzęczał. Grzechotniki brzęczą jedynie w telewizji... W rzeczywistości słyszy się to jak osę... a nie grzechotkę. Jeden diabeł. Obeszliśmy gada „na puentach”, ale marsz nocą okazał się złym pomysłem...

Ruszyliśmy skoro świt. Zmęczenie powaliło nas w rachityczny cień Palo verde. Zapadliśmy ni to w sen ni to w majaki jakieś. Obudził nas dźwięk samochodu. Stara ciężarówka smrodziła ołowianką, którą pomimo federalnego zakazu Indianie ciągle napełniają zbiorniki samochodów. Paru Indian z wyraźną satysfakcją oglądało nas... Oto para białych durni, bezradnych jak mrówki pod butem człowieka.

Zacząłem na migi, ale młody Indianin przerwał

- Nie wygłupiaj się, to nie jest film o Indianach.

- Sorry...

- Sorry your ass. Jeszcze dzień, dwa, a żadne sorry by wam nie pomogło. A w ogóle, to co tu robicie?

- Szukaliśmy prymitywnych Indian... Cichutko, a bardzo szczerze odpowiedziała Renatka. Mieliśmy szczęście, że Indianie wiedzieli, co to jest poczucie humoru, bo jeżeli ktoś tu był prymitywny, to nie oni.

Indianie zawieźli nas do zbawczego dymu. Był małą cudownie zieloną oazą w rozlewisku rzeki, której nie było na mapie… Nasz zbawca odsunął malowana skórę i weszliśmy do domu - lepianki z czerwonej gliny. Przez wąski otwór w suficie ulatywał dym. Obok paleniska siedział człowiek przypominający ogromnego, chudego ptaka.

- To mój ojciec... Sorry, jestem Mikę. On nie zna żadnego języka poza Navajo. Chcesz to powie ci o twojej przyszłości.

W kinie jestem czy co... Scenariuszek filmiku dla dzieci piszę? Mikę najwidoczniej czytał moje myśli, bo dodał.

- Nie kpij. Nasi starzy wiedzą nawet, kiedy będzie koniec świata.

O datach „przepowiadających” koniec świata sporo czytałem. Majowie, mędrcy buddyzmu, hebrajscy kapłani (niektórzy!), a nawet hieroglify amerykańskich Indian wskazują na datę 2011 - 2012. Ludzie zawsze fascynowali się pojęciem - koniec świata. Nasz, tutaj, mógł się skończyć bardzo prawdziwie…

Zasnąłem. Śniłem, że zajadam się wędzonymi dorszami w sopockiej „Paszteciarni” Południowych Łazienek. Wtedy mawiało się bardzo głupawo - Jedz dorsze, bo gówno gorsze...Mieszkałem na 22 Lipca 27m1 dziś to jest Parkowa...

Zające szarpał mnie… Puch, jesteś okej? Marudzisz coś o dorszach. Mikę słysząc obcy język uśmiechnął się i powiedział, że dowiezie nas do głównej drogi. - A co z tym końcem świata...Zażartowałem.

- Naprawdę chcesz? Kaz, prawda, że Kaz?

- Przecież powiedziałem Ci.

Podszedł do ojca i powiedział parę słów. Stary podniósł ciężkie. wyłupiaste powieki i zobaczyłem oczy, czarne jak bezdenne studnie. Patrzył na mnie, ale jakby przez...Powiedział coś i zamknął oczy. Znowu przypominał ptaka.

- Ojciec twierdzi, że koniec świata będzie, gdy skończysz 74 rok życia.

Wiem, rozumiem, że nikt mi nie uwierzy. Faktem jest, że 74 lata będę miał w 2012 roku. Nie mógł znać ile mam lat. Spałem jak zawsze na brzuchu, a portfel zawsze noszę w przedniej kieszeni dżinsów. Papiery wypożyczenia samochodu też miałem w portfelu, wiec?...

Indianie pomogli nam odkopać Dżipa.

Wróciliśmy do Tucson, ale przygoda nie dawała spokoju. Tym razem wypożyczyłem Forda z silnikiem ósemki w ponad 400 koni. (dokładnie aż 450!) Opony jak klocki, tylko fruwały nad szosą. Ta sama... Oto ślady oleju, gdzie durny Dżip się rozkraczył, ale droga zamiast prowadzić jak wtedy, zwężała się wreszcie kończąc w skałach. Zamiast stróżki dymu spływała złota mika...Gdzie jesteś Mikę? Jeszcze raz sprawdziliśmy mapę, drogę, cofnęliśmy się, aż do tamtej skalnej półki. Zero...

Rok później przypadkowo spotkałem tego Indianina, który mówił o czystych miejscach w Arizonie. Opowiedziałem mu.

Uśmiechnął się jak tamci Indianie. Nic nie powiedział.

12/24/2009