Start arrow Spis felietonów arrow MACHU PICCHU NIE BYŁO ZNANE INKOM...
MACHU PICCHU NIE BYŁO ZNANE INKOM...
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
18.12.2007.

MACHU PICCHU NIE BYŁO ZNANE INKOM…

Co ma wspólnego taki temat z tą książką? Co mają wspólnego tematy o Indianach lub Meksykanach, przecież w każdym zakresie daleko od Polski.. .pozornie nic. Jednak moje spojrzenie jako cudzoziemca Polaka na Polskę, to również obraz jaki Polska ma w swojej wyobraźni na właśnie takie tematy .Wielokrotnie nieomal wyśmiano mnie bo usiłowałem wyprowadzić z błędu będącego utarta, papuzio powtarzaną opinią i „wiedzą”. Zwłaszcza Machu Picchu w przekonaniu ludzi w Polsce (i nie tylko) jest koronnym dorobkiem Inków, a oni byli niewinnymi ofiarami Hiszpanów.

W historii człowieka mało było tak bezwzględnie okrutnych, wręcz krwiożerczych państwowości jak królestwo Inków, którzy wymordowali więcej Indian niż biali kolonizatorzy razem wzięci. "Meksykańscy" Aztekowie i Majowie byli prawie tak samo … Indianożercami jak Inkowie.

W marcu 2003 wysłałem reportaż o Machu Picchu do "Poznaj Świat”. Bez znaczenia, że jak zwykle za frajer, bo ważniejszym były informacje o tym, że Inkowie nigdy nie słyszeli o Machu Picchu. Poparłem je rzetelnymi studiami materiałów w językach: angielskim, hiszpańskim oraz tłumaczeniami z języków Kechua, Aymara i Araucan.

Albo małpia złośliwość, zazdrość i zwyczajna głupota redaktora prowadzącego spowodowała, że nie zamieścił tego. Dał jedynie powszechnie znane turystyczne "ciekawostki", które również dołączyłem, by nie było nudy... Zazdrość, że ktoś może wiedzieć więcej nie jest tylko polską własnością, chociaż ma się w Polsce WSPANIALE. Szkoda, bo "Poznaj Świat" jako pierwszy miałby szansę pokazać nieznane (w Polsce) fakty o jednym z tak zwanych „turystycznych cudów świata”, który nawet w opinii profesorów archeologii (miałem spotkanie z trzema) uchodzi za dzieło Inków...

Bułat Okudżawa w Limie...

Indianin wysuszony na kolor i fakturę paska, którym dość nieudolnie przytrzymywał opadające spodnie „worki”, pokazał żółte pieńki w grymasie mającym oznaczać uśmiech...

Senior, patrz w wodę, a zobaczysz ocean...

O czym on?- Zapytała Renata nie znająca hiszpańskiego.

Stary bajer dla turystów, że jezioro Titicaca ma połączenie z oceanem Spokojnym.

Może ma...Wzruszyła ramionami zajęta liczeniem kolorów na czapce uszatce Indianina. „Osmoza” na wysokości ponad 3 tyś. metrów wydawała się tak odległa jak sam ocean ...

Nasza wycieczka trzcinową „składanką” po największym z najwyższych jezior świata dobiegła końca. Krótki dzień też, a z nim resztki ciepła. W hotelu parzyliśmy usta mętna, zielonkawą lurą gdy od stolika obok doleciał w łamanym angielskim komentarz że Amerykanie nareszcie czują, się jak u siebie w domu ćpając płynna kokę... Autor komentarza bardziej wyglądał mi na mieszkańca Karaibów niż Boliwii.

- Tak dotrze znasz Amerykanów? Zapytałem go po hiszpańsku, W ten sposób poznaliśmy Rigoberto i Marisol, którzy zaraz przeprosili za uwagę o płynnej koce.

Latynoska para okazała się sympatyczną, a słysząc, że lecimy do Limy zaproponowała gościnę.

W dwa dni później taksówkarz na lotnisku w Limie słysząc, że ma jechać do dzielnicy Miraflores zgiął się prawie w pół. Po rudej, zakurzonej nędzy mijanych dzielnic Miraflores pyszniła się jak ukwiecona bajka luksusowych rezydencji. Nasi gospodarze mieszkali w takiej. Plecaczki odebrał lokaj w służalczym ukłonie. Cudowny prysznic i pinakolada...

Marisol rozkosznie paplała przepraszając za nieobecność rodziców, ale właśnie są na tenisie w Cannes... gdy jak to się. mówi ni z gruszki ni z pietruszki doleciał głos Bułata Okudżawy... Zgłupiałem, co jak twierdza życzliwi nie zdąża mi się, a jednak. Rigoberto dodał szoku pytając, czy wiem kto to był Patrick Lumumba... Nie czekał na odpowiedź wyjaśniając, że dzięki niemu nauczył, się rosyjskiego. Błysnął bielą uśmiechu mówiąc, że tylko żartuje, bo studiował w Moskwie na uniwersytecie imienia Lumumby.

Już wiedzieliśmy, że tam poznał Marisol, która zdegustowana imperialistycznym Oxfordem postanowiła odetchnąć świeżością komunizmu...

Młodzi wzięli ślub w Moskwie, a Rigoberto z błogosławieństwem władz kubańskich (aha, nie pomyliłem się...) poleciał z Marisol do Limy.

Reszta dnia upłynęła na uświadamianiu nas o supremacji Inków i o okrucieństwie Hiszpanów. Miałem nieostrożność zapytać o jakiej supremacji Marisol tak słodzi i otrzymaliśmy lekcję o bestialstwie kraju, który wybraliśmy czyli USA…

Mając w planie skok nad Amazonkę i do Machu Picchu (oraz na dalsze wykłady o błędach naszego wyboru) skróciliśmy gościnną wizytę do jednego dnia i opuściliśmy luksusowy „proletariat”.

O supremacji Inków dowiesz się mój internauto w następnym „rozdziale”, jak wymordowali, dokładnie to wyrżnęli lub roztrzaskali czaszki wszystkich Indian, którzy byli od nich mądrzejsi, bardziej zaawansowani, w każdej dziedzinie życia poza wojskowością. W ciągu 300 lat „supremacji”, czyli swego istnienia jako państwowość wymordowali więcej Indian niż Europejczycy przez resztę historii Ameryki Południowej... Warto byś zaczekał na FAKTY.

Lot z Limy do Cusco trwa około godziny i mało kto z pasażerów przygotowany jest na pierwszą niespodziankę w drodze do Machu Picchu. Samolot akrobatycznie ląduje na przerażająco krótkim lotnisku (a na wysokości ponad 3 tysiące metrów).W tym czasie w Cusco były tylko dwa hotele. W naszym gości witała ogromna waza znaną już nam zielona herbata z cocą. Podobno picie takiej pomaga w „zaaklimatyzowaniu się” bo z poziomu morza z Limy w ciągu niecałej godziny człowiek znajduje się bardzo wysoko, nie w sensie samej wysokości, ale kolosalnej różnicy poziomów w tak krótkim czasie.

Odczuliśmy to, jak dodatkowe minimum dziesięć kilo na plecach, ale duch sportowy, w żyłach młoda krew, plecaczki w kąt, aparat fotograficzny w rękę i w góry, gdzie widnieje napis: Viva El Peru, chyba namalowany na zboczu.

Krótko mówiąc po jakiejś godzinie marszu Renatka do mnie - Kaziolec, ale spuchłeś, na sino...Chciałem powiedzieć, że to ona idzie z tyłu, ale widzę, że moja bursztynowa Sopocianka też sina, a okrągła jak przysłowiowa Pyza. Palce też nam spuchły, wiec padliśmy w trawę i po jakimś czasie mogliśmy kontynuować wspinaczkę, którą zgaszono nam w hotelu mówiąc, że taką nie była, a szczyt też nie jest takim, bo to tylko wzgórze wysokie zaledwie na 4086 metrów. Może być, ale nie „z marszu” z poziomu morza...

Następnego dnia pociągiem jadącym trawersami i cofankami, pełnym głównie japońskich turystów, którzy jak to oni fotografowali wszystko od podłogi do sufitu pojechaliśmy do Machu Picchu. To, że w pociągu były kury, kozy jedynie dodawało i koloru i uroku, nie mówiąc o zapachu.

Jeszcze jazda ślizgającymi się Toyotami na lecących w dół pomarańczowych w kolorze strumieniach i szara biel jednych z najsławniejszych ruin świata... Machu Picchu.

Jak to się stało, że do tej pory pozostaje jedynie i zagadką i masą ciągle mnożących się hipotez, w których prawie zawsze jest o mądrości niewinnych Inków i prymitywnym barbarzyństwie okrutnych Hiszpanów...

Dla mnie fascynującym jest to, że nie tylko Hiszpanie nie wiedzieli o istnieniu Machu Picchu, ale nie ma o nim żadnej wzmianki w relacji współczesnych mu Inków. Czyżby i dla nich, dla Atahualpy, którego jak wiemy ludzie Pizarro zamordowali w 1532 roku i dla ostatniego króla Inków, a marionetki Hiszpanów, bo takim był Tupac Amaru, miejsce to było nieznane.

Owszem, powtarzały się relacje o niesprecyzowanym w miejscu i w czasie Tampu-tocco, co w jeżyku Quechua (a wiec języku Inków, który jak CAŁĄ cywilizację „zapożyczyli” od innych Indian) oznacza miejsce czasowego pobytu, a na takie ogromne, solidne budowle Machu Picchu nie wyglądają.

Spośród plejady autorów historii Inków okresu po śmierci Tupac Amaru wyróżnia się kilku, ale każdy wnosi tylko następne hipotezy.

Brak zapisu literowego i w tajemniczy sposób śmierci tłumaczy węzłowego pisma Inków-Quipu, nie ułatwia sprawy.

Syn inkaskiej księżniczki, szesnastoletni Grascilasco Inca de la Vega zafascynowany historią matki, jako jeden z pierwszych już w języku hiszpańskim opisywał, co przekazała mu matka opierająca się na relacjach jej ojca, współcześnie żyjącego z pierwszymi Hiszpanami w Cusco.

Fernado Morientes sekretarz hiszpańskiego prowincjała w Chinochu, niejakiego hrabiego Chinochu w 1629 roku opisał powtarzaną legendę o Tampu-tocco, gdzie mieli schronić się żołnierze króla Indian niejakiego Pachacut VI, władcy narodu Amantas po śmierci króla i bitwie z bliżej nie określonymi przeciwnikami. Amantas poprzedzali Inków o prawie 800 lat i to właśnie z nich setki lat później miał się narodzić pierwszy król Inków Manco Capac.

Jednak największa zasługa Morientesa było to, że przesłał do Hiszpanii korę peruwiańskiego drzewa Quinin, która wyleczyła żonę hrabiego de Ghinchu i weszła do historii jako...chinina.

Kolejny zapis lat bezpośrednio po śmierci Atahualpy, a więc po roku 1532 podaje Indianin Inka Pachacutiyamaqui Salcamayahuta, którego dziadek wielokrotnie spotykał się z Francisco Pizarro. Ten stosunkowo wczesny zapis opowiada o świątyni trzech okien, co w wersji nie tylko Inków oznaczało budowlę rangi królewskiej. Ale i on nazywa to Tampu-tocoo, a nie Machu Pichcu. Skąd sama nazwa? Jest bliżej nie określona i może oznaczać miejsce spoczynku w chmurach, po śmierci, oczywiście...

Dlaczego ostatni Inkowie powiedzmy, że mając tak niedostępne miejsce jakim jest Machu Picchu nie uciekali do niego? Przecież nie było znane Hiszpanom. Nie chcieli zdradzić tajemnicy? Bzdura i to ogromna, bo współpracowali z Hiszpanami zdradzając nie tylko pobratymców, ale wszystko, aby tylko otrzymać nagrodę, a nawet awans w wojsku Hiszpanów.

Inkowie uciekali do dżungli skąd bez większych sukcesów wiedli partyzanckie potyczki z Hiszpanami, ale zdradzani przez...Inków zawsze wpadali w zasadzki i byli mordowani, prawda, że zawsze po zaciętej bitwie. Miewali większe sukcesy militarne, gdy wokoło siebie zamordowali zdrajców.

Brat następcy Atahualpy, marionetkowy Huscar, też dał gardło i Hiszpanie ustanowili kolejnego króla Inków Manco (brata Huscara). Manco zmylił Hiszpanów, którzy już go mieli dość i obiecał, że dostarczy im posag Huayanu Capac z solidnego złota. Dostał „przepustkę” do interioru i znikł podobni,e jak jego poprzednicy, ale znikł by walczyć. Robił to przez lata i z pewnymi sukcesami, ale wydany przez zdrajców nie schronił się do Machu Picchu. On też dał gardło pod hiszpańskim mleczem.

Kolejnym partyzantem był najmłodszy syn Manco i kolejna „król marionetka” - Tupac Amaru i on miał dość Hiszpanów. Z głębi dżungli (po udanej ucieczce z Cusco) prowadził wojny z Hiszpanami. Miał stałą siedzibę w twierdzy Vilacamba, jednak zdradzony przez oddanych Hiszpanom Inków padł w tej twierdzy pod armatami Hiszpanów. Było to w 1572 roku.

Budowle o trzech oknach znane były na setki lat przed istnieniem imperium Inków. Kultura Indian Chavin (których dziadek Atahualby doszczętnie wymordował w 1472 roku) pozostawiła po sobie wiele takich budowli, a Inkówie jedynie kontynuowali, jak na trupach innych Indian budując sławna drogę Camino Real z Limy do Cusco.

Gdy rankiem 24 lipca 1911 Hiriam Bingham amerykański obieżyświat mając, jako wojskowego opiekuna sierżanta Carrasco dotarł do prymitywnej

budy "zamieszałej przez Inaian Richarte i Alvareza, ci słysząc, że szuka jakichś ruin zgodzili się zaprowadzić go uprzedzając że po drodze jest dużo jadowitych, żmij, a wiszący most jest na łasce wiatru. Richarte został, ale Carrasco, Alvarez i jego syn doprowadzili Binghama do Machu Picchu, gdzie ku jego zdumieniu nie tylko budowlami, zobaczył uprawy kukurydzy, słodkich i zwyczajnych ziemniaków oraz wysokopiennych jagód,

Indianie wyjaśnili, że kiedyś rosły tu drzewa, ale ktoś je wykarczował na tarasach Machu Picchu, pod uprawę.

Jeżeli ktoś zamieszkiwał, bezpieczny absolutną izolacją, mając pod dostatkiem bieżącej wody, żywności, a co najważniejsze izolację od chorób reszty kontynentu, to po pierwsze: dlaczego nie pozostawił po sobie cmentarzyska z TYPOWYMI dla Inków metodami chowania zmarłych, a po drugie: Dlaczego opuścił tak idealne i klimatycznie i strategicznie miejsce...

Nie tylko te pytania jeszcze przez, długi czas będą pomnażały zapisane strony.

18/12/2007