Start arrow Spis felietonów arrow Zanim powstała "Solidarność"
Zanim powstała "Solidarność"
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
21.01.2009.

Zanim powstała "Solidarność"

To o czym przeczytasz nie będzie dla Ciebie szokiem chociaż powinny być takim w skali trzęsienia ziemi! Dlaczego nie będzie? Bo Ty i tak wiesz lepiej mając tak doskonałe źródło jak TVN i media w ogóle. Do tego masz znajomego znajomych czyli kuzyna kuzynów s Stanach więc jakiś tam z Arizony nie będzie Ci odkrywał Ameryki. Zgadza się?

Chyba to był sierpień 1979, moje ostatnie miesiące sprzedawania samochodów w Robinson-Ericon Ford San Gabriel. Szło jak z przysłowiowego kamienia lub gdy kto woli jak rwani zębów. "Kryzys" braku benzyny miał spowodować wśród Amerykanów nienawiść do Arabów i jeszcze większe poparcie dla Izraela.

To, że na redach w Nowym Yorku i Los Angeles czekały miesiącami (prawie) tankowce z ropą napełnione do oporu, więc nie było kryzysu, nic nie zmieniało. Ludzie oddawali normalne samochody kupując maluchy z japońskiego importu. Co tu dużo pisać-nie zarabiałem więcej niż kilka dolców na tydzień. Czas był żeby odejść, ale jak to bywa... a może jutro będzie lepiej, wiemy...

Do ogromnego Forda 350 wypasionego "jak limuzyna chociaż był ciężarówką" na każdy teren, podszedł facet niepasujący wyglądem. Takie cacka kupowali bysiowate chłopaki w dżinsach i podkoszulkach z napisem "God bless America". On był w garniturze i miał sylwetkę "od biurka"...

- Ile? Zapytał przyglądając mi się jak okazowi czegoś...

- Tyle, ale możesz utargować... Przerwał mi krótkim pytaniem...

- Czy jesteś Arabem?

Uśmiechnął się i dodał -Jak Renata?

Zgłupiałem, przyznam. Czyżby moje Zajęctwo "znało" elegancika?

- Spokojnie, bez głupich domysłów. Interesujesz nas.

Zgłupiałem jeszcze bardziej, w tym razem widocznie, bo roześmiał się...

- Lubisz swoją pracę?

- Coraz mniej, ale...

- Dobrze. Wypisz co trzeba, biorę go. Wlejecie benzynę bym odjechał?

Gdy wręczałem kluczyki zapytał -Jak dobrze znasz rosyjski?

- A bo co?

- A bo Cię zapytałem, więc?

- Nigel, prawda? Tak mi się przedstawiłeś... Co ja znam, to naprawdę nie powinno Cię interesować.

- Zapomniałeś... Interesujesz nas... Poćwicz rosyjski, bo wiem, że hiszpańskim możesz udawać Latino. Do zobaczenia...

Minął tydzień. Nigel wrócił, ale nie sam. Przywiozła go laska o wyglądzie modelki lub bardzo drogiej panienki z Moskwy. Nie pomyliłem się, bo pozdrowiła mnie po Rosyjsku wyraźnie czekając na moją reakcję. Zamieniliśmy kilka zdań. Dziewczyna tylko z daleka była powiedzmy do przytulenia. Zimne, szare oczy patrzyły "przez", a usta, wąskie "uśmiechały się" kącikami do dołu...

- On ma doskonały akcent, musi mieć słuch muzyczny, ale brakuje mu słów.

- Ile? zapytał Nigel

- Myślę, że po roku może uchodzić za Rosjanina.

- Kaz. Czy myślałeś o powrocie do Polski?

- Niedawno wyleciałem z Polski, nie śpieszy mi się to raz, a dwa...

- A dwa, że już rak Twoja Polska będzie wolna od komunizmu. To znaczy wyrzuci go formalnie i uwolni się od Moskwy.

- Czy nie za dużo czytasz fikcyjnych kryminałów?

- Nie, Kaz. Za kilka miesięcy Ten jak go nazywają Związek Radziecki dokona napaści na Afganistan i wsiąknie tam gorzej niż my w Wietnamie. Wsiąknie tak, że do ewentualnej interwencji w Europie nie będzie miał siły. Może to Ci ułatwi zrozumieć? Powiem Ci jeszcze, że dusimy się nadprodukcją, a Rosja jest jak niezaorany ugór, zresztą jej satelity, a w tym i Polska też.

- Fascynujące...

- Możesz kupić, ale zgodzisz się, że wy, Polacy lubicie rewolucje. Dlatego wybraliśmy was, a na wodza zwykłego robotnika. Sami zrobicie resztę.

- Jeszcze raz pokrwawimy dla was?

- W pewnym sensie, ale głównie dla siebie, przyznasz też, że macie dość czerwonej władzy. To czy uda się wam ją przefarbować, to już poza naszym zasięgiem. My stworzymy wam okazję. Właściwie to Rosja wam ją stworzy, my tylko pomogliśmy Moskwie z tym pomysłem o Afganistanie...Kupili...

- To dlatego pytałeś czy lubię moją pracę.

- Możesz się przydać.

- Na "handlowej placówce" w Moskwie, jako "Meksykanin", który nie zna rosyjskiego? Czy to miałeś na myśli?

- Brawo. Tak mniej więcej i to chyba nie było za trudne, prawda?

- Nie, Nigel, chociaż początkowo...

- Więc?

- Więc wolę samochody...

Żmijowata laleczka niecierpliwie kręciła się w odkrywanym "Porszaku". Nigel podał mi kartkę wyrwaną z notesu napisał numer telefonu.

- To gdybyś "przespał się" z tym. O.K.?

- O.K.

Nie pojawił się. Po miesiącu zadzwoniłem. Głos w telefonie nie "przedstawił się" typowym, że taka, a taka firma. Usłyszałem jedynie, że Nigel jest poza zasięgiem na dłuższy czas...

Do tej pory o rozmowie, wie tylko Renata. Teraz Ty mój niezmienny kopiarzu i krytyku. Cofam, sorry, napisałem o tym w książce "Mitologia bzdur". Że dobrze napisałem, bo to bzdura? Nie, to tylko tytuł o mitach jakie serwuje i Tobie też polska mitologia wszech czasów. Mitach, które są bzdurami. Czy książka się ukaże już wspominałem, że nie widzę w Polsce wydawnictwa na tyle elastycznego by potrafiło jak... Francuzi kpić z samych siebie, a nawet robić filmy... Dać przykład jednej z bzdur - mitu narodowego? Dam. Cud nad Wisłą 15 sierpnia 1920, gdy polskie wojsko pokonało Armię Czerwoną był dziełem dwóch Józefów (bogobojne to imię, cudowne...) Piłsudzkiego i Stalina. Pierwszy miał talent strategiczny dobrej, austriackiej szkoły, drugi miał obsesję widzenia wrogów nawet we własnej rodzinie... Dokładniej? Gdy doskonały, sowiecki generał Tuchaczewski został okrążony przez Polaków, to wysłał list do doskonałego generała kawalerii Budionnego o pomoc. Budionny miał konnicę zdolną przerwać okrążenie i przechylić szalę bitwy na korzyść Rosjan, ale Stalin zazdrosny o sukcesy Tuchaczewskiego przetrzymał list przez trzy dni. Budionny nie zdążył...

A Tuchaczewskiego i tak Stalin rozstrzelał w słynnej czystce, w której "zapadli na nieuleczalną chorobę", (podobnie jak Bierut w 1953...) przywódcy komunistycznych partii Zachodniej Europy. Ale Ty i tak wiesz i więcej i lepiej.

To tak trochę prawdziwej dziś już historii poprzedzającej prawie co do dnia, a o rok, "Solidarność"...

P.S. O tej rozmowie napisałem w kolejnej książce "Z Arizony do Polski", już w Polsce w 2005. W rozmowie opisałem trochę inne scenario. Tu w tej książce podałem tak prawdziwie jak... fotografia.