Start arrow Spis felietonów arrow Czesław Miłosz: Żmudziński noblista...
Czesław Miłosz: Żmudziński noblista...
Oceny: / 2
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Kazimierz Kaz Ostaszewicz   
02.05.2011.

Czesław Miłosz: Żmudziński noblista...

Nie, nie polski i wielokrotnie sam o tym mów, nawet w obecności około 500 osób, ale po kolei... Spora część intelektualnej elity Polonii w Los Angeles skupiała się w Klubie im. Heleny Modrzejewskiej w Culver City, w salce klubowej osiedla. Rok był bodajże 1983? To zawsze można sprawdzić. Prezesem klubu był wtedy Tadzio Bociański (bo chyba już nie Jurek Gąsowski).

Ktoś podał pomysł zaproszenia Czesława Miłosza, przyklaśnięto. Przyszła odpowiedź od agenta Miłosza (nie, on wtedy JUŻ nie był... agentem PRL-u...), że Miłosz bierze 3 tysiące dolarów za spotkania z Polonią. Zrobił się krzyk niemały, że jak to i tak to, wiadomo, bo nie za darmo. Jako ten co już coś pisał, solidarnie opowiedziałem się za Wielkim kolegą po piórze mówiąc, że gdy 100 osób da po 30 dolców to już będzie potrzebna sumka. Jako pierwszy wypisałem czek. Ale, wieść poszła, że polski noblista chce zaszczycić maluczkich i zgłosiło się za dużo chętnych na małą salkę klubu.

Musieliśmy wypożyczyć salę zawodowego teatru, a to również opłaty za ochronę i straż pożarną. Takie są wymagania. Tak więc następne dwa tysiące dolarów, ale warto.

Miłosz spóźnił się około godziny, (a miał godzinę lotu z Bay Area). Był jak to się dziś mawia na maksa nieprzygotowany do prezentacji swych wierszy, kartkował, zaczynał jakiś, przerywał, zaczynał następny. Publiczność bywała na spotkaniach literackich, gdzie autorzy starali się nie lekceważyć publiczności, ale... Tak widocznie spotyka się mistrz. Jedna rzecz była zgrzytem od zaraz - forma zwracania się do nas... "Co by WAM (wam!) tu przeczytać." Forma-wy była typową dla zebrań partyjnych Polskiej Zjednoczonej Partii tak zwanych robotników.

Ktoś zaproponował by mistrz dał coś po angielsku i stała się wstydliwa rzecz, bo Miłosz "angliczył" typowym, polonusowatym z Chicago - stała kara na kornerze. Nie, nie przesadzam, choć nie o samochodzie, po prostu bardzo ubogi angielski. Ostatecznie czemu nie skoro wykładał po polsku, prawda?

Ktoś, by przerwać niezręczną sytuację zasłodził dziękując za to, że Miłosz jako Polak dostał nobla. Wtedy po raz pierwszy Miłosz powiedział, sucho, krótko - "Nie jestem Polakiem"... Zrobiło się cicho, bardzo cicho, ale tylko przez parę sekund. Siedząca obok mnie starsza pani powiedziała do siebie... "Jakby mi ktoś dał w twarz"...

Posypały się pytania i usłyszeliśmy, że mamy się nie powtarzać, przecież usłyszeliśmy, że nie jest Polakiem. Powtórzył to po raz drugi.

I były takie teksty, cytuję:

- Ale przecież otrzymał Pan Nobla jako Polak!

- Nie, otrzymałem Nobla za literaturę w języku polskim.

- Skoro nie jest Pan Polakiem to kim?

- Jestem Żmudzinem.

- To dlaczego nie pisze Pan po żmudzińsku?

- Bo łatwiej mi po polsku...

Żmudzinem...Czy wiesz internauto co to takiego? Nie? Nie dziwię się. Miłosz nie mógł nazwać się Litwinem. Wykładał na uniwerku, gdzie gro profesorów to Żydzi, a tak się złożyło, że w czasie władzy Hitlera wielu Litwinów tworzyło szeregi SS i było zajadłymi antysemitami. Więc Żmudzinem.

Gdy w czasie jednego ze spotkań, w Gdańsku w 2007 roku, w skrócie opowiedziałem o powyższym i zapytałem... Co to jest być Żmudzinem, co to za "plemię”? Młodzież Licealna nie wiedziała. Więc dla jaj powiedziałem, że to afrykański szczep. Niemożliwe, usłyszałem, przecież oni nie znają polskiego... Piękne, co?

Wracając... Część ludzi wyszła, wiele osób miało łzy w oczach, wiele cisnęło się po autografy...

Smutne, bo nie o jakość literatury tu chodzi, ale o twarz człowieka, o jego prawdziwą twarz.

Nobel dla Miłosza zbiegł się z "Solidarnością", ze zmianami w świecie, z już wtedy rosnącą postacią Jana Pawła II. Czy było to wypłynięcie na fali, czy już wtedy lewicowe upodobania Komitetu Noblowskiego? To też nie jest najważniejsze. Obłuda jest.

Czy tylko obłuda? A może coś więcej niż niechęć do Polski? W latach 1945-1951 Czesław Miłosz był stalinowskim dyplomatą. Że z Komunistycznej Polski tamtych lat? Oczywiście, więc stalinowskiej Polski. To Polska mojej młodości, ja pamiętam bestialskie (do dziś nie ukarane) morderstwa na każdym kto za głośno mówił o wolnej Polsce, wolnej od Związku Radzieckiego, który zamienił Ją w jedną z republik. Pamiętam wyciąganie ludzi z domów w środku nocy, ginęli bez śladu. Ale to są sprawy znane i nawet usłyszę, że... do znudzenia znane. DO ZNUDZENIA? NIE dla rodzin pomordowanych, zamęczonych w piwnicach UB i SB!

Czy wiesz internauto, czytelniku kim trzeba było być w latach 1949-1951 by zostać dyplomatą? Trzeba było być bez reszty wiernym właśnie temu terrorowi, który tak mordował ludzi.

Czesław Miłosz był atasze kulturalnym w ambasadzie Polski Ludowej, w Paryżu. Jestem pewny (a są świadkowie...), że pięknie słodził o godności człowieka i wartościach artystycznych.

Więc jeszcze raz - Obłuda i jeszcze raz obłuda i chyba nienawiść do Polski. A to nie są błędy.

P.S. Być może powtarzam się... W 1999 Wojtek Kass wówczas kustosz muzeum im. K. I. Gałczyńskiego w Praniu napisał do mnie, do Stanów abym poszukał w amerykańskiej prasie jakiekolwiek wzmianki o Czesławie Miłoszu, bo pisze coś w sensie - Miłosz i Sopot. Naprawdę mało istotne jaki tytuł.

Zacząłem śledzić prasę amerykańską, której "streszczeniem" najważniejszych wiadomości z KAŻDEJ dziedziny życia jest gazeta USA TODAY. Znalazłem na przestrzeni bodaj roku dwie lub trzy wzmianki o spotkaniach z pisarzami,a w tym z...LITEWSKIM poetą Czesławem Miłoszem. Wysłałem to...

P.S.2 Odbiegając od tematu... Właśnie słucham profesora amerykanistyki jak gładziutko serwuje prezenterowi TVN takie pojęcia jak Amerykanie to, Amerykanie tamto. Czekam na... Amerykanie tam i tam, a w ogóle to gdzie, profesorze równie gładko czarujący studentów. A gdzie szanowny profesor mieszkał w USA, jak długo i co robił? Aaa, w Nowym Yorku lub w Chicagowie i "aż" kilkanaście, a nawet dwadzieścia lat! Imponujące. Chociaż, myślę, że już, powtarzam, już nie tak bardzo w dzisiejszej Polsce, ale profesor, to profesor, ciekawe z czego habilitacja? Ze stosunków polsko-amerykańskich na łamach Fundacji Kościuszkowskiej, czy "Nowego Dziennika" pod batutą "wroga komunizmu", bo za takiego uchodzi Wierzbiański, prawda?

Profesorze, trzeba pracować na poziomie również i ulicy. Na takim poziomie jeść z ludźmi, grać z nimi w piłkę (koszykówkę) i gdy trzeba, to trzaskać się tak zwyczajnie, by samemu i nie dostać baty i nie okazać strachu. Tak trzeba, by mówić-Amerykanie... Ale to nie wystarczy, bo trzeba znać język ulicy, a nie mam na myśli tylko angielski, by i "takich" Amerykanów móc nazywać-Amerykanie (w swoich wykładach).

Że znowu mały Kazio poczuł się "niedowartościowany"? Dziecino, nawet gdyby oferowano mi ogromne pieniądze za "nauczanie Ameryki via TV", to nie wziąłbym ani grosza. A wiesz dlaczego? Bo po pierwszym "wykładzie" amerykaniści profesorowie samymi tytułami (plus pan wie kogo ja znam...) zredukowaliby mnie do Nikodema Dyzmy w najuboższym wydaniu, więc won z takim uzurpatorem. TAK BY BYŁO, a dlaczego? Wybacz, ale nie odpowiem, bo chcę wierzyć, że nie muszę...

Nie, nie ja jeden jak to się mawia z niejednego pieca w Ameryce chleb jadłem. W ciągu 35 lat życia w Stanach spotkałem dziesiątki Polaków, którzy mogliby kilka książek o stanach napisać, książek wartych paru doktoratów. Wiele z tych osób miało tylko... podstawowe wykształcenie z Polski. Nie dyplom ze szkoły, ale umiejętności postrzegania opartego na "własnej skórze" czyni człowieka wiary godnym, panie i panowie elokwentni. Ale, o czym ja, ponownie naiwny, przecież pan profesor o czymś takim na wykładach dla maluczkich...